piątek, 16 grudnia 2011

Ulver - Nattens Madrigal [NOR 1997]

Pomimo faktu, że norweski black metal łoję z niewielkimi przerwami od niemal 10 lat, z muzyką Ulver styczność miałem cokolwiek fragmentaryczną. Kiedyś zawiesiłem ucho na recenzowanym właśnie materiale "Nattens Madrigal", ale albo uszy miałem nieoćwiczone z surowicą, albo na przestrzeni ostatniej dekady gust jeszcze bardziej mi się wyostrzył pod kątem kostkowania, bo tak jak wtedy szybko zapomniałem o tej płycie, tak teraz słucha mi się jej po prostu świetnie. Mam kilkoro znajomych, którzy bardzo cenią sobie twórczość zespołu Garma, toteż przy okazji przedostatniego Brutal Assault miałem okazję posłuchać nieco łagodniejszego, mistycznego wcielenia Ulver, przypomniawszy sobie, że istniała w ogóle taka kapela. Teraz słucham któryś już raz "Nattens..." i żałuję, że nie poświęciłem "Wilkom" nieco więcej czasu te parę lat temu, bo najprawdopodobniej zespół miałby dla mnie dzisiaj podobny status, co np. Satyricon albo Gorgoroth. Muzyka jest surowa i zimna jak noc nad kołem podbiegunowym, a mimo to dziergane pracowicie przez gitarzystów riffy są w pełni słyszalne, i to jest wielki plus. Na sączącej się z głośników surowicy ucierpiały nieco gary, które mogłyby brzmieć o wiele potężniej, ale z drugiej strony łoją dość jednostajnie, więc może faktycznie nie ma czego eksponować. Wokale Garma to standardowy, norweski skrzek, który zawsze dobrze mi robił. Płytę cechuje typowo norweski klimat (aż sople zwisają z głośników), całkiem udatnie zilustrowany przez może nieco kiczowatą okładkę z, jakżeby inaczej, wilkiem wyjącym do księżyca. W jednym z polskich metalowych periodyków ktoś opisał kiedyś okładki black metalowych płyt jako "gryzmoły nasmarowane białą i czarną świecówką przed niedorozwiniętego bachora sąsiadów". Well, coś w tym jest, ale pomijając skrajne przypadki, prymitywizm zwyczajnie do tej muzyki pasuje, a covery jedynki Burzum czy Satyricon są nieodłączną częścią składową kultu tych zespołów. Tak więc, reasumując, klasyczna w każdym calu pozycja, jeden z monumentów norweskiego black metalu lat 90., które brzmiały jedynie w swoim rodzaju i które inspirowały później rzeszę naśladowców do łojenia tego samego, tylko, niestety, o wiele gorzej. "Nattens Madrigal" to płyta-klejnot, który z powodzeniem przenosi słuchacza pod strome fjordy i w głębokie bory, gdzie siały niegdyś terror norweskie demony. Takie płytki powinno się opatrzać Znakiem Jakości TNBM, bo takiej muzyki już się w Norwegii nie gra od lat.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Darkened Nocturn Slaughtercult - Nocturnal March [GER 2004]

Po zawodzie, jaki sprawił mi ostatni Wigrid, polepszył mnie się humor podczas słuchania jednej z płyt Darkened Nocturn Slaughtercult, w której na wokalu i gitarze jest nie kto inny, a nasza krajanka, nie-boska i długo-jak-cholera-włosa Onielar. Już początkowe takty pierwszego numeru "Wicher za górami" (sic!, po polsku, choć tekst straszny :)) dają nam przedsmak piekła, jakie rozpętuje w głośnikach reszta albumu. "Nocturnal March" to solidny, pełen pasji black metal mocno inspirowany dokonaniami Norwegów z lat 90. Zespół pochodzi z Niemiec, zatem pozostajemy w germańskich klimatach i w dalszym ciągu dajemy posłuch teutońskiej łomotaninie ku czci Rogatego. Album nie jest jakimś kamieniem milowym, ale znajdziecie na nim mnóstwo zajebistych riffów wspartych dobrze nagłośnioną perkusją. Nie uświadczycie tu ultraszybkich blastów rodem z 1349, ale jest za to sporo średnio-szybkich, które idealnie pasują do muzyki i znakomicie rzeźbią ścieżki gitar. Już sam fakt, że w kapeli jest Onielar sprawia, że kapela jakoś wyróżnia się na tle innych zespołów. I nie chodzi tu tylko o sam fakt, że to kobieta, a więc ma biust i takie tam, ale przede wszystkim o jej chorą barwę głosu, która przywodzi na myśl złowróżbne wycie jakiejś banshee. Nie urażając przedstawicielek płci piękniejszej, często jest tak, że kobieta działa na zespół jak rozpuszczalnik, to znaczy wskazówki klawiszometru i operometru zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do niekorzystnego dla gatunku ekstremum. Porzućcie jednak swoje obawy - Darkened Nokturn Slaughtercult to stuprocentowa black metalowa jazda bez trzymanki, bez kompromisów i zbędnych upiększeń. Odsłuchajcie w ten czy inny sposób wspomniany już "Wicher za górami" czy "The Dead Hate the Living", a sami się przekonacie. "Nocturnal March" przypomina mi nieco przedostatnią płytę norweskiego Urgehal, ze względu na tempa i mordercze brzmienie garów. I to powinno w zasadzie rozwiać wszelkie wątpliwości. Pierwszorzędny black metalowy wykurw z obłędnym wokalem i solidnym brzmieniem, polecam z czystym sercem maniakom ekstremy.

Wigrid - Die Ashe eines Lebens [GER 2005]

Z reguły nie podpalam się, kiedy zespół, który zdobył moje serce genialnym albumem, wydaje płytę kolejną. Taki jakiś jestem, że nigdy nie wierzę, że ta czy inna kapela nagra dwa genialne albumy pod rząd. I generalnie się nie mylę, taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko, jeśli o mnie chodzi, chyba tylko w przypadku Therion, Watain Azarath... Miałem mimo to cichą acz płonną nadzieję, że Wigrid da radę, że następczyni recenzowanej poniżej poprzedniczki na stałe wryje mi nazwę tego zespołu w mózg. I dupa, niestety. Potencjał "Hoffnungstod" został zmarnowany. "Die Asche eines Lebens" to płyta wtórna i nijaka, riffy to marne popłuczyny rozdzierających serce wywijasów z poprzedniczki, klimat diabli wzięli, żywą perkusję zastąpił nudny jak flaki z olejem automat, z kiepskim brzmieniem w dodatku. Nic na tej płycie nie powala, nie wybija się ona w żaden sposób z tłumu podobnych kapel, a to był warunek absolutnie niezbędny względem "Hoffnungstod". Ulfhednir wpadł chyba w tę samą pułapkę, co wielu przed nim, mianowicie nabrał przekonania, że doszedł do takiego poziomu mistrzostwa, że cokolwiek nagra, to będzie super. Błąd, pomyłka, chwyciła go w paszczę krwiożercza hybris. Jedynym charakterystycznym i autentycznie dobrym numerem jest wzorowany na ambientowych kawałkach Burzum kawałek ostatni, tytułowy. Słucham go już któryś raz i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że jest najlepszy na całej płycie, jeśli chodzi o wywoływanie autentycznych emocji. Prawdziwie zasmuca, rozcieńcza słuchacza, opływa go i dławi jak stupor, a jego jedynym mankamentem jest może brak jednej dodatkowej basowej ścieżki, która nadawałaby mu nieco więcej głębi. Tak czy inaczej, przepiękny numer na zakończenie płyty, szkoda, że brzmi jak epitafium dla zmarnowanego potencjału niegdyś genialnego Wigrid. Ech, szkoda.

Wigrid - Hoffnungstod [GER 2002]

"Hoffnungstod" (niem. - Śmierć Nadziei) to dla mnie płyta arcyważna z kilku powodów. Pierwszy to taki, że zanim ją usłyszałem miałem zaufanie tylko i wyłącznie do tuzów black metalu, których kasety kupowałem w Empiku i dwóch gdyńskich sklepach muzycznych za grubą jak na dzisiejsze czasy kasę. Wigrid pomógł mi tą płytą wyjść poza krąg dziesięciu zespołów, z których wiele lat temu składał się dla mnie black metal i odkryć, że kapele zupełnie nieznane, ukryte w głębokim podziemiu, również mają olbrzymi potencjał i że warto ich szukać. Drugi powód natomiast jest taki, że to jedna z najlepszych black metalowych płyt, jakie w życiu słyszałem. Dzieło skończone, genialne, niezastąpione; moja pierwsza piątka, a pośród zespołów niemieckich absolutny number one. Wigrid (jak wiemy z Thorgala, skandynawski bóg poetów :), a wedle mitów - równina, na której rozegra się Ragnarok) to one-man band z Niemiec, co jest o tyle zaskakujące, że regularnie pojawiające się tu i ówdzie, kopiujące Varga zespoły jednoosobowe niemożebnie ssą. Wigrid to chwalebny wyjątek od tej reguły. Płyta powstała na bazie oczywistych i daleko posuniętych fascynacji legendarnym Burzum, nie ma co do tego wątpliwości, a jednak jest to muzyka na wskroś oryginalna i autentyczna. Specyficzny sposób grania na gitarze, pojawiające się często wypuszczenia, schowane w tle za ścianą sześciostrunowców bębny oraz desperacki wokal składają się razem na mieszankę wybuchową, która zalewa smutkiem i beznadzieją wszystko dookoła. Bezsprzecznie jest to również jeden z najbardziej leśnych zespołów, jakie znam, a jak już pisałem, "leśność" w black metalu, zwłaszcza norweskim, jest dla mnie, jak by powiedzieli Anglicy, of utmost importance. Do dokonań Burzum nawiązuje również okładka "Hoffnungstod", kolaż dwóch znanych mniej lub bardziej rysunków Kittelstena, z których korzystał także Varg, a które DOSKONALE oddawały atmosferę muzyki Burzum. Nie muszę chyba dodawać, że idealnie pasują również do Wigrid. Płyta zaczyna się gitarowym wstępem "Leere", po czym przechodzi w zagrane w średnich tempach, okraszone wyobcowanymi, prymitywnymi riffami "Ort des Einsamkeit", "Die Entstahung", "Das Sterben Eines Traumens" i w końcu genialny, tytułowy "Hoffnungstod". Na zakończenie uszy atakuje darkthronowe tempo "Der Weg In Anderes Dasein". Mógłbym pisać wiele o absolutnie wyciskających łzy z oczy riffach, których jest tu pełno, ale dość ciężko oddać słowami zasób emocji, które autor zawarł w tej muzyce. Szkoda zresztą czasu na opisy, to po prostu trzeba usłyszeć. Brzmienie i sama muzyka stanowią jedność, jeśli macie dobre słuchawki i wolną chwilę, do absolutnie nic nie przeszkodzi wam w pełni rozkoszować się geniuszem tej płyty. Takiego black metalu mógłbym słuchać w kółko (do chwili, kiedy przepełniony negatywizmem targnąłbym się na własne życie, a w ostatnich przedśmiertnych konwulsjach zakopałbym się w ściółce, that is). Płyta absolutnie genialna i dla mnie osobiście kamień milowy, który mógłby rozpocząć erę post-burzumowską w black metalu, gdyby nie to, że tak wiele kopiujących ten zespół kapel to straszna kupa. "Hoffnungstod" to arcydzieło, klasyk, mistrzostwo świata. Chepeau bas.

niedziela, 11 grudnia 2011

Isvind - Dark Water Stir [NOR 1996]

Ależ mile mnie połechtał ten materiał. Nie pamiętam już, w jaki sposób natknąłem się w bezmiarze internetu na wzmiankę, a potem na materiał powstałego w pamiętnym roku 1993 Isvind, chyba za sprawą jednego z dwóch najlepszych polskich zinów metalowych w historii, z których ostał się do czasów obecnych tylko 7Gates. Album od razu przypadł mi do gustu, a kawałek o jakże wymownym tytule "Ulv! Ulv!" ("Wilk! Wilk!") łoił mnie po uszach często-gęsto. "Dark Water Stir" to płyta, o której nie sposób wypowiedzieć się inaczej, jak tylko pozytywnie. Isvind grają klasyczny do bólu, tradycyjny norweski black metal w średnich i wolnych tempach, minimalistyczny i negatywny jak to tylko Norwegowie potrafią. Mnóstwo jest kapel, które mają podobne podejście do grania, ale zawsze miło natrafić na zespół, który prezentuje przy okazji wartościową muzykę. Ten album jest jak przenikająca na wylot ulewa smutku i nienawiści, szara i nieposkromiona, trwająca samotnie jak stare drzewo w środku lasu. Mimo minimalistycznego podejścia do black metalowej materii panowie z Isvind (nor. - Lodowy Wicher) nagrali dzieło kompletne, dumny i przemyślany ochłap czarnego łojenia, który zadowoli nawet najbardziej wybredne gusta. Muzyka jest bardzo różnorodna, w numerach wiele się dzieje, a użyte tu i tam sample nie rażą, a przerażają. "Dark Water Stir" tym się różni od recenzowanych uprzednio płyt, że stanowi monument ku czci czystej formy i podobny efekt osiąga za pomocą klasycznego black metalowego instrumentarium. O ile do Fen czy Wodensthrone klawisze pasują, o tyle nie zniósłbym ich w Isvind. Możliwości gitary są wyeksploatowane w stopniu wystarczającym, do nagrania black metalowego, na wskroś norweskiego albumu, który mnie absolutnie przekonuje. Uwaga, słuchane w depresji grozi samobójstwem! Znakomity norweski łomot - kupować w ciemno.

Wodensthrone - Loss [UK 2009]

"Loss" to płyta bardzo różnorodna, która eksploruje niemal wszystkie rejony, w jakie zapuścił się szwedzko-norweski black metal na przestrzeni lat. Jest tu miejsce zarówno na dzikie blasty i opętane riffy, jak i chwile wytchnienia w postaci akustyczno-klawiszowych partii wolnych. Wodensthrone to kolejny z serii kapel, które wpisują się w nurt pogańskiego black metalu i o ile ich muzyka bardzo mi pasuje, zwłaszcza ostatnie numery albumu, w których panowie osiągnęli skrajną wręcz epickość, o tyle jest to jak na razie ostatni przedstawiciel takiego grania na łamach Katrommoz, ponieważ zwyczajnie muszę odsapnąć od takiego grania i wrzucić przynajmniej kilka recenzji płyt bardziej skomasowanych i tradycyjnych. Wodensthrone pochodzą z Anglii, ale mnóstwo w ich muzyce elementów typowo skandynawskich, od temp zaczynając, a na sposobie szarpania sześciu strun kończąc. Niezrozumiałym dla mnie jest fakt, że wokalista (wokaliści?) sili się od czasu do czasu na odśpiewanie czystych partii wokalnych, które ani nie są specjalnie potrzebne, ani udane. Mamy więc do czynienia z podobną sytuacją, co w przypadku recenzowanego poniżej materiału Fen. Obydwa zespoły mają w gruncie rzeczy dość podobny pomysł na granie i w dość zbliżony sposób rozkłądają się na ich płytach motywy bardziej i mniej black metalowe. Trudno by mi jednak było odpowiedzieć na pytanie, który zespół jest lepszy, toteż nie będę próbował. "Loss" jest także kolejnym na łamach Katrommoz materiałem, którego dobrze się słucha w lesie; pełno tutaj zadumy i intensywnych, negatywnych emocji, przetykanych jednakowoż partiami zabarwionymi zgoła odmiennie. Podsumowując, kolejny niezły "leśny" black metal, definitywnie do obczajenia, ale na jakiś czas porzucamy ten nurt, by zapuścić się w klasyczny black, do którego tym lepiej się wraca, im dłużej się go nie słuchało.