poniedziałek, 12 grudnia 2011

Wigrid - Die Ashe eines Lebens [GER 2005]

Z reguły nie podpalam się, kiedy zespół, który zdobył moje serce genialnym albumem, wydaje płytę kolejną. Taki jakiś jestem, że nigdy nie wierzę, że ta czy inna kapela nagra dwa genialne albumy pod rząd. I generalnie się nie mylę, taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko, jeśli o mnie chodzi, chyba tylko w przypadku Therion, Watain Azarath... Miałem mimo to cichą acz płonną nadzieję, że Wigrid da radę, że następczyni recenzowanej poniżej poprzedniczki na stałe wryje mi nazwę tego zespołu w mózg. I dupa, niestety. Potencjał "Hoffnungstod" został zmarnowany. "Die Asche eines Lebens" to płyta wtórna i nijaka, riffy to marne popłuczyny rozdzierających serce wywijasów z poprzedniczki, klimat diabli wzięli, żywą perkusję zastąpił nudny jak flaki z olejem automat, z kiepskim brzmieniem w dodatku. Nic na tej płycie nie powala, nie wybija się ona w żaden sposób z tłumu podobnych kapel, a to był warunek absolutnie niezbędny względem "Hoffnungstod". Ulfhednir wpadł chyba w tę samą pułapkę, co wielu przed nim, mianowicie nabrał przekonania, że doszedł do takiego poziomu mistrzostwa, że cokolwiek nagra, to będzie super. Błąd, pomyłka, chwyciła go w paszczę krwiożercza hybris. Jedynym charakterystycznym i autentycznie dobrym numerem jest wzorowany na ambientowych kawałkach Burzum kawałek ostatni, tytułowy. Słucham go już któryś raz i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że jest najlepszy na całej płycie, jeśli chodzi o wywoływanie autentycznych emocji. Prawdziwie zasmuca, rozcieńcza słuchacza, opływa go i dławi jak stupor, a jego jedynym mankamentem jest może brak jednej dodatkowej basowej ścieżki, która nadawałaby mu nieco więcej głębi. Tak czy inaczej, przepiękny numer na zakończenie płyty, szkoda, że brzmi jak epitafium dla zmarnowanego potencjału niegdyś genialnego Wigrid. Ech, szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz