poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ildjarn - Hardangervidda I [NOR 2002]

Skrajnie ekstremalna surowica na granicy słuchalności, a często poza nią, w wykonaniu norweskiego Ildjarn nigdy mnie nie przekonywała. Ot, kolejny zespół nie-święcie przekonany, że im gorzej tym lepiej. O ile wiem, że w pewnych kręgach otacza się ten zespół czarnym jak noc kultem, o tyle dla mnie black metal Ildjarn plasował się daleko w tyle za mniej "kultowymi" kapelami z północy. Moje uprzedzenia nie były jednak na tyle silne, bym zrezygnował z odsłuchania albumu pod tytułem "Handargervidda I". I bardzo dobrze, bo jest to album po prostu świetny. Czytałem niegdyś wywiad z polskim wydawcą ambientu, który powiedział, że jeśli tylko widzi na przysyłanych mu demówkach runy i lasy, to od razu wywala płytę do kosza. Tyle się po dwóch ostatnich albumach Burzum narobiło pseudo-pogańskich ambientowych minimalistów płodzących raz po raz kolejne przerażające gnioty, że szkoda czasu na odsłuchiwanie ich wypocin. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby ambient zawarty na tej jednej, jedynej płycie Ildjarn ktoś miałby wywalić do kosza. Pierwszy raz płytę odsłuchiwawszy czekałem trwożnie na srogie jebnięcie rozstrojonych gitar, które nigdy nie nastąpiło. Z głośników wylał się natomiast mroźny i przejmujący do żywego powiew norweskości, w którym można się zakochać. Płyta jest pierwszą częścią złożonego z dwóch płyt koncept albumu ku czci krainy Hardangervidda, która rozpościera się w zapomnianym zakątku Norwegii. Muzyka na płycie o tym tytule jest piękna i majestatyczna, przenosi słuchacza w nietknięte ludzką stopą, dziewicze rejony tego wspaniałego kraju, który musi mieć coś w ziemi i w wodzie, że żyjący tam ludzie tworzą tak genialną muzykę, jak norweski black metal i, okazjonalnie, norweski ambient. "Hardangervidda I" to muzyka ambientowa, ale można by również powiedzieć, że to black metal, tyle że zagrany bez gitar, perkusji i wokalu. Taka jest moc tej muzyki i tak bardzo jest klimatyczna, tak mocno oddziałuje na słuchacza. Mniej lub bardziej wyraźnie słychać na "Hardangervidda I" echa ambientowego Burzum i mimo, że nie jest ten album jakimś kamieniem milowym, to mnie osobiście przyjemnie kręci się w uszach. Dam głowę, że nie ja jeden bardzo tę muzykę cenię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz