poniedziałek, 26 grudnia 2011

RECENZJA: Dødheimsgard - Kronet til Konge [NOR 1995]

Zawsze to miło przypomnieć sobie klasyki ze starych, dobrych czasów. Recenzowany właśnie album Dødheimsgard nabyłem przed laty po okazyjnej cenie w formacie kasetowym i tak jak wtedy, tak i teraz "Kronet til Konge" (nor. - Korona dla króla) poniewiera aż miło. Osobom mniej lub bardziej obeznanym z norweską surowicą wiadomo, że Dødheimsgard znają się z Darkthrone i że na tej płycie cztery struny szarpie nie kto inny, jak stary, poczciwy Gylve Nagel. Z Darkthrone mogą kojarzyć się również wokale, które przypominają "Hostmørke" Isengard. Skojarzenie jak najbardziej poprawne, ponieważ wokalistę Aldrahna wsparli w kwestiach wokalnych również Gylve i perkusista Vicotnik. Klimat tego albumu pozostaje w moim mniemaniu tożsamy właśnie z Isengard, a więc wiadomo, że jest czego posłuchać. Płyta to klasyczny norweski black, ale nie przykurwiony na maksa i niesłuchalny, tylko przemyślany i porządnie zaaranżowany. Brzmienie jest bardziej w stylu lat 80-tych, niż 90-tych, co przy na wskroś norweskiej muzyce i tempach daje mieszankę dosyć ciekawą, ponieważ uwypukla atmosferę i dobrze słyszalne riffy, miast bić po mordzie nieokiełznaną brutalnością. Sporo na tym albumie mroku, sporo na wpół tylko skrzeczących charkotów, dużo podniosłej, epickiej atmosfery i wyjących jak północny wiatr riffów, które wszyscy znamy i kochamy. Można się chyba posunąć do stwierdzenia, że to jedna z lepszych płyt, które spłodził na przestrzeni lat norweski black metal. Album kanoniczny i klimatyczny, najbardziej udany etap działalności zespołu, który poszedł później w nieco mniej zrozumiałym dla mnie kierunku, porzucając surowicę na rzecz cyberelektronicznych wywijasów dla fanów disco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz