poniedziałek, 26 grudnia 2011

Misteltein - Rape in Rapture [NOR 2000]

Za moich młodych lat ponowie z Misteltein przesrali sobie u mnie z deka, ponieważ odżegnali się w jednym z wywiadów w naiwnie kupowanym wtedy przeze mnie Thrash'em Allu od leśnych elementów w black metalu, stwierdzając burnie i durnie, że "black metal to nienawiść, a nie pieprzone drzewo". Pogląd zupełnie do obronienia, ale niekoniecznie wtedy, gdy na okładce albumu widnieje narysowany kredkami las, a w muzyce bogato eksponuje się ścieżki klawiszy. Słyszałem mnóstwo o wiele bardziej "nienawistnych" płyt, niż "Rape in Rapture" Misteltein, a więc głupawą wypowiedź Norwegów należałoby potraktować jako przejaw żrącego scenę jak rdza "prawdziwizmu". Jako że o prawdziwości i nieprawdziwości pisano już wiele, a i pisać tak naprawdę nie ma przecież o czym, porzucimy ten ważki temat i przejdziemy do meritum, czyli zawartości muzycznej. Z tą jest natomiast całkiem nieźle, jeśli nie rażą kogoś klawisze. Ja nie gardzę i symfonicznymi (duże słowo, jak na Casio) odmianami black metalu, zwłaszcza norweskiego (jeśli korzysta się z klawikordów w jakimkolwiek innym), jeśli tylko muzyka ma klimat. Muzyka Misteltein ten klimat posiada, i to jest wielki plus. To rzecz jasna porównanie na wyrost, ale momentami dokonania Norwegów kojarzą mi się z Emperor. To chyba przez to połączenie klawiszy z wokalami Serona wytwarza się tutaj podobne wrażenie przestrzeni, które bazowało na zlaniu się brzmienia parapetów z opętanymi wokalizami Ihsahna. Moje uszy bardzo takie coś łechcze, a więc płyty słucham z przyjemnością. Tę przyjemność mąci niestety, parafrazując Kunderę, nieznośna lekkość tej muzyki. Zdarzają się partie skomasowane i intensywne, ale jak na mój gust o wiele za dużo na tej płycie zwolnień, gdzie perkusji akompaniuje wyłącznie klawisz. Sporo też tutaj przerywników z zupełnie średnimi, nic nie wnoszącymi riffami, które przeszły kontrolę jakości chyba tylko dlatego, że muzycy podeszli bezkrytycznie do tego, co wyszło im spod palców. Album sporo na tym traci i jest to jeden z kilku powodów, dla których nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii TNBM. Tym nie mniej, jest na czym zawiesić ucho, więc maniakom norweskiego łojenia mogę chyba ten album polecić. Reszta nie znajdzie tu nic dla siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz