piątek, 9 grudnia 2011

Dråpsnatt - Hymner til Undergången [SWE 2010]

Dziewiczy post na Katrommoz Black Metal Reviewery poświęcić zamierzam kapeli, która nie jest tak konwencjonalna i ortodoksyjna, jak to się generalnie w black metalu przyjęło. Na "Hymner til Undergången" ("Hymny ku upadkowi", nazwę kapeli można zaś przetłumaczyć jako Noc Mordu) mamy do czynienia z norweską szkołą black metalu wzbogaconą (bądź zubożoną, o czym za chwilę) licznymi partiami klawisza. Początkowo chciałem pisać o tym albumie niemal w samych superlatywach, ale im dłużej go słucham tym mocniej dają mi się we znaki jego wady. Urzekło mnie dzikie tempo i świetne riffy w numerze "Dråpsnatt" i "Arvssynd" oraz, nie wstydzę się do tego przyznać, klimatycznie wykorzystane klawisze tu i ówdzie. Każdy wie, że ogólnie rzecz ujmując klawisze nie przegryzają się z black metalem i że może kilku kapelom w historii takie połączenie wychodziło na zdrowie. W przypadku recenzowanego materiału sprawa ma się dwojako - są momenty, w których umiejętnie wykreowana leśna atmosfera działa jak najlepsze prochy, i są takie, od których na kilometr bije sztampą i totalnym brakiem smaku. To wręcz nie do pomyślenia, że można zestawić obok siebie momenty tak udane i tak nieudane. Dråpsnat hołdują klimatom pogańskim, a więc dezynwoltura od klasycznego metalowego instrumentarium jest tu niejako usprawiedliwiona, ale liczne przesłodzenia są dla albumu zabójcze. Gdyby wszystkie numery na tej płycie brzmiały jak dwa wspomniane wyżej, płyta otrzymałaby ode mnie najwyższe z możliwych not, ale tak niestety nie jest. Trzeba jednak oddać Szwedom honor, że to co im wyszło, wyszło im świetnie. Jeśli lubicie powłóczyć się po lesie z czymś godnym na słuchawkach, to polecam "Hymner til Undergången" i gwarantuję niezapomniane wrażenia. Na uwagę zasługuje również bardzo zgrabne brzmienie bębnów i gitar oraz opętane, wzorowane na Burzum desperackie wokale. Jeśli znajdziecie w sobie cierpliwość, by znieść dłużące się niekiedy nazbyt balladopodobne momenty, to odnajdziecie na tym albumie wiele porządnego black metalu. Ci zaś, którzy rzygają na sam dźwięk słowa "klawisz", nie mają tu czego szukać. Ja sam w zasadzie nie jestem fanem tego typu połączeń, ale mimo wiadra pomyj, które wylałem na tę płytę, jednak dosyć często jej słucham. Żałuję tylko, że muszę co jakiś czas przewijać w przód. Jestem zdania, że black metalowe albumy dzielą się na genialne i mierne, ponieważ nawet jeśli zespół gra dobrze, to i tak nie będzie do ich muzyki wracał nikt, kto oczekuje od black metalu egzaltacji i dzikich emocji. Panowie z Dråpsnatt otarli się tą płytą o black metalowy absolut. Pozostaje mieć nadzieję, że z każdym kolejnym wydawnictwem będą ocierać się coraz bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz