sobota, 10 grudnia 2011

Fen - The Malediction Fields [UK 2009]

Znana i lubiana Encyclopaedia Metallum określa muzykę Fen jako mieszankę black metalu i post-rocka. Połączenie cokolwiek kuriozalne i całkowicie słusznie kojarzyć się może z czymś mdłym i nijakim, z muzyką która ani nie jest dobrym post-rockiem, ani dobrym black metalem. W moim odczuciu tego typu skojarzenia byłyby uzasadnione w kontekście Fen, ponieważ faktycznie można nabrać przekonania, że panowie powinni się zdecydować albo na jedno, albo na drugie. Rezultatem tego dziwnego mariażu jest bowiem muzyka, która nie jest dobra wedle black metalowych standardów, ale jest dobra, jeśli chodzi o samą muzykę. Fen prezentuje rozmarzoną, eteryczną leśno-pogańską muzykę, w której jest miejsce na spokój i gwałt, na ciemność i na jasność. Jest to kolejny po Dråpsnatt i Nocternity zespół, którego dobrze się słucha w lesie. "The Malediction Fields" to kawałek muzyki z pogranicza dwóch światów, który przenosi słuchacza gdzieś na granicę tych dwóch światów i pozwala mu przez niecałą godzinę poprzebywać trochę w zupełnej pustce. Słychać wyraźnie inspirację naturą, a płyta ma swój klimat, a więc skłonny jestem wybaczyć twórcom nieco niefortunne dobranie dwóch skrajnych konwencji. Black metalowe elementy albumu są wyśmienite, te post-rockowe może wyszły nieco słabiej, ale w zasadzie można podciągnąć je pod ten mniej szaleńczy sposób grania, który i w black metalu ma niejaką tradycję, a więc wypuszczenia, trochę gitary akustycznej, od czasu do czasu nienachalny klawisz. Puryści mogą zacząć wieszać psy, ale ja jestem w stanie docenić to, co znalazłem na tym albumie. To jest ten typ muzyki, która sprawia wrażenie, jakby nie potrzebowała człowieka, by istnieć; udatnie wzmaga atmosferę wyobcowania i dobrze współgra z długimi spacerami w leśnej głuszy. Warto dać Fen szansę, ale nie wydaje mi się, bym często do tej płyty wracał, a i to, niestety, o czymś świadczy. Może jednak nie byłoby źle, gdyby panowie zdecydowali się przechylić szalę z konstansu w którąś ze stron. Tak czy inaczej - warto "The Malediction Fields" odsłuchać, do czego zachęcam.

Nocternity - Onyx [GRE 2003]

Nocternity pochodzą z Grecji, ale zupełnie nie grają jak Grecy (podobnie zresztą, jak wychwalane przeze mnie na łamach 7Gates Ravencult) i bardzo dobrze, bo czego jak czego, ale greckiego black metalu nie jestem w stanie zdzierżyć. O wiele bardziej niż Varathron, Necromantia czy Rotting Christ przemawia do mnie czarna sztuka ze Skandynawii, toteż ponad wyżej wymienione zespoły przedkładam chociażby takie inspirowane Szwecją czy Norwegią twory, jak recenzowane właśnie Nocternity. Muzyka zawarta na "Onyx" jest jak zbita czarna chmura mroku, która z wolna, niespiesznie, oplata słuchacza obezwładniającym wyziewem. Gładko przechodzące w świdrujące uszy gitarowe riffy ambientowe intra i outra kreują uczucie mistycznej aury, która nie rozwiewa się aż do ostatnich taktów finalnej kompozycji. Muzyka Nocternity to impresjonistyczna, ciągle zmieniająca swą eteryczną formę plama dźwięku, z której raczej chaotycznie, niż linearnie wyłaniają się raz po raz nowe, genialne riffy, by za chwilę odpłynąć i ustąpić miejsca innym. Perkusja nabija jednostajnie, ale nie prostacko, a sama muzyka płynie i usypia jak trucizna. Absolutnie jednak nie ma tu miejsca na nudę, ale muzyka raczej nie nadaje się do słuchania w ciągu dnia, w tle do codziennych czynności, a wymaga raczej mrocznego otoczenia i spokoju, aby mogła w pełni wybrzmieć i roztoczyć swój czar. Nie doszukałem się na "Onyx" żadnych minusów i myślę, że mogę z czystym sercem polecić tę płytę każdemu maniakowi czerni. Bije z niej czysta, surowa autentyczność i przede wszystkim umiejętnie wygenerowana atmosfera mroku, która z pewnością każdemu przypadnie do serca. Odnoszę wrażenie, że coraz ciężej spotkać muzykę, w której tak równo rozkładałby się feeling i dźwiękowa forma, które nie wadzą sobie na wzajem, a stanowią jedną, frapującą, wysokiej jakości całość. Z pewnością jest to zespół, do którego jeszcze niejednokrotnie wrócę.

piątek, 9 grudnia 2011

Dråpsnatt - Hymner til Undergången [SWE 2010]

Dziewiczy post na Katrommoz Black Metal Reviewery poświęcić zamierzam kapeli, która nie jest tak konwencjonalna i ortodoksyjna, jak to się generalnie w black metalu przyjęło. Na "Hymner til Undergången" ("Hymny ku upadkowi", nazwę kapeli można zaś przetłumaczyć jako Noc Mordu) mamy do czynienia z norweską szkołą black metalu wzbogaconą (bądź zubożoną, o czym za chwilę) licznymi partiami klawisza. Początkowo chciałem pisać o tym albumie niemal w samych superlatywach, ale im dłużej go słucham tym mocniej dają mi się we znaki jego wady. Urzekło mnie dzikie tempo i świetne riffy w numerze "Dråpsnatt" i "Arvssynd" oraz, nie wstydzę się do tego przyznać, klimatycznie wykorzystane klawisze tu i ówdzie. Każdy wie, że ogólnie rzecz ujmując klawisze nie przegryzają się z black metalem i że może kilku kapelom w historii takie połączenie wychodziło na zdrowie. W przypadku recenzowanego materiału sprawa ma się dwojako - są momenty, w których umiejętnie wykreowana leśna atmosfera działa jak najlepsze prochy, i są takie, od których na kilometr bije sztampą i totalnym brakiem smaku. To wręcz nie do pomyślenia, że można zestawić obok siebie momenty tak udane i tak nieudane. Dråpsnat hołdują klimatom pogańskim, a więc dezynwoltura od klasycznego metalowego instrumentarium jest tu niejako usprawiedliwiona, ale liczne przesłodzenia są dla albumu zabójcze. Gdyby wszystkie numery na tej płycie brzmiały jak dwa wspomniane wyżej, płyta otrzymałaby ode mnie najwyższe z możliwych not, ale tak niestety nie jest. Trzeba jednak oddać Szwedom honor, że to co im wyszło, wyszło im świetnie. Jeśli lubicie powłóczyć się po lesie z czymś godnym na słuchawkach, to polecam "Hymner til Undergången" i gwarantuję niezapomniane wrażenia. Na uwagę zasługuje również bardzo zgrabne brzmienie bębnów i gitar oraz opętane, wzorowane na Burzum desperackie wokale. Jeśli znajdziecie w sobie cierpliwość, by znieść dłużące się niekiedy nazbyt balladopodobne momenty, to odnajdziecie na tym albumie wiele porządnego black metalu. Ci zaś, którzy rzygają na sam dźwięk słowa "klawisz", nie mają tu czego szukać. Ja sam w zasadzie nie jestem fanem tego typu połączeń, ale mimo wiadra pomyj, które wylałem na tę płytę, jednak dosyć często jej słucham. Żałuję tylko, że muszę co jakiś czas przewijać w przód. Jestem zdania, że black metalowe albumy dzielą się na genialne i mierne, ponieważ nawet jeśli zespół gra dobrze, to i tak nie będzie do ich muzyki wracał nikt, kto oczekuje od black metalu egzaltacji i dzikich emocji. Panowie z Dråpsnatt otarli się tą płytą o black metalowy absolut. Pozostaje mieć nadzieję, że z każdym kolejnym wydawnictwem będą ocierać się coraz bardziej.