wtorek, 27 grudnia 2011

Katharsis - Kruzifixxion [GER 2003]

Swego czasu bardzo intensywnie wsłuchiwałem się w tę płytę. Moją uwagę przykuł nietypowy zapis tytułu: "Kruzifixxion". Słowo prezentowało się złowieszczo i w pewien dziwny sposób urzekło mnie swoją surową formą. Po włączeniu tej płyty bardzo długo wciskałem "Repeat" pod koniec pierwszego numeru, który brzmiał jak z samego piekła. Katharsis stali się wkróce zespołem bardzo znanym w black metalowych kręgach, jedną z kilku elitarnych kapel, które kładły podwaliny pod coś, co nazwano później (mniej lub bardziej trafnie) "religijnym black metalem". W latach 2002-2003, jeśli dobrze pamiętam, gatunek ugruntowały takie albumy, jak "Salvation" uwielbianego przeze mnie Funeral Mist, i "Casus Luciferi" Watain. W 2004 Deathspell Omega wydali swoje opus magnum "Si Monumentum Requires, Circumspice". Dwa lata później Katharsis potwierdzili swoją klasę maniackim "VVorldVVithoutEnd". Tak jak Niemcom generalnie rzecz biorąc nie wychodzi black metal (pomijając może lepsze momenty Nargaroth, jeśli ktoś uznaje ten zespół za black metalowy, oraz recenzowany gdzieś poniżej DNS), tak Katharsis to dla mnie i dla wielu światowa liga. Zespół zadeklarowany, ortodoksyjny i, przede wszystkim, prezentujący wysokiej klasy black metalowy łomot, który podoba się zarówno prymitywom jak i uduchowionym zwolennikom muzyki z duszą. Mnie ta płyta bardzo satysfakcjonuje, podoba mi się, że muzycy uniknęli przesytu intensywności poprzez okalanie poszczególnych numerów intrami i outrami. Bardzo dobre brzmienie, które sprawia wrażenie, jakby wydobywało muzykę spod ziemi, uwypukla dobrze wyczute zmiany temp i niebanalne riffy. Zarówno na tej płycie, jak i na jej następczyni, uwagę przykuwają wokale, które okraszono niekontrolowanymi piskami (vide pierwszy krzyk na "The Last Wound") które Drakh udoskonalił później na "VVVVE". Płyta kojarzy mi się nieco z "A Thousand Voices" polskiego Kriegsmaschine; brzmienie gitar i bębnów, jak również komasacja, z obydwu tych płyt czynią krótkie acz celne ciosy w twarz, które pozostawiają słuchacza z uczuciem niedosytu. Reasumując - "Kruzifixxion" to płyta znakomita, która powinna znaleźć się w płytotece każdego maniaka czerni. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że szaleństwo i mrok, które aż wylewają się z tego kawałka plastiku, mogły by nie przypaść do gustu jakiejś mrocznej duszy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ildjarn - Hardangervidda I [NOR 2002]

Skrajnie ekstremalna surowica na granicy słuchalności, a często poza nią, w wykonaniu norweskiego Ildjarn nigdy mnie nie przekonywała. Ot, kolejny zespół nie-święcie przekonany, że im gorzej tym lepiej. O ile wiem, że w pewnych kręgach otacza się ten zespół czarnym jak noc kultem, o tyle dla mnie black metal Ildjarn plasował się daleko w tyle za mniej "kultowymi" kapelami z północy. Moje uprzedzenia nie były jednak na tyle silne, bym zrezygnował z odsłuchania albumu pod tytułem "Handargervidda I". I bardzo dobrze, bo jest to album po prostu świetny. Czytałem niegdyś wywiad z polskim wydawcą ambientu, który powiedział, że jeśli tylko widzi na przysyłanych mu demówkach runy i lasy, to od razu wywala płytę do kosza. Tyle się po dwóch ostatnich albumach Burzum narobiło pseudo-pogańskich ambientowych minimalistów płodzących raz po raz kolejne przerażające gnioty, że szkoda czasu na odsłuchiwanie ich wypocin. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby ambient zawarty na tej jednej, jedynej płycie Ildjarn ktoś miałby wywalić do kosza. Pierwszy raz płytę odsłuchiwawszy czekałem trwożnie na srogie jebnięcie rozstrojonych gitar, które nigdy nie nastąpiło. Z głośników wylał się natomiast mroźny i przejmujący do żywego powiew norweskości, w którym można się zakochać. Płyta jest pierwszą częścią złożonego z dwóch płyt koncept albumu ku czci krainy Hardangervidda, która rozpościera się w zapomnianym zakątku Norwegii. Muzyka na płycie o tym tytule jest piękna i majestatyczna, przenosi słuchacza w nietknięte ludzką stopą, dziewicze rejony tego wspaniałego kraju, który musi mieć coś w ziemi i w wodzie, że żyjący tam ludzie tworzą tak genialną muzykę, jak norweski black metal i, okazjonalnie, norweski ambient. "Hardangervidda I" to muzyka ambientowa, ale można by również powiedzieć, że to black metal, tyle że zagrany bez gitar, perkusji i wokalu. Taka jest moc tej muzyki i tak bardzo jest klimatyczna, tak mocno oddziałuje na słuchacza. Mniej lub bardziej wyraźnie słychać na "Hardangervidda I" echa ambientowego Burzum i mimo, że nie jest ten album jakimś kamieniem milowym, to mnie osobiście przyjemnie kręci się w uszach. Dam głowę, że nie ja jeden bardzo tę muzykę cenię.

Kampfar - Heimgang [NOR 2008]

Zdarzają się czasem płyty, do których nie ma jak się przyczepić, jeśli chodzi o samą muzykę, a jednak jest w nich coś, co sprawia, że najchętniej wykonalibyśmy nimi łuk od siebie po odsłuchaniu pierwszej minuty. "Heimgang" norweskiego Kampfar jest jedną z takich płyt. Czemuż, pytacie, wykonałbym nią łuk od siebie? Odpowiedź jest prosta - brzmienie. Muzyka na "Heimgang" jest klimatyczna i ma wielki potencjał. Problem polega na tym, że albo poorane metalem i norweskim wiatrem uszy panów z Kampfar nie są w stanie wychwycić subtelnej różnicy pomiędzy brzmieniem masywnym, ciężkim, metalowym, a plastikowym, człapiącym, bzyczącym, ciamkającym jak czołg z "Dnia Świra", albo dźwiekowiec dał ciała i nikt się efektem jego pracy nie zainteresował przed oddaniem taśm do produkcji. Wielokrotnie natknąłem się na przestrzeni ostatnich 11 lat na płyty, z których przynajmniej kilka mogłoby być dzisiaj klasykami, a które klasykami nie są, bo dźwiękowiec zawiódł albo nie pokumał się z muzykami. Można by pomyśleć, że tak doświadczeni wyjadacze jak Kampfar mają etap poszukiwania swojego brzmienia dawno za sobą, wiedzą, o co im chodzi, i takich błędów nie popełnią. Dupa, nieprawda. "Heimgang" to kolejna płyta, do której muszę się przyzwyczaić, żeby nie wyłapywać klikających stóp i rozkojarzonej gitary, która może i fajnie płynie i wibruje, ale pozostawia uczucie niedosytu. Słucham tej płyty na podkręconych basach i na treble'u nastawionym na maxa i jest względnie spoko, ale, cholera, po co tak słuchaczowi utrudniać drogę do szczęścia? Jest na tej płycie dużo, naprawdę dużo naprawdę dobrej muzyki, liść ściele się gęsto, a jednak irytuje mnie miast radować. Cieszy i napełnia nadzieją fakt, że co jakiś czas sam z siebie przypominam sobie o "Heimgang" i daję jej... drugie szanse.

Carpathian Forest - Skjend Hans Lik [NOR 2004]

Nie rozumiem o co chodzi w takich wydawnictwach. Jeżeli po tej czy tamtej sesji nagraniowej zostaje kilka odrzutów, albo wala się gdzieś po domu taśma ze średnio udanym live'em, to po co nagrywać to na płytę, opatrywać ją tytułem i logiem, i wydawać? Przecież nic by się nie stało, gdyby utwory, które z jakichś powodów nie dostały się przecież na kolejny długograj, nie zostały wydane i nie psuły kapeli opinii. Zapomniałbym, warto dorzucić jeszcze z dwa-trzy niezłe numery, żeby wydawany właśnie the best of nie był zupełną kupą, i będzie to to całkiem do przełknięcia. Kto ma kupić, to kupi, szmal wpłynie... No dobra, popastwiłem się nieco, a więc zdobędę się teraz na dziennikarską rzetelność: "Skjend Hans Lik" to jedno z tych wydawnictw przeznaczonych dla maniaków, którzy z miłą chęcią kupią wszystko, co nosi logo ich ulubionej kapeli. Jako że fanatykiem Carpathian Forest nigdy nie byłem, to i ta płyta jest z mojego punktu widzenia wydawnictwem niepotrzebnym (a już na pewno nie pomoże mi się w CF rozmaniaczyć). Na uwagę zasługują może dwa numery, live i jeden surowy ochłap z którejś z przeszłych sesji nagraniowych, bo podoba mi się ich "nekro" brzmienie i surowy minimalizm. W tych kilku mocniejszych punktach "Skjend Hans Lik" zespół zawarł całą tę ohydę i zło, z których słyną. W pewnym momencie noga sama zaczęła mi chodzić w rytm ich złowieszczego sado-maso hell n' rolla. Zawsze miło znarkotyzować się tak obrzydliwym soundem, jaki udatnie od tylu już lat generuje Nattefrost i spółka. Reszta utworów natomiast to, i tu nie mam w zasadzie wątpliwości, kawałki mające dopchać do czasu minimalnego, żeby stworzyć wrażenie pełnoprawnego wydawnictwa. Bardzo szanuję Carpathianów, toteż tym bardziej bolą mnie takie pół-płyty. Odsłuchałem, zapomniałem. Nie kupowałbym raczej.

Misteltein - Rape in Rapture [NOR 2000]

Za moich młodych lat ponowie z Misteltein przesrali sobie u mnie z deka, ponieważ odżegnali się w jednym z wywiadów w naiwnie kupowanym wtedy przeze mnie Thrash'em Allu od leśnych elementów w black metalu, stwierdzając burnie i durnie, że "black metal to nienawiść, a nie pieprzone drzewo". Pogląd zupełnie do obronienia, ale niekoniecznie wtedy, gdy na okładce albumu widnieje narysowany kredkami las, a w muzyce bogato eksponuje się ścieżki klawiszy. Słyszałem mnóstwo o wiele bardziej "nienawistnych" płyt, niż "Rape in Rapture" Misteltein, a więc głupawą wypowiedź Norwegów należałoby potraktować jako przejaw żrącego scenę jak rdza "prawdziwizmu". Jako że o prawdziwości i nieprawdziwości pisano już wiele, a i pisać tak naprawdę nie ma przecież o czym, porzucimy ten ważki temat i przejdziemy do meritum, czyli zawartości muzycznej. Z tą jest natomiast całkiem nieźle, jeśli nie rażą kogoś klawisze. Ja nie gardzę i symfonicznymi (duże słowo, jak na Casio) odmianami black metalu, zwłaszcza norweskiego (jeśli korzysta się z klawikordów w jakimkolwiek innym), jeśli tylko muzyka ma klimat. Muzyka Misteltein ten klimat posiada, i to jest wielki plus. To rzecz jasna porównanie na wyrost, ale momentami dokonania Norwegów kojarzą mi się z Emperor. To chyba przez to połączenie klawiszy z wokalami Serona wytwarza się tutaj podobne wrażenie przestrzeni, które bazowało na zlaniu się brzmienia parapetów z opętanymi wokalizami Ihsahna. Moje uszy bardzo takie coś łechcze, a więc płyty słucham z przyjemnością. Tę przyjemność mąci niestety, parafrazując Kunderę, nieznośna lekkość tej muzyki. Zdarzają się partie skomasowane i intensywne, ale jak na mój gust o wiele za dużo na tej płycie zwolnień, gdzie perkusji akompaniuje wyłącznie klawisz. Sporo też tutaj przerywników z zupełnie średnimi, nic nie wnoszącymi riffami, które przeszły kontrolę jakości chyba tylko dlatego, że muzycy podeszli bezkrytycznie do tego, co wyszło im spod palców. Album sporo na tym traci i jest to jeden z kilku powodów, dla których nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii TNBM. Tym nie mniej, jest na czym zawiesić ucho, więc maniakom norweskiego łojenia mogę chyba ten album polecić. Reszta nie znajdzie tu nic dla siebie.

RECENZJA: Dødheimsgard - Kronet til Konge [NOR 1995]

Zawsze to miło przypomnieć sobie klasyki ze starych, dobrych czasów. Recenzowany właśnie album Dødheimsgard nabyłem przed laty po okazyjnej cenie w formacie kasetowym i tak jak wtedy, tak i teraz "Kronet til Konge" (nor. - Korona dla króla) poniewiera aż miło. Osobom mniej lub bardziej obeznanym z norweską surowicą wiadomo, że Dødheimsgard znają się z Darkthrone i że na tej płycie cztery struny szarpie nie kto inny, jak stary, poczciwy Gylve Nagel. Z Darkthrone mogą kojarzyć się również wokale, które przypominają "Hostmørke" Isengard. Skojarzenie jak najbardziej poprawne, ponieważ wokalistę Aldrahna wsparli w kwestiach wokalnych również Gylve i perkusista Vicotnik. Klimat tego albumu pozostaje w moim mniemaniu tożsamy właśnie z Isengard, a więc wiadomo, że jest czego posłuchać. Płyta to klasyczny norweski black, ale nie przykurwiony na maksa i niesłuchalny, tylko przemyślany i porządnie zaaranżowany. Brzmienie jest bardziej w stylu lat 80-tych, niż 90-tych, co przy na wskroś norweskiej muzyce i tempach daje mieszankę dosyć ciekawą, ponieważ uwypukla atmosferę i dobrze słyszalne riffy, miast bić po mordzie nieokiełznaną brutalnością. Sporo na tym albumie mroku, sporo na wpół tylko skrzeczących charkotów, dużo podniosłej, epickiej atmosfery i wyjących jak północny wiatr riffów, które wszyscy znamy i kochamy. Można się chyba posunąć do stwierdzenia, że to jedna z lepszych płyt, które spłodził na przestrzeni lat norweski black metal. Album kanoniczny i klimatyczny, najbardziej udany etap działalności zespołu, który poszedł później w nieco mniej zrozumiałym dla mnie kierunku, porzucając surowicę na rzecz cyberelektronicznych wywijasów dla fanów disco.

piątek, 16 grudnia 2011

Ulver - Nattens Madrigal [NOR 1997]

Pomimo faktu, że norweski black metal łoję z niewielkimi przerwami od niemal 10 lat, z muzyką Ulver styczność miałem cokolwiek fragmentaryczną. Kiedyś zawiesiłem ucho na recenzowanym właśnie materiale "Nattens Madrigal", ale albo uszy miałem nieoćwiczone z surowicą, albo na przestrzeni ostatniej dekady gust jeszcze bardziej mi się wyostrzył pod kątem kostkowania, bo tak jak wtedy szybko zapomniałem o tej płycie, tak teraz słucha mi się jej po prostu świetnie. Mam kilkoro znajomych, którzy bardzo cenią sobie twórczość zespołu Garma, toteż przy okazji przedostatniego Brutal Assault miałem okazję posłuchać nieco łagodniejszego, mistycznego wcielenia Ulver, przypomniawszy sobie, że istniała w ogóle taka kapela. Teraz słucham któryś już raz "Nattens..." i żałuję, że nie poświęciłem "Wilkom" nieco więcej czasu te parę lat temu, bo najprawdopodobniej zespół miałby dla mnie dzisiaj podobny status, co np. Satyricon albo Gorgoroth. Muzyka jest surowa i zimna jak noc nad kołem podbiegunowym, a mimo to dziergane pracowicie przez gitarzystów riffy są w pełni słyszalne, i to jest wielki plus. Na sączącej się z głośników surowicy ucierpiały nieco gary, które mogłyby brzmieć o wiele potężniej, ale z drugiej strony łoją dość jednostajnie, więc może faktycznie nie ma czego eksponować. Wokale Garma to standardowy, norweski skrzek, który zawsze dobrze mi robił. Płytę cechuje typowo norweski klimat (aż sople zwisają z głośników), całkiem udatnie zilustrowany przez może nieco kiczowatą okładkę z, jakżeby inaczej, wilkiem wyjącym do księżyca. W jednym z polskich metalowych periodyków ktoś opisał kiedyś okładki black metalowych płyt jako "gryzmoły nasmarowane białą i czarną świecówką przed niedorozwiniętego bachora sąsiadów". Well, coś w tym jest, ale pomijając skrajne przypadki, prymitywizm zwyczajnie do tej muzyki pasuje, a covery jedynki Burzum czy Satyricon są nieodłączną częścią składową kultu tych zespołów. Tak więc, reasumując, klasyczna w każdym calu pozycja, jeden z monumentów norweskiego black metalu lat 90., które brzmiały jedynie w swoim rodzaju i które inspirowały później rzeszę naśladowców do łojenia tego samego, tylko, niestety, o wiele gorzej. "Nattens Madrigal" to płyta-klejnot, który z powodzeniem przenosi słuchacza pod strome fjordy i w głębokie bory, gdzie siały niegdyś terror norweskie demony. Takie płytki powinno się opatrzać Znakiem Jakości TNBM, bo takiej muzyki już się w Norwegii nie gra od lat.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Darkened Nocturn Slaughtercult - Nocturnal March [GER 2004]

Po zawodzie, jaki sprawił mi ostatni Wigrid, polepszył mnie się humor podczas słuchania jednej z płyt Darkened Nocturn Slaughtercult, w której na wokalu i gitarze jest nie kto inny, a nasza krajanka, nie-boska i długo-jak-cholera-włosa Onielar. Już początkowe takty pierwszego numeru "Wicher za górami" (sic!, po polsku, choć tekst straszny :)) dają nam przedsmak piekła, jakie rozpętuje w głośnikach reszta albumu. "Nocturnal March" to solidny, pełen pasji black metal mocno inspirowany dokonaniami Norwegów z lat 90. Zespół pochodzi z Niemiec, zatem pozostajemy w germańskich klimatach i w dalszym ciągu dajemy posłuch teutońskiej łomotaninie ku czci Rogatego. Album nie jest jakimś kamieniem milowym, ale znajdziecie na nim mnóstwo zajebistych riffów wspartych dobrze nagłośnioną perkusją. Nie uświadczycie tu ultraszybkich blastów rodem z 1349, ale jest za to sporo średnio-szybkich, które idealnie pasują do muzyki i znakomicie rzeźbią ścieżki gitar. Już sam fakt, że w kapeli jest Onielar sprawia, że kapela jakoś wyróżnia się na tle innych zespołów. I nie chodzi tu tylko o sam fakt, że to kobieta, a więc ma biust i takie tam, ale przede wszystkim o jej chorą barwę głosu, która przywodzi na myśl złowróżbne wycie jakiejś banshee. Nie urażając przedstawicielek płci piękniejszej, często jest tak, że kobieta działa na zespół jak rozpuszczalnik, to znaczy wskazówki klawiszometru i operometru zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do niekorzystnego dla gatunku ekstremum. Porzućcie jednak swoje obawy - Darkened Nokturn Slaughtercult to stuprocentowa black metalowa jazda bez trzymanki, bez kompromisów i zbędnych upiększeń. Odsłuchajcie w ten czy inny sposób wspomniany już "Wicher za górami" czy "The Dead Hate the Living", a sami się przekonacie. "Nocturnal March" przypomina mi nieco przedostatnią płytę norweskiego Urgehal, ze względu na tempa i mordercze brzmienie garów. I to powinno w zasadzie rozwiać wszelkie wątpliwości. Pierwszorzędny black metalowy wykurw z obłędnym wokalem i solidnym brzmieniem, polecam z czystym sercem maniakom ekstremy.

Wigrid - Die Ashe eines Lebens [GER 2005]

Z reguły nie podpalam się, kiedy zespół, który zdobył moje serce genialnym albumem, wydaje płytę kolejną. Taki jakiś jestem, że nigdy nie wierzę, że ta czy inna kapela nagra dwa genialne albumy pod rząd. I generalnie się nie mylę, taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko, jeśli o mnie chodzi, chyba tylko w przypadku Therion, Watain Azarath... Miałem mimo to cichą acz płonną nadzieję, że Wigrid da radę, że następczyni recenzowanej poniżej poprzedniczki na stałe wryje mi nazwę tego zespołu w mózg. I dupa, niestety. Potencjał "Hoffnungstod" został zmarnowany. "Die Asche eines Lebens" to płyta wtórna i nijaka, riffy to marne popłuczyny rozdzierających serce wywijasów z poprzedniczki, klimat diabli wzięli, żywą perkusję zastąpił nudny jak flaki z olejem automat, z kiepskim brzmieniem w dodatku. Nic na tej płycie nie powala, nie wybija się ona w żaden sposób z tłumu podobnych kapel, a to był warunek absolutnie niezbędny względem "Hoffnungstod". Ulfhednir wpadł chyba w tę samą pułapkę, co wielu przed nim, mianowicie nabrał przekonania, że doszedł do takiego poziomu mistrzostwa, że cokolwiek nagra, to będzie super. Błąd, pomyłka, chwyciła go w paszczę krwiożercza hybris. Jedynym charakterystycznym i autentycznie dobrym numerem jest wzorowany na ambientowych kawałkach Burzum kawałek ostatni, tytułowy. Słucham go już któryś raz i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że jest najlepszy na całej płycie, jeśli chodzi o wywoływanie autentycznych emocji. Prawdziwie zasmuca, rozcieńcza słuchacza, opływa go i dławi jak stupor, a jego jedynym mankamentem jest może brak jednej dodatkowej basowej ścieżki, która nadawałaby mu nieco więcej głębi. Tak czy inaczej, przepiękny numer na zakończenie płyty, szkoda, że brzmi jak epitafium dla zmarnowanego potencjału niegdyś genialnego Wigrid. Ech, szkoda.

Wigrid - Hoffnungstod [GER 2002]

"Hoffnungstod" (niem. - Śmierć Nadziei) to dla mnie płyta arcyważna z kilku powodów. Pierwszy to taki, że zanim ją usłyszałem miałem zaufanie tylko i wyłącznie do tuzów black metalu, których kasety kupowałem w Empiku i dwóch gdyńskich sklepach muzycznych za grubą jak na dzisiejsze czasy kasę. Wigrid pomógł mi tą płytą wyjść poza krąg dziesięciu zespołów, z których wiele lat temu składał się dla mnie black metal i odkryć, że kapele zupełnie nieznane, ukryte w głębokim podziemiu, również mają olbrzymi potencjał i że warto ich szukać. Drugi powód natomiast jest taki, że to jedna z najlepszych black metalowych płyt, jakie w życiu słyszałem. Dzieło skończone, genialne, niezastąpione; moja pierwsza piątka, a pośród zespołów niemieckich absolutny number one. Wigrid (jak wiemy z Thorgala, skandynawski bóg poetów :), a wedle mitów - równina, na której rozegra się Ragnarok) to one-man band z Niemiec, co jest o tyle zaskakujące, że regularnie pojawiające się tu i ówdzie, kopiujące Varga zespoły jednoosobowe niemożebnie ssą. Wigrid to chwalebny wyjątek od tej reguły. Płyta powstała na bazie oczywistych i daleko posuniętych fascynacji legendarnym Burzum, nie ma co do tego wątpliwości, a jednak jest to muzyka na wskroś oryginalna i autentyczna. Specyficzny sposób grania na gitarze, pojawiające się często wypuszczenia, schowane w tle za ścianą sześciostrunowców bębny oraz desperacki wokal składają się razem na mieszankę wybuchową, która zalewa smutkiem i beznadzieją wszystko dookoła. Bezsprzecznie jest to również jeden z najbardziej leśnych zespołów, jakie znam, a jak już pisałem, "leśność" w black metalu, zwłaszcza norweskim, jest dla mnie, jak by powiedzieli Anglicy, of utmost importance. Do dokonań Burzum nawiązuje również okładka "Hoffnungstod", kolaż dwóch znanych mniej lub bardziej rysunków Kittelstena, z których korzystał także Varg, a które DOSKONALE oddawały atmosferę muzyki Burzum. Nie muszę chyba dodawać, że idealnie pasują również do Wigrid. Płyta zaczyna się gitarowym wstępem "Leere", po czym przechodzi w zagrane w średnich tempach, okraszone wyobcowanymi, prymitywnymi riffami "Ort des Einsamkeit", "Die Entstahung", "Das Sterben Eines Traumens" i w końcu genialny, tytułowy "Hoffnungstod". Na zakończenie uszy atakuje darkthronowe tempo "Der Weg In Anderes Dasein". Mógłbym pisać wiele o absolutnie wyciskających łzy z oczy riffach, których jest tu pełno, ale dość ciężko oddać słowami zasób emocji, które autor zawarł w tej muzyce. Szkoda zresztą czasu na opisy, to po prostu trzeba usłyszeć. Brzmienie i sama muzyka stanowią jedność, jeśli macie dobre słuchawki i wolną chwilę, do absolutnie nic nie przeszkodzi wam w pełni rozkoszować się geniuszem tej płyty. Takiego black metalu mógłbym słuchać w kółko (do chwili, kiedy przepełniony negatywizmem targnąłbym się na własne życie, a w ostatnich przedśmiertnych konwulsjach zakopałbym się w ściółce, that is). Płyta absolutnie genialna i dla mnie osobiście kamień milowy, który mógłby rozpocząć erę post-burzumowską w black metalu, gdyby nie to, że tak wiele kopiujących ten zespół kapel to straszna kupa. "Hoffnungstod" to arcydzieło, klasyk, mistrzostwo świata. Chepeau bas.

niedziela, 11 grudnia 2011

Isvind - Dark Water Stir [NOR 1996]

Ależ mile mnie połechtał ten materiał. Nie pamiętam już, w jaki sposób natknąłem się w bezmiarze internetu na wzmiankę, a potem na materiał powstałego w pamiętnym roku 1993 Isvind, chyba za sprawą jednego z dwóch najlepszych polskich zinów metalowych w historii, z których ostał się do czasów obecnych tylko 7Gates. Album od razu przypadł mi do gustu, a kawałek o jakże wymownym tytule "Ulv! Ulv!" ("Wilk! Wilk!") łoił mnie po uszach często-gęsto. "Dark Water Stir" to płyta, o której nie sposób wypowiedzieć się inaczej, jak tylko pozytywnie. Isvind grają klasyczny do bólu, tradycyjny norweski black metal w średnich i wolnych tempach, minimalistyczny i negatywny jak to tylko Norwegowie potrafią. Mnóstwo jest kapel, które mają podobne podejście do grania, ale zawsze miło natrafić na zespół, który prezentuje przy okazji wartościową muzykę. Ten album jest jak przenikająca na wylot ulewa smutku i nienawiści, szara i nieposkromiona, trwająca samotnie jak stare drzewo w środku lasu. Mimo minimalistycznego podejścia do black metalowej materii panowie z Isvind (nor. - Lodowy Wicher) nagrali dzieło kompletne, dumny i przemyślany ochłap czarnego łojenia, który zadowoli nawet najbardziej wybredne gusta. Muzyka jest bardzo różnorodna, w numerach wiele się dzieje, a użyte tu i tam sample nie rażą, a przerażają. "Dark Water Stir" tym się różni od recenzowanych uprzednio płyt, że stanowi monument ku czci czystej formy i podobny efekt osiąga za pomocą klasycznego black metalowego instrumentarium. O ile do Fen czy Wodensthrone klawisze pasują, o tyle nie zniósłbym ich w Isvind. Możliwości gitary są wyeksploatowane w stopniu wystarczającym, do nagrania black metalowego, na wskroś norweskiego albumu, który mnie absolutnie przekonuje. Uwaga, słuchane w depresji grozi samobójstwem! Znakomity norweski łomot - kupować w ciemno.

Wodensthrone - Loss [UK 2009]

"Loss" to płyta bardzo różnorodna, która eksploruje niemal wszystkie rejony, w jakie zapuścił się szwedzko-norweski black metal na przestrzeni lat. Jest tu miejsce zarówno na dzikie blasty i opętane riffy, jak i chwile wytchnienia w postaci akustyczno-klawiszowych partii wolnych. Wodensthrone to kolejny z serii kapel, które wpisują się w nurt pogańskiego black metalu i o ile ich muzyka bardzo mi pasuje, zwłaszcza ostatnie numery albumu, w których panowie osiągnęli skrajną wręcz epickość, o tyle jest to jak na razie ostatni przedstawiciel takiego grania na łamach Katrommoz, ponieważ zwyczajnie muszę odsapnąć od takiego grania i wrzucić przynajmniej kilka recenzji płyt bardziej skomasowanych i tradycyjnych. Wodensthrone pochodzą z Anglii, ale mnóstwo w ich muzyce elementów typowo skandynawskich, od temp zaczynając, a na sposobie szarpania sześciu strun kończąc. Niezrozumiałym dla mnie jest fakt, że wokalista (wokaliści?) sili się od czasu do czasu na odśpiewanie czystych partii wokalnych, które ani nie są specjalnie potrzebne, ani udane. Mamy więc do czynienia z podobną sytuacją, co w przypadku recenzowanego poniżej materiału Fen. Obydwa zespoły mają w gruncie rzeczy dość podobny pomysł na granie i w dość zbliżony sposób rozkłądają się na ich płytach motywy bardziej i mniej black metalowe. Trudno by mi jednak było odpowiedzieć na pytanie, który zespół jest lepszy, toteż nie będę próbował. "Loss" jest także kolejnym na łamach Katrommoz materiałem, którego dobrze się słucha w lesie; pełno tutaj zadumy i intensywnych, negatywnych emocji, przetykanych jednakowoż partiami zabarwionymi zgoła odmiennie. Podsumowując, kolejny niezły "leśny" black metal, definitywnie do obczajenia, ale na jakiś czas porzucamy ten nurt, by zapuścić się w klasyczny black, do którego tym lepiej się wraca, im dłużej się go nie słuchało.

sobota, 10 grudnia 2011

Fen - The Malediction Fields [UK 2009]

Znana i lubiana Encyclopaedia Metallum określa muzykę Fen jako mieszankę black metalu i post-rocka. Połączenie cokolwiek kuriozalne i całkowicie słusznie kojarzyć się może z czymś mdłym i nijakim, z muzyką która ani nie jest dobrym post-rockiem, ani dobrym black metalem. W moim odczuciu tego typu skojarzenia byłyby uzasadnione w kontekście Fen, ponieważ faktycznie można nabrać przekonania, że panowie powinni się zdecydować albo na jedno, albo na drugie. Rezultatem tego dziwnego mariażu jest bowiem muzyka, która nie jest dobra wedle black metalowych standardów, ale jest dobra, jeśli chodzi o samą muzykę. Fen prezentuje rozmarzoną, eteryczną leśno-pogańską muzykę, w której jest miejsce na spokój i gwałt, na ciemność i na jasność. Jest to kolejny po Dråpsnatt i Nocternity zespół, którego dobrze się słucha w lesie. "The Malediction Fields" to kawałek muzyki z pogranicza dwóch światów, który przenosi słuchacza gdzieś na granicę tych dwóch światów i pozwala mu przez niecałą godzinę poprzebywać trochę w zupełnej pustce. Słychać wyraźnie inspirację naturą, a płyta ma swój klimat, a więc skłonny jestem wybaczyć twórcom nieco niefortunne dobranie dwóch skrajnych konwencji. Black metalowe elementy albumu są wyśmienite, te post-rockowe może wyszły nieco słabiej, ale w zasadzie można podciągnąć je pod ten mniej szaleńczy sposób grania, który i w black metalu ma niejaką tradycję, a więc wypuszczenia, trochę gitary akustycznej, od czasu do czasu nienachalny klawisz. Puryści mogą zacząć wieszać psy, ale ja jestem w stanie docenić to, co znalazłem na tym albumie. To jest ten typ muzyki, która sprawia wrażenie, jakby nie potrzebowała człowieka, by istnieć; udatnie wzmaga atmosferę wyobcowania i dobrze współgra z długimi spacerami w leśnej głuszy. Warto dać Fen szansę, ale nie wydaje mi się, bym często do tej płyty wracał, a i to, niestety, o czymś świadczy. Może jednak nie byłoby źle, gdyby panowie zdecydowali się przechylić szalę z konstansu w którąś ze stron. Tak czy inaczej - warto "The Malediction Fields" odsłuchać, do czego zachęcam.

Nocternity - Onyx [GRE 2003]

Nocternity pochodzą z Grecji, ale zupełnie nie grają jak Grecy (podobnie zresztą, jak wychwalane przeze mnie na łamach 7Gates Ravencult) i bardzo dobrze, bo czego jak czego, ale greckiego black metalu nie jestem w stanie zdzierżyć. O wiele bardziej niż Varathron, Necromantia czy Rotting Christ przemawia do mnie czarna sztuka ze Skandynawii, toteż ponad wyżej wymienione zespoły przedkładam chociażby takie inspirowane Szwecją czy Norwegią twory, jak recenzowane właśnie Nocternity. Muzyka zawarta na "Onyx" jest jak zbita czarna chmura mroku, która z wolna, niespiesznie, oplata słuchacza obezwładniającym wyziewem. Gładko przechodzące w świdrujące uszy gitarowe riffy ambientowe intra i outra kreują uczucie mistycznej aury, która nie rozwiewa się aż do ostatnich taktów finalnej kompozycji. Muzyka Nocternity to impresjonistyczna, ciągle zmieniająca swą eteryczną formę plama dźwięku, z której raczej chaotycznie, niż linearnie wyłaniają się raz po raz nowe, genialne riffy, by za chwilę odpłynąć i ustąpić miejsca innym. Perkusja nabija jednostajnie, ale nie prostacko, a sama muzyka płynie i usypia jak trucizna. Absolutnie jednak nie ma tu miejsca na nudę, ale muzyka raczej nie nadaje się do słuchania w ciągu dnia, w tle do codziennych czynności, a wymaga raczej mrocznego otoczenia i spokoju, aby mogła w pełni wybrzmieć i roztoczyć swój czar. Nie doszukałem się na "Onyx" żadnych minusów i myślę, że mogę z czystym sercem polecić tę płytę każdemu maniakowi czerni. Bije z niej czysta, surowa autentyczność i przede wszystkim umiejętnie wygenerowana atmosfera mroku, która z pewnością każdemu przypadnie do serca. Odnoszę wrażenie, że coraz ciężej spotkać muzykę, w której tak równo rozkładałby się feeling i dźwiękowa forma, które nie wadzą sobie na wzajem, a stanowią jedną, frapującą, wysokiej jakości całość. Z pewnością jest to zespół, do którego jeszcze niejednokrotnie wrócę.

piątek, 9 grudnia 2011

Dråpsnatt - Hymner til Undergången [SWE 2010]

Dziewiczy post na Katrommoz Black Metal Reviewery poświęcić zamierzam kapeli, która nie jest tak konwencjonalna i ortodoksyjna, jak to się generalnie w black metalu przyjęło. Na "Hymner til Undergången" ("Hymny ku upadkowi", nazwę kapeli można zaś przetłumaczyć jako Noc Mordu) mamy do czynienia z norweską szkołą black metalu wzbogaconą (bądź zubożoną, o czym za chwilę) licznymi partiami klawisza. Początkowo chciałem pisać o tym albumie niemal w samych superlatywach, ale im dłużej go słucham tym mocniej dają mi się we znaki jego wady. Urzekło mnie dzikie tempo i świetne riffy w numerze "Dråpsnatt" i "Arvssynd" oraz, nie wstydzę się do tego przyznać, klimatycznie wykorzystane klawisze tu i ówdzie. Każdy wie, że ogólnie rzecz ujmując klawisze nie przegryzają się z black metalem i że może kilku kapelom w historii takie połączenie wychodziło na zdrowie. W przypadku recenzowanego materiału sprawa ma się dwojako - są momenty, w których umiejętnie wykreowana leśna atmosfera działa jak najlepsze prochy, i są takie, od których na kilometr bije sztampą i totalnym brakiem smaku. To wręcz nie do pomyślenia, że można zestawić obok siebie momenty tak udane i tak nieudane. Dråpsnat hołdują klimatom pogańskim, a więc dezynwoltura od klasycznego metalowego instrumentarium jest tu niejako usprawiedliwiona, ale liczne przesłodzenia są dla albumu zabójcze. Gdyby wszystkie numery na tej płycie brzmiały jak dwa wspomniane wyżej, płyta otrzymałaby ode mnie najwyższe z możliwych not, ale tak niestety nie jest. Trzeba jednak oddać Szwedom honor, że to co im wyszło, wyszło im świetnie. Jeśli lubicie powłóczyć się po lesie z czymś godnym na słuchawkach, to polecam "Hymner til Undergången" i gwarantuję niezapomniane wrażenia. Na uwagę zasługuje również bardzo zgrabne brzmienie bębnów i gitar oraz opętane, wzorowane na Burzum desperackie wokale. Jeśli znajdziecie w sobie cierpliwość, by znieść dłużące się niekiedy nazbyt balladopodobne momenty, to odnajdziecie na tym albumie wiele porządnego black metalu. Ci zaś, którzy rzygają na sam dźwięk słowa "klawisz", nie mają tu czego szukać. Ja sam w zasadzie nie jestem fanem tego typu połączeń, ale mimo wiadra pomyj, które wylałem na tę płytę, jednak dosyć często jej słucham. Żałuję tylko, że muszę co jakiś czas przewijać w przód. Jestem zdania, że black metalowe albumy dzielą się na genialne i mierne, ponieważ nawet jeśli zespół gra dobrze, to i tak nie będzie do ich muzyki wracał nikt, kto oczekuje od black metalu egzaltacji i dzikich emocji. Panowie z Dråpsnatt otarli się tą płytą o black metalowy absolut. Pozostaje mieć nadzieję, że z każdym kolejnym wydawnictwem będą ocierać się coraz bardziej.