poniedziałek, 26 grudnia 2011

Carpathian Forest - Skjend Hans Lik [NOR 2004]

Nie rozumiem o co chodzi w takich wydawnictwach. Jeżeli po tej czy tamtej sesji nagraniowej zostaje kilka odrzutów, albo wala się gdzieś po domu taśma ze średnio udanym live'em, to po co nagrywać to na płytę, opatrywać ją tytułem i logiem, i wydawać? Przecież nic by się nie stało, gdyby utwory, które z jakichś powodów nie dostały się przecież na kolejny długograj, nie zostały wydane i nie psuły kapeli opinii. Zapomniałbym, warto dorzucić jeszcze z dwa-trzy niezłe numery, żeby wydawany właśnie the best of nie był zupełną kupą, i będzie to to całkiem do przełknięcia. Kto ma kupić, to kupi, szmal wpłynie... No dobra, popastwiłem się nieco, a więc zdobędę się teraz na dziennikarską rzetelność: "Skjend Hans Lik" to jedno z tych wydawnictw przeznaczonych dla maniaków, którzy z miłą chęcią kupią wszystko, co nosi logo ich ulubionej kapeli. Jako że fanatykiem Carpathian Forest nigdy nie byłem, to i ta płyta jest z mojego punktu widzenia wydawnictwem niepotrzebnym (a już na pewno nie pomoże mi się w CF rozmaniaczyć). Na uwagę zasługują może dwa numery, live i jeden surowy ochłap z którejś z przeszłych sesji nagraniowych, bo podoba mi się ich "nekro" brzmienie i surowy minimalizm. W tych kilku mocniejszych punktach "Skjend Hans Lik" zespół zawarł całą tę ohydę i zło, z których słyną. W pewnym momencie noga sama zaczęła mi chodzić w rytm ich złowieszczego sado-maso hell n' rolla. Zawsze miło znarkotyzować się tak obrzydliwym soundem, jaki udatnie od tylu już lat generuje Nattefrost i spółka. Reszta utworów natomiast to, i tu nie mam w zasadzie wątpliwości, kawałki mające dopchać do czasu minimalnego, żeby stworzyć wrażenie pełnoprawnego wydawnictwa. Bardzo szanuję Carpathianów, toteż tym bardziej bolą mnie takie pół-płyty. Odsłuchałem, zapomniałem. Nie kupowałbym raczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz