wtorek, 27 grudnia 2011

Katharsis - Kruzifixxion [GER 2003]

Swego czasu bardzo intensywnie wsłuchiwałem się w tę płytę. Moją uwagę przykuł nietypowy zapis tytułu: "Kruzifixxion". Słowo prezentowało się złowieszczo i w pewien dziwny sposób urzekło mnie swoją surową formą. Po włączeniu tej płyty bardzo długo wciskałem "Repeat" pod koniec pierwszego numeru, który brzmiał jak z samego piekła. Katharsis stali się wkróce zespołem bardzo znanym w black metalowych kręgach, jedną z kilku elitarnych kapel, które kładły podwaliny pod coś, co nazwano później (mniej lub bardziej trafnie) "religijnym black metalem". W latach 2002-2003, jeśli dobrze pamiętam, gatunek ugruntowały takie albumy, jak "Salvation" uwielbianego przeze mnie Funeral Mist, i "Casus Luciferi" Watain. W 2004 Deathspell Omega wydali swoje opus magnum "Si Monumentum Requires, Circumspice". Dwa lata później Katharsis potwierdzili swoją klasę maniackim "VVorldVVithoutEnd". Tak jak Niemcom generalnie rzecz biorąc nie wychodzi black metal (pomijając może lepsze momenty Nargaroth, jeśli ktoś uznaje ten zespół za black metalowy, oraz recenzowany gdzieś poniżej DNS), tak Katharsis to dla mnie i dla wielu światowa liga. Zespół zadeklarowany, ortodoksyjny i, przede wszystkim, prezentujący wysokiej klasy black metalowy łomot, który podoba się zarówno prymitywom jak i uduchowionym zwolennikom muzyki z duszą. Mnie ta płyta bardzo satysfakcjonuje, podoba mi się, że muzycy uniknęli przesytu intensywności poprzez okalanie poszczególnych numerów intrami i outrami. Bardzo dobre brzmienie, które sprawia wrażenie, jakby wydobywało muzykę spod ziemi, uwypukla dobrze wyczute zmiany temp i niebanalne riffy. Zarówno na tej płycie, jak i na jej następczyni, uwagę przykuwają wokale, które okraszono niekontrolowanymi piskami (vide pierwszy krzyk na "The Last Wound") które Drakh udoskonalił później na "VVVVE". Płyta kojarzy mi się nieco z "A Thousand Voices" polskiego Kriegsmaschine; brzmienie gitar i bębnów, jak również komasacja, z obydwu tych płyt czynią krótkie acz celne ciosy w twarz, które pozostawiają słuchacza z uczuciem niedosytu. Reasumując - "Kruzifixxion" to płyta znakomita, która powinna znaleźć się w płytotece każdego maniaka czerni. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że szaleństwo i mrok, które aż wylewają się z tego kawałka plastiku, mogły by nie przypaść do gustu jakiejś mrocznej duszy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ildjarn - Hardangervidda I [NOR 2002]

Skrajnie ekstremalna surowica na granicy słuchalności, a często poza nią, w wykonaniu norweskiego Ildjarn nigdy mnie nie przekonywała. Ot, kolejny zespół nie-święcie przekonany, że im gorzej tym lepiej. O ile wiem, że w pewnych kręgach otacza się ten zespół czarnym jak noc kultem, o tyle dla mnie black metal Ildjarn plasował się daleko w tyle za mniej "kultowymi" kapelami z północy. Moje uprzedzenia nie były jednak na tyle silne, bym zrezygnował z odsłuchania albumu pod tytułem "Handargervidda I". I bardzo dobrze, bo jest to album po prostu świetny. Czytałem niegdyś wywiad z polskim wydawcą ambientu, który powiedział, że jeśli tylko widzi na przysyłanych mu demówkach runy i lasy, to od razu wywala płytę do kosza. Tyle się po dwóch ostatnich albumach Burzum narobiło pseudo-pogańskich ambientowych minimalistów płodzących raz po raz kolejne przerażające gnioty, że szkoda czasu na odsłuchiwanie ich wypocin. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby ambient zawarty na tej jednej, jedynej płycie Ildjarn ktoś miałby wywalić do kosza. Pierwszy raz płytę odsłuchiwawszy czekałem trwożnie na srogie jebnięcie rozstrojonych gitar, które nigdy nie nastąpiło. Z głośników wylał się natomiast mroźny i przejmujący do żywego powiew norweskości, w którym można się zakochać. Płyta jest pierwszą częścią złożonego z dwóch płyt koncept albumu ku czci krainy Hardangervidda, która rozpościera się w zapomnianym zakątku Norwegii. Muzyka na płycie o tym tytule jest piękna i majestatyczna, przenosi słuchacza w nietknięte ludzką stopą, dziewicze rejony tego wspaniałego kraju, który musi mieć coś w ziemi i w wodzie, że żyjący tam ludzie tworzą tak genialną muzykę, jak norweski black metal i, okazjonalnie, norweski ambient. "Hardangervidda I" to muzyka ambientowa, ale można by również powiedzieć, że to black metal, tyle że zagrany bez gitar, perkusji i wokalu. Taka jest moc tej muzyki i tak bardzo jest klimatyczna, tak mocno oddziałuje na słuchacza. Mniej lub bardziej wyraźnie słychać na "Hardangervidda I" echa ambientowego Burzum i mimo, że nie jest ten album jakimś kamieniem milowym, to mnie osobiście przyjemnie kręci się w uszach. Dam głowę, że nie ja jeden bardzo tę muzykę cenię.

Kampfar - Heimgang [NOR 2008]

Zdarzają się czasem płyty, do których nie ma jak się przyczepić, jeśli chodzi o samą muzykę, a jednak jest w nich coś, co sprawia, że najchętniej wykonalibyśmy nimi łuk od siebie po odsłuchaniu pierwszej minuty. "Heimgang" norweskiego Kampfar jest jedną z takich płyt. Czemuż, pytacie, wykonałbym nią łuk od siebie? Odpowiedź jest prosta - brzmienie. Muzyka na "Heimgang" jest klimatyczna i ma wielki potencjał. Problem polega na tym, że albo poorane metalem i norweskim wiatrem uszy panów z Kampfar nie są w stanie wychwycić subtelnej różnicy pomiędzy brzmieniem masywnym, ciężkim, metalowym, a plastikowym, człapiącym, bzyczącym, ciamkającym jak czołg z "Dnia Świra", albo dźwiekowiec dał ciała i nikt się efektem jego pracy nie zainteresował przed oddaniem taśm do produkcji. Wielokrotnie natknąłem się na przestrzeni ostatnich 11 lat na płyty, z których przynajmniej kilka mogłoby być dzisiaj klasykami, a które klasykami nie są, bo dźwiękowiec zawiódł albo nie pokumał się z muzykami. Można by pomyśleć, że tak doświadczeni wyjadacze jak Kampfar mają etap poszukiwania swojego brzmienia dawno za sobą, wiedzą, o co im chodzi, i takich błędów nie popełnią. Dupa, nieprawda. "Heimgang" to kolejna płyta, do której muszę się przyzwyczaić, żeby nie wyłapywać klikających stóp i rozkojarzonej gitary, która może i fajnie płynie i wibruje, ale pozostawia uczucie niedosytu. Słucham tej płyty na podkręconych basach i na treble'u nastawionym na maxa i jest względnie spoko, ale, cholera, po co tak słuchaczowi utrudniać drogę do szczęścia? Jest na tej płycie dużo, naprawdę dużo naprawdę dobrej muzyki, liść ściele się gęsto, a jednak irytuje mnie miast radować. Cieszy i napełnia nadzieją fakt, że co jakiś czas sam z siebie przypominam sobie o "Heimgang" i daję jej... drugie szanse.

Carpathian Forest - Skjend Hans Lik [NOR 2004]

Nie rozumiem o co chodzi w takich wydawnictwach. Jeżeli po tej czy tamtej sesji nagraniowej zostaje kilka odrzutów, albo wala się gdzieś po domu taśma ze średnio udanym live'em, to po co nagrywać to na płytę, opatrywać ją tytułem i logiem, i wydawać? Przecież nic by się nie stało, gdyby utwory, które z jakichś powodów nie dostały się przecież na kolejny długograj, nie zostały wydane i nie psuły kapeli opinii. Zapomniałbym, warto dorzucić jeszcze z dwa-trzy niezłe numery, żeby wydawany właśnie the best of nie był zupełną kupą, i będzie to to całkiem do przełknięcia. Kto ma kupić, to kupi, szmal wpłynie... No dobra, popastwiłem się nieco, a więc zdobędę się teraz na dziennikarską rzetelność: "Skjend Hans Lik" to jedno z tych wydawnictw przeznaczonych dla maniaków, którzy z miłą chęcią kupią wszystko, co nosi logo ich ulubionej kapeli. Jako że fanatykiem Carpathian Forest nigdy nie byłem, to i ta płyta jest z mojego punktu widzenia wydawnictwem niepotrzebnym (a już na pewno nie pomoże mi się w CF rozmaniaczyć). Na uwagę zasługują może dwa numery, live i jeden surowy ochłap z którejś z przeszłych sesji nagraniowych, bo podoba mi się ich "nekro" brzmienie i surowy minimalizm. W tych kilku mocniejszych punktach "Skjend Hans Lik" zespół zawarł całą tę ohydę i zło, z których słyną. W pewnym momencie noga sama zaczęła mi chodzić w rytm ich złowieszczego sado-maso hell n' rolla. Zawsze miło znarkotyzować się tak obrzydliwym soundem, jaki udatnie od tylu już lat generuje Nattefrost i spółka. Reszta utworów natomiast to, i tu nie mam w zasadzie wątpliwości, kawałki mające dopchać do czasu minimalnego, żeby stworzyć wrażenie pełnoprawnego wydawnictwa. Bardzo szanuję Carpathianów, toteż tym bardziej bolą mnie takie pół-płyty. Odsłuchałem, zapomniałem. Nie kupowałbym raczej.

Misteltein - Rape in Rapture [NOR 2000]

Za moich młodych lat ponowie z Misteltein przesrali sobie u mnie z deka, ponieważ odżegnali się w jednym z wywiadów w naiwnie kupowanym wtedy przeze mnie Thrash'em Allu od leśnych elementów w black metalu, stwierdzając burnie i durnie, że "black metal to nienawiść, a nie pieprzone drzewo". Pogląd zupełnie do obronienia, ale niekoniecznie wtedy, gdy na okładce albumu widnieje narysowany kredkami las, a w muzyce bogato eksponuje się ścieżki klawiszy. Słyszałem mnóstwo o wiele bardziej "nienawistnych" płyt, niż "Rape in Rapture" Misteltein, a więc głupawą wypowiedź Norwegów należałoby potraktować jako przejaw żrącego scenę jak rdza "prawdziwizmu". Jako że o prawdziwości i nieprawdziwości pisano już wiele, a i pisać tak naprawdę nie ma przecież o czym, porzucimy ten ważki temat i przejdziemy do meritum, czyli zawartości muzycznej. Z tą jest natomiast całkiem nieźle, jeśli nie rażą kogoś klawisze. Ja nie gardzę i symfonicznymi (duże słowo, jak na Casio) odmianami black metalu, zwłaszcza norweskiego (jeśli korzysta się z klawikordów w jakimkolwiek innym), jeśli tylko muzyka ma klimat. Muzyka Misteltein ten klimat posiada, i to jest wielki plus. To rzecz jasna porównanie na wyrost, ale momentami dokonania Norwegów kojarzą mi się z Emperor. To chyba przez to połączenie klawiszy z wokalami Serona wytwarza się tutaj podobne wrażenie przestrzeni, które bazowało na zlaniu się brzmienia parapetów z opętanymi wokalizami Ihsahna. Moje uszy bardzo takie coś łechcze, a więc płyty słucham z przyjemnością. Tę przyjemność mąci niestety, parafrazując Kunderę, nieznośna lekkość tej muzyki. Zdarzają się partie skomasowane i intensywne, ale jak na mój gust o wiele za dużo na tej płycie zwolnień, gdzie perkusji akompaniuje wyłącznie klawisz. Sporo też tutaj przerywników z zupełnie średnimi, nic nie wnoszącymi riffami, które przeszły kontrolę jakości chyba tylko dlatego, że muzycy podeszli bezkrytycznie do tego, co wyszło im spod palców. Album sporo na tym traci i jest to jeden z kilku powodów, dla których nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii TNBM. Tym nie mniej, jest na czym zawiesić ucho, więc maniakom norweskiego łojenia mogę chyba ten album polecić. Reszta nie znajdzie tu nic dla siebie.

RECENZJA: Dødheimsgard - Kronet til Konge [NOR 1995]

Zawsze to miło przypomnieć sobie klasyki ze starych, dobrych czasów. Recenzowany właśnie album Dødheimsgard nabyłem przed laty po okazyjnej cenie w formacie kasetowym i tak jak wtedy, tak i teraz "Kronet til Konge" (nor. - Korona dla króla) poniewiera aż miło. Osobom mniej lub bardziej obeznanym z norweską surowicą wiadomo, że Dødheimsgard znają się z Darkthrone i że na tej płycie cztery struny szarpie nie kto inny, jak stary, poczciwy Gylve Nagel. Z Darkthrone mogą kojarzyć się również wokale, które przypominają "Hostmørke" Isengard. Skojarzenie jak najbardziej poprawne, ponieważ wokalistę Aldrahna wsparli w kwestiach wokalnych również Gylve i perkusista Vicotnik. Klimat tego albumu pozostaje w moim mniemaniu tożsamy właśnie z Isengard, a więc wiadomo, że jest czego posłuchać. Płyta to klasyczny norweski black, ale nie przykurwiony na maksa i niesłuchalny, tylko przemyślany i porządnie zaaranżowany. Brzmienie jest bardziej w stylu lat 80-tych, niż 90-tych, co przy na wskroś norweskiej muzyce i tempach daje mieszankę dosyć ciekawą, ponieważ uwypukla atmosferę i dobrze słyszalne riffy, miast bić po mordzie nieokiełznaną brutalnością. Sporo na tym albumie mroku, sporo na wpół tylko skrzeczących charkotów, dużo podniosłej, epickiej atmosfery i wyjących jak północny wiatr riffów, które wszyscy znamy i kochamy. Można się chyba posunąć do stwierdzenia, że to jedna z lepszych płyt, które spłodził na przestrzeni lat norweski black metal. Album kanoniczny i klimatyczny, najbardziej udany etap działalności zespołu, który poszedł później w nieco mniej zrozumiałym dla mnie kierunku, porzucając surowicę na rzecz cyberelektronicznych wywijasów dla fanów disco.