poniedziałek, 26 grudnia 2011

Kampfar - Heimgang [NOR 2008]

Zdarzają się czasem płyty, do których nie ma jak się przyczepić, jeśli chodzi o samą muzykę, a jednak jest w nich coś, co sprawia, że najchętniej wykonalibyśmy nimi łuk od siebie po odsłuchaniu pierwszej minuty. "Heimgang" norweskiego Kampfar jest jedną z takich płyt. Czemuż, pytacie, wykonałbym nią łuk od siebie? Odpowiedź jest prosta - brzmienie. Muzyka na "Heimgang" jest klimatyczna i ma wielki potencjał. Problem polega na tym, że albo poorane metalem i norweskim wiatrem uszy panów z Kampfar nie są w stanie wychwycić subtelnej różnicy pomiędzy brzmieniem masywnym, ciężkim, metalowym, a plastikowym, człapiącym, bzyczącym, ciamkającym jak czołg z "Dnia Świra", albo dźwiekowiec dał ciała i nikt się efektem jego pracy nie zainteresował przed oddaniem taśm do produkcji. Wielokrotnie natknąłem się na przestrzeni ostatnich 11 lat na płyty, z których przynajmniej kilka mogłoby być dzisiaj klasykami, a które klasykami nie są, bo dźwiękowiec zawiódł albo nie pokumał się z muzykami. Można by pomyśleć, że tak doświadczeni wyjadacze jak Kampfar mają etap poszukiwania swojego brzmienia dawno za sobą, wiedzą, o co im chodzi, i takich błędów nie popełnią. Dupa, nieprawda. "Heimgang" to kolejna płyta, do której muszę się przyzwyczaić, żeby nie wyłapywać klikających stóp i rozkojarzonej gitary, która może i fajnie płynie i wibruje, ale pozostawia uczucie niedosytu. Słucham tej płyty na podkręconych basach i na treble'u nastawionym na maxa i jest względnie spoko, ale, cholera, po co tak słuchaczowi utrudniać drogę do szczęścia? Jest na tej płycie dużo, naprawdę dużo naprawdę dobrej muzyki, liść ściele się gęsto, a jednak irytuje mnie miast radować. Cieszy i napełnia nadzieją fakt, że co jakiś czas sam z siebie przypominam sobie o "Heimgang" i daję jej... drugie szanse.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz