czwartek, 20 września 2012

CRIONICS "Neuthrone" [POL 2007]

Nie będę oryginalny w tym, co teraz napiszę, ale bardzo nie lubię, kiedy zespół dodaje płytę do pisma, choćby i był to uznany i rzetelny tytuł. Kojarzę tego typu praktyki z chęcią zrobienia szybkiej kariery, z nadmuchanymi balonami, z których szybko ulatuje powietrze i momentalnie przemijają, z zupełnie niemetalowym podejściem do metalu. Takie skojarzenia miałem i w przypadku debiutu Crionics. Każdy pamięta "Human Terror: Ways to Selfdestruction", który to album wyszedł jako bonus do jednego wydania Thrash’em All’a. Podobnie jak wyłącznie pochlebne recenzje tegoż materiału. I o ile sam album faktycznie był bardzo dobry jak na debiut, to nachalna promocja, czy akwizycja wręcz, prowadzona w taki sposób ma prawo budzić różne opinie, w tym i niepochlebne, obrzydzić słuchaczom zarówno płytę jak i zespół. Wzbudzić rozprzestrzeniające się jak pożar głosy o nieszczerości zespołu. Myślałem wtedy, i nie ja jeden zapewne, że będzie to jeden z tych bandów, które szybko przepadną gdzieś i świat o nich zapomni. Że nie sprostają napuchniętym jak utopiec oczekiwaniom po kampanii reklamowej i niezliczonych zachwytach. Ku memu zaskoczeniu jakiś czas później okazało się, że Crionics uderzyli z kolejnym albumem, a później jeszcze następnym – będącym przedmiotem tej recenzji. Myślę, że chłopaki rozwiali wszelkie wątpliwości dotyczące rzekomej sztucznej popularności i popowatości swojej muzyki i ich kapeli. Udowodnili, że im się chce i nie mają zamiaru osiąść na laurach. Dojebali bardzo mocnym albumem, zwartym, prężnym, agresywnym, pełnym ciekawych patentów, z jajem i pomysłem. Kawałki są przemyślane, charakterystyczne, każdy z nich wrzeszczy własnym głosem. Zebrane do kupy poszczególne ciosy prosto między oczy tworzą bardzo zgrabną death/blackową całość, gdzie, mimo ścielącego się gęsto blastu, jest miejsce na finezje i awangardowe podejście do tematu – awangardowe, acz nie pozbawione pazura. Kapela odważyła się na dość oryginalny image i nieskrępowaną prawidłami mieszaninę tego co najlepsze w każdym gatunku ekstremalnego metalu. Momentalnie nasunęły mi się skojarzenia z Behemothem i Vesanią. Zdaje się, że rośnie nam tutaj, na naszym smutnym, zapyziałym, upstrzonym psim łajnem i rozwrzeszczanym gówniarstwem podwórku, kolejny światowy zespół, bardziej niż na tradycji i łojeniu w kółko tego samego zajęty eksploracją i poszukiwaniem nowych brzmień. Jeszcze parę lat temu, napędzany młodzieńczym żarem, krzywo patrzyłbym na takie odstępstwa od sztywnych metalowych przykazań. Teraz myślę sobie, że nie ma nic złego w tym, że kapela chce grać inaczej, prezentować coś swojego i przekraczać pewne granice – wcale bowiem nie musi się to wiązać ze sprzedawaniem się czy lizaniem się po chujach z "wielkimi" tego całego gównianego biznesu. Obiektywna prawda jest taka, że jak ktoś robi coś dobrze, to przy odrobinie szczęścia wypłynie na wierzch i dostanie szansę. Niech każdy robi, co chce, a wyrokami szafuje ostrożnie. Crionics prezentują progresywne podejście do metalu, gdzie "progresja" nie zepchnęła "metalu" na boczne tory, a raczej dała całej morderczej machinie potężnego kopa. Są klawisze i są sample, ale nie ma nachalności i plastiku. Jest rzetelne metalowe grzanie w klimatach, poza ww. zespołami np. Emperor. Nie mam nic przeciwko takim inspiracjom, pod warunkiem, że ma to ręce i nogi. Crionics ma nogi, ma ręce i to nawet z grubym bicem. Podsumowując, różne widziałem na necie recenzje "Neuthrone". Szczerze mówiąc, dziwię się tym niepochlebnym, bo ja osobiście nie mam się za bardzo do czego przyczepić. Jasne, że zawsze coś może być lepiej, ale po co szukać dziury w całym? Crionics bynajmniej nie zeszli poniżej poziomu i jeśli założymy, że z każdym następnym albumem będzie coraz lepiej, to być może niebawem będzie nam dane obcować czymś naprawdę wielkim.

AZARATH "Blasphemers' Maledictions" [POL 2011]

Ta płyta jest AŻ TAK dobra, że postanowiliśmy zrobić wyjątek i zrecenzować ją na łamach Katrommoz BMR, pomimo że jest to death metal, a więc jeden z gatunków, którymi z założenia nie mieliśmy się zajmować. Nie myślałem, że taki zespół jak Azarath kiedykolwiek mnie zaskoczy, i to na dodatek pozytywnie. Pierwsze trzy albumy tczewskiego komanda ustawiły zespół wśród hord tych maniackich, szalonych, bezkompromisowych kapel metalowych, które nie grają metalu, tylko metal napierdalają. Każdy, kto miał z tym zespołen choćby powierzchowną styczność, wie o co chodzi - czarno-biały minimalizm, tradycyjne instrumentarium, gruntowny przester i przede wszystkim niemożebny wykurw. O ile pierwsze trzy Azarathy łyknąłem bez popitki, o tyle czwarty długograj mocno mnie rozczarował. Odniosłem wrażenie, że brzmienie straciło na mięsistości, a agresję, po trzech płytach na wskroś ekstremalnych, diabli wzięli. Mocno powątpiewałem, czy Azarath zdobędzie się jeszcze kiedyś na tak szatański i bezlitosny śmierćmetal, jaki prezentował na rzeczonych płytach. Przesłuchawszy najnowsze dzieło Inferna i spółki, "Blasphemers' Maledictions", zmuszony jestem stwierdzić, że o ile "Praise the Beast" nie jest dla mnie osobiście jakimś zajebistym albumem, o tyle jestem w stanie wybaczyć Azarath to potknięcie na prostej drodze, ponieważ kolejny w kolejce był właśnie najnowszy, który domyka linię ewolucyjną kapeli w sposób zaskakujący i przekonujący, jak ja pierdolę. "Blasphemers' Maledictions" to album diametralnie różny od podziemnej stęchlizny, jaką panowie prezentowali w latach poprzednich, ale zarazem i o wiele bardziej ekstremalny i intensywny. Tradycyjne bicie pozostało, blast i trup ściele się gęsto, ale sporo w tej muzyce połamania, kombinacji i progresu. Może pobrzmiewają tu jakieś echa Behemotha, który nie należy do najbardziej negatywnych zespołów na świecie i raczej ku światłu kieruje powleczoną kredą i pastą do butów twarz. Więcej w "Blasphemers' Maledictions" witalności, tej specyficznej młodzieńczej energii i entuzjazmu; muzyka jest bardziej zapalczywa i nieposkromiona niż na poprzednich albumach. Powala ekstremą ale jest również o wiele bardziej przestrzenna, niż taka np. "Infernal Blasting". Nowa płyta, jak się rzekło, brzmi w gruncie rzeczy podobnie do "Praise the Beast", ale tym razem to brzmienie całkowicie mnie przekonuje. Filarem zespołu jest, jak wiemy, Inferno, który pomimo faktu, że latka lecą, najwyraźniej ani myśli składać broń i co album oferuje słuchaczowi czyste, nomen omen, piekło. To jest coś zajebistego, że z każdą kolejną płytą tego bębniarza słuchacz myśli sobie "no kurwa, ewidentnie koniec, szczyt możliwości, apogeum agresji, już teraz to musi spuścić z tonu, bo pozrywa więzadła", a on z uporem maniaka udowadnia co płytę, że dotychczas zaledwie popierdywał i dopiero teraz roznapierdalał się na całego. Ktokolwiek myśli, że zna Inferno po przesłuchaniu jego dotychczasowych dokonań, zostanie zmuszony do zmiany opinii po kilku pierwszych taktach przezajekurwabistego "The Supreme Reign of Tiamat", który po prostu miażdży. Cały album jest zresztą trudniejszy w odbiorze, mniej dosłowny niż płyty poprzednie. Jak pisałem wyżej, Azarath miał to do siebie, że wchodził bez popity. Ta płyta natomiast jest o wiele bardziej wymagająca i potrzeba minimum kilku przesłuchań, żeby ją w pełni ogarnąć. Po pierwszym numerze ni z gruchy ni z pietruchy następuje nietypowy dla Azarath początek numeru kolejnego. Watain skorzystali z podobnej rytmiki w "Satan's Hunger", i choć porównywać tych dwóch zespołów nie mam zamiaru, bo to kapele zupełnie różne na wielu (choć nie wszystkich, o czym za chwilę) płaszczyznach, to wydaje mi się, że to może ten właśnie zespół zaszczepił zatwardziałym death metalowcom nieco bardziej otwarte, a nie pozbawione mocy podejście do ekstremalnego grania? Może pierdolę, ale sądzę, że to jednak możliwe. Po tym "skocznym" przerywniku wątpliwości zostają jednakowoż momentalnie rozwiane i różnorodny wykurw oraz walce wypełniają album szczelnie do samego końca. Album, jak można się spodziewać, utrzymany jest w tempach szybkich i średnich, ale te "szybkie" są szybsze, niż stosowany obecnie w metalu tradycyjny blast. Został on przez Inferno nieco podkręcony i w rezultacie płyta jest o wiele szybsza i bardziej dynamiczna, niż inne utrzymane w podobnej, blastowo-dwubitowej stylistyce. Często słuchać również na nowym Azaracie popisowy numer inferno, czyli blast z bijącą dwa razy szybciej w tle podwójną stopą. Efekt urywa łeb, jak się pewnie domyślacie. Bardzo nie chciałbym, aby ktoś odniósł wrażenie, że Azarath spuścił z tonu i gra jak death metalowy odpowiednik Meshuggah, więc powtórzę raz jeszcze jasno i klarownie - to jest maksymalnie ekstremalny death metalowy album, ale inny od wszystkiego, co dotąd słyszałem i co nagrał dotąd Azarath! Dla mnie "Blasphemers' Maledictions" to bardzo mocny pretendent do tytułu płyty roku, album kompletny, przemyślany, nieludzko ciężki, nadzwyczaj sprawnie odegrany, w pełni profesjonalny i mogący iść w szranki z każdym, powtarzam: KAŻDYM, nowym albumem największych światowych zespołów, które koncertują po 300 dni w roku. Album ten w pełni zasłużył na dopracowaną w każdym szczególe i bardzo oryginalną oprawę graficzną, którą może cieszyć oczy każdy, kto płytę zakupi. Za artwork odpowiada ten sam człowiek, nasz krajan, który zdobił layout "Lawless Darkness" Watain. Te dwa łączniki z zespołem Szwedów to bynajmniej nie jedyne, ponieważ wraz z zaproszeniem do kooperacji Necrosodoma z Anima Damnata pojawił się na merchu otwarty pentagram, nieobcy tym, którzy słuchają na co dzień Watain czy Dissection. Podsumowując, ta płyta jest jak Diabeł w nowych, lśniących złotem szatach, wspaniały i wielki, w pełnej krasie ślący nienawistne i wyniosłe spojrzenia ze swojego krwawego tronu w samych głębiach piekła. "Blasphemers' Maledictions" jest płytą, chciałoby się rzec, doskonałą, ale jako że nic nie jest doskonałe, to nie użyję tego słowa. Choć aż ciśnie się na usta. Słuchajcie, jeśli dacie radę.

1349 "Hellfire" [NOR 2005]

That's an album I couldn't convince myself to for a long time. Even though I liked 'Nathicana' when I heard it on some pre-release compilation and I even though I really enjoyed the album's first track I wasn't able to listen it through to the end. I did today while walking around Chwarzno woods and here's is what I think of it. You need to conjure a certain state of mind while listening to this music, cause it's quite difficult to listen when unprepared. 1349's 'Hellfire' consists mainly of a really fast paced tempos (Satyricon's Frost on drums) and lenghty, looping, traditional riffing. This riffing may create an atmosphere of stuporing boredom at first but I am a living example that it is possible to overcome that barrier and enjoy the album completely. First of all - don't listen to it while doing something else. Devote some time and you'll gain a lot, cause this is fresh air among old school black metal bands. 1349 are traditionalists, yet they manage to fill their music with a certain progressive elements that the genre really needs after around 30 years of existence. I do not mean that they use female vocals or similar stuff often shunned at in BM. All they do is they think how to use guitars in more sophisticated a way, how to insert some quite untypical elements not softening or overcomplexing the general brutal, straight-forward whole. 'Hellfire' rips through flesh and bones like a chainsaw, yet it's a brand new chainsaw they just purchased few minutes ago and with some nicely shaped leafs too. I try not tu use words like 'new' or 'progress' here trying to avoid some negative connotations. Allow me then assure you that in the context of this album the 'taboo' words above are totally positive. I'm not even sure if this may be called 'progress', yet in a music as orthodox and archaic as black metal every little step forward may as well become a mile. 'Damn', I thought today, 'this shit is 100% Norwegian black metal.' And that's right. BUT - this is what I'd like the genre's future bands to look and sound like in the millenia to come. This is a kind of, OK here it goes, 'progression' that even orthodox fans are gonna like because it's not 'gay' etc., it's simply well thought over and aptly introduced. New ideas, new motives, the same old rusty knife piercing your guts. A fresh and curious approach to the same old standard riff/blast/scream structure we know already. And these few sparks burn like a hellfire after long periods of cooling down. This CD is like a raging storm. Try it out and you won't be disappointed but try to feel it rather than push play and prepare supper.

ORCIVUS "Consummatum Est" [NOR 2008]

"Trzecia fala" black metalu nie przestaje płynąć, niosąc swym nurtem coraz to ciekawsze zespoły, które nie kopiują się jeszcze na wzajem dostatecznie długo, aby się znudzić. Nawet niechętni nowemu podgatunkowi przyznają częstokroć, że ów nowy trend udowodnił swoją wartość, wydawszy na świat przynajmniej kilka znakomitych albumów. Z zakorzenionego porządnie na muzycznej scenie pnia tego arcyciekawego podgatunku, zespołów takich jak Watain, Deathspell Omega, Ofermod czy Malign, wyrastają i gną się ku słońcu coraz to nowe konary - jak chociażby Orcivus - zespoły mające wiele do zaoferowania i skutecznie wietrzące black metalową stęchliznę, nie stępiając macierzystemu gatunkowi cierni. A często, wręcz przeciwnie, nielicho je zaostrzając. Taki stan rzeczy zdaje się sugerować, że pogłoski o trendzie należy włożyć między bajki i skonstatować miast tego, że mamy wiele szczęścia, mogąc na własne oczy obserwować narodziny nowego nurtu w muzyce i śledzić jego meandry. Orcivus jest jednym z tych zespołów, młodych gałęzi, które wzmocnią drzewo, zamiast bezmyślnie drenować je z życiodajnych soków. Muzyka zawarta na "Consummatum Est" jest w rozsądnym stopniu oryginalna i świeża; Szwedzi wypuścili spod utytłanych w świńskiej posoce palców cały wachlarz cieszących ucho riffów i zgrabnie poaranżowali je w zajmujące utwory. Męczą mnie i odbierają chęć do życia zespoły łączące kolejne ni w pięć ni w dziewięć riffy i przekonane, że wystarczy podeprzeć je blastem, żeby nagrać wiekopomne dzieło. Zdarzają się bandy, które robią w ten sposób porządną muzykę, ale większość zespołów po prostu niknie w zalewie im podobnych, ponieważ niczym się nie wyróżniają i wyważają raz po raz te same, otwarte szeroko drzwi. Orcivus prezentuje nieco bardziej skomplikowane i wysublimowane podejście do czarnej materii, zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej. Gitary eksploatowane są na różnorodne sposoby, tu szarpnięcie, tam jebnięcie, innym razem rozściela się smaczne wypuszczenie, gdzie indziej bębny przechodzą w rytualny puls, by za chwilę wrócić do tradycyjnego bicia w średnim czy szybszym tempie, a całość okraszają nie z mańki wzięte sample, udatnie budujące klimat i zdobiące wznoszącą się wysoko i szeroko ścianę dźwięku. Diabeł ma wiele twarzy i czas najwyższy, żeby pojawiły się zespoły, które głupawe historyjki o tym, że przyjdzie i nogi z dupy powyrywa, przemienią w dojrzałe filozoficzno-religijne manifesty godne muzyki, którą przecież określa się mianem ideologicznej. Nie mam nic przeciwko horrorom i znam rodowód gatunku, ale sądzę, że krok naprzód jest konieczny. Gatunek cierpi bowiem przez twardzieli, którzy ganią "black metalowe" zespoły z lirykami o Tolkienie i elfach, a samemu piszą o czarownicach i humanoidalnym koźle z wielkim przyrodzeniem. Nie bronię tych pierwszych zespołów, mnie samemu bliżej do tych drugich, ale jednak odczuwam potrzebę jakichś precyzujących się dopiero trzecich - takich jak choćby Orcivus. Podejdźcie do tej płyty ze spokojem i otwartą głową, starajcie się ją poczuć, a gwarantuję, że zagości w odtwarzaczu na dłużej. Nowe światło na północnym niebie jaśnieje coraz silniej i silniej. Bardzo udany debiut. Rogaty jest dumny.

SELVHAT "Den Svarte Tid" Demo [NOR 2004]

Zarazem łatwo mi i niełatwo skreślić parę zdań o tym materiale. Ćwieka zabija mi fakt, iż, przesłuchawszy już na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat ładnych kilka black metalowych płyt, zdążyłem znudzić się wieloma niby to kubek w kubek podobnymi do "Den Svarte Tid" Selvhat, a jednak nie jestem w stanie jednoznacznie spuścić jej w kiblu. Selvhat gra podług norweskich pryncypiów ze wskaźnikiem surowości przekręconym grubo w czerwone pole, kojarząc się z zespołami pokroju Blasphemy i Beherit, który to fakt powinien, jak ma to zwykle miejsce, uszczuplić grono chętnych do zapoznania się z tą muzyką do wąskiego grona ekstremistów, którzy marszczą się i krzywią na bodaj jedną poprawnie zagraną nutę. Zdarza mi się zarzucać podobnej muzyce pomieszanie priorytetów, podczas bowiem gdy prymitywizm jawi mi się jako środek do osiągnięcia celu, nieobeznane zbyt dobrze z instrumentami szarpidruty stawiają go na pierwszym miejscu i próbują epatować nieudolną ekstremą, nie siląc się nawet na nagranie czegoś słuchalnego. Obstając przy tej opinii, pierwszą myślą, jaka zaświtała mi w głowie po odpaleniu niniejszego materiału Selvhat, było "kolejny bzyczący jak chmura komarów chłam, o którym zaraz zapomnę". Ku swojej wielkiej radości okazało się, że nawet mnie zdarza się czasem pomylić; pomimo na wskroś garażowo-demówkowego soundu i skrajnie prymitywnej formuły muzycznej, siarczysty lewy prosty, który leci nam raz po raz z głośników prosto w niespecjalne urodziwą papę, należy zaliczyć do tych nadzwyczaj przyjemnych. Wyziew Selvhat kojarzy mi się bardziej z Beastcraft i Archgoat aniżeli z takim Vlad Tepes czy Ildjarn. Twórcy tego zgrzebnego kawałka plastiku musieli najwidoczniej dojść do podobnych co ja wniosków odnośnie do środka i celu, zdołali bowiem przemienić hałdę węgla w może i drobny, ale jednak diament. Ten stuff jest po prostu dobry, surowy i norweski jak ciemna cholera, burzumowo ślamazarny i histeryczny, klimatyczny jak sabat czarownic, a do tego jeszcze opatrzony porządnym brzmieniem bębnów i gitar, które dobrze rokują na przyszłość i pozwalają z niejakim zaciekawieniem rozglądać się za następnym dziełkiem grupy i zastanawiać się, jak by to brzmiało z nieco pokaźniejszym budżetem i czy przypadkiem nie zdeklasowałoby ostatniego Darkthrone. "Den Svarte Tid" może nie skłonił mnie, bym zarżnął stadko dziewic ku chwale Rogatego, ale z pewnością posłał mi wzdłuż kręgosłupa zimny jak północne niebo dreszcz i przypomniał stare, dobre czasy. Solidny i rzeczowy riffing idzie tu w sukurs potężnej stopie, werblowi i tomom, a taki mariaż sprawia zwykle, że niedociągnięcia w sferze kompozycyjnej idzie jeszcze jakoś wybaczyć. Z miłą chęcią postawiłbym ten materiał na półce. Jeśli lubicie tradycyjny, oldschoolowy TNBM - polecam.

BLASPHEMY RITES "Demo I '02" [POL 2002]

Quite a few years ago, when I still had my hair (and my beard looked more like pubic hair), being a newbie fan of Darkthrone, Emperor and Mayhem, I somehow managed to lay my filthy hands on some underground Polish black metal compilation. The BLASPHEMY RITES song 'Goat Vomit' was there somewhere and I tell you this - even though the rest of the songs sucked ass it was still worth to spend my pennies on that CD. BLASPHEMY RITES struck me with it's totally underground, obscure, fuck-off attitude. The atmosphere of the song was sick and diabolical. It was like a pure necroadrenaline pumped into my young veins. Emperor suddenly sounded like pussies and Mayhem's 'Grand Declaration...' did no longer seem to me like a 'horizon-broadening experience', but like a riffless, sexless shit . With erection like I've never had before I managed to order their demo tape under a sophisticated and enigmatic title 'Demo I'. And that was it. This isn't a well known band, yet it happened so, that BLASPHEMY RITES opened my eyes to this darker side of metal unknown to me then - this chaotic, necrotic, ultra raw, barbaric groove well-known from the recordings of BLASPHEMY, BEHERIT, ARCHGOAT or BLACK WITCHERY. This is something one may like or dislike and I understand that, but to me 'Demo I' means a lot. It would still mean a lot even if I knew Beherit or Archgoat earlier, cause it's still a solid piece of metal worth listening to. They don't sound like Vader, yet they kick ass as well. Their music is not multi-complex like Behemoth, but one can still listen to it again and again. They aren't as heavy as Azarath - but I guarantee that this music will give you something to remember about. This priceless experience which I expressed in the title of this review. This band had a potential back then in 2002 and it still has now. If your ears can stand a short time without Opeth or some other progressive ball-licking metalette - look for BLASPHEMY RITES and feel the fuckin' essence. I recommend this band to every metalhead. Face obliteration!.

sobota, 15 września 2012

NEGURA BUNGET "From Transilvanian Forest" EP [ROM 2000]

Negura Bunget to chyba jeden z najbardziej mistycznych i tajemniczych black metalowych tworów na Ziemi. Ich muzyka kłębi się i snuje jak mgła, bez formy, bez kształtu, a jednak po brzegi wypełniona treścią. Miałem kiedyś możliwość podziwiania zespołu na żywo i pamiętam, że odebrałem ich dźwięki bardzo podobnie; sprawiały wrażenie, jakby omijały uszy i uderzały prosto do głowy, otumaniały jak wino i zsyłały na słuchacza śmiercionośny letarg. Kusi mnie, żeby rozebrać trochę EP-kę "From Transilvanian Forest" na części pierwsze, pogadać sobie o riffach, aranżacjach, bębnach, ale wyjątkowo ciężko mi się za to zabrać, bo poszczególne elementy tak znakomicie się uzupełniają i w tak zbitą całość się zlewają, że ciężko określić, czy ten huczący jak targane nocnym wichrem drzewa uwiąd to jeszcze gitara, czy już klawisz. To wrażenie zespolenia się instrumentów w jedną pojedynczą ścieżkę towarzyszy nam od samego onirycznego początku "Vallachorum Tyranorum" do ostatnich sekund "Sculptured Fog". Jeśli komuś obraz wampirów wypaczyły bestsellery Stephanie Meyer, niechaj czym prędzej zapozna się z tym wydawnictwem. Negura Bunget pochodzą bowiem z Rumunii i interesują się żywo wampiryzmem, tym prawdziwym, odhumanizowanym i złym, odkładającym się na duszy pierwotnym lękiem, nie zaś jego popkulturową, skrzącą się od cekinów wersją, która tak świetnie się sprzedaje, że w księgarniach i bibliotekach powstają osobne działy z "paranormal romance". Ogarnia mnie ból i żałość na myśl, że są i w black metalu zespoły, które tak płytko podchodzą do tego ciekawego przecież i enigmatycznego zagadnienia. Owy ból i żałość uśmierza znacznie chłodny jak śmierć balsam Negura Bunget, który gra muzykę tak odległą od wszelkiej popkultury, że nawet poszarpana i dynamiczna ścieżka perkusji na "From Transilvanian Forest" nie przyciągnęła zapewne by do brodatych Rumunów chętnych na figle po cmentarzach groupies. Negura Bunget odarli black metal z wszelkiej formy, razem z niektórymi przejawami trendziarstwa, które na stałe już weszły w gatunek (tak jest, nie przesłyszeliście się, bo czymże innym, jak nie ugruntowanym trendem są corpse paint i pieszczochy?), prezentując nam czystą formę, zalewającą słuchacza jak fala czerni i zapadającą nad nim jak noc. Negura Bunget brzmią, jakby nagrywali swoje płyty w nietkniętych ludzką stopą lasach i raz do roku schodzili z gór do miasta, by wysłać je pocztą wydawcy, zarośnięci, w skórach i rozsiewający wokół odór niemytego ciała i zleżałego mchu. Zaskakujące jest ponadto, że choć tyle jest tutaj o lasach i pogańskich gajach, Negura Bunget nie pozują na "prawdziwków" (badum-tss) i sprawiają wrażenie zupełnie normalnych gości. Co cieszy. "From Transilvanian Forest" to króciutki przedsmak tego, co czeka nas na dalszych płytach grupy, a zarazem zwarta całość sama w sobie, którą można cieszyć uszy z niekłamaną przyjemnością. Bardzo łatwo przy tych dźwiękach odpłynąć.

piątek, 14 września 2012

TYHJYYS "Tyhjyys" [FIN 2010]

Płyt takich jak ta jest pełno, a jednak każda jedna cieszy pod warunkiem, że jest dobra. Finowie z Tyhjyys nagrali taką właśnie klasyczną i konwencjonalną do bólu płytę, którą ratuje tylko to, że jest dobra. "Tylko", dobre sobie, przecież to w zupełności wystarczy, zwłaszcza, że żeby dorwać taką płytę, jak self-named Tyhjyys trzeba przedrzeć się przez chaszcze średniactwa bez polotu. Niniejszy album składa się z sześciu ponumerowanych po rzymsku numerów utrzymanych w konwencji "Transilvanian Hunger" Darkthrone, który kojarzyć się może z debiutem Ljå czy dokonaniami Vargsang. Z tym że o ile nie przepadam za nudnym jak flaki z olejem Vargsang, o tyle "Tyhjyys" bardzo, ale to bardzo przypadł mi do gustu. Wspomniałem o "transylwańskim głodzie" i może jest to porównanie nieco na wyrost, bo do poziomu Darkthrone jednak Finom nieco brakuje, ale rzekłbym, że lekcje z unholy black metalu odrobili co najmniej poprawnie i sprawnie poruszają się w hermetycznej stylistyce, gdzie tak łatwo o sztampę i usypiającą słuchacza wtórność. Zespół bije pokłony przed starą szkołą norweskiego BM w średnich tempach i z kostkowanymi riffami. Muzyka jest dobrze zagrana i dobrze nagrana, brzmienie bardzo ułatwia odbiór albumu miast go utrudniać nadmierną surowicą, zza której nie można dosłyszeć riffów, i pozbawionym wszelkiego impetu efektem bzyczenia chmary komarów. Sound jest prymitywny i brudny, ale rzekłbym, że w sam raz na tyle, by nie przeszkadzał, a pomagał. Muzyka jest zimna jak noc w tundrze i, wbrew pozorom, zróżnicowana licznymi zmianami tempa, bez popadania jednak w rozedrganie i niezdecydowanie takiego, dajmy na to, Abgott czy Deathspell Omega. Finowie grają prosto i do przodu, prymitywnie, ale nie prostacko, a to potężna różnica. W wolniejszych partiach muzyka Tyhjyys kojarzy się z uwielbianym przeze mnie Wigrid, co należy policzyć jak najbardziej na plus. Na szczególną uwagę zasługują końcówki numerów trzeciego i szóstego, które wywarły na mnie szczególne wrażenie. Płyta jest debiutem zespołu i jeśli utrzymają poziom, to wróżę im same dobre rzeczy. Album charakteryzuje wybitnie sprawnie wygenerowaną atmosferą wyobcowania, a poza mrokiem jest w niej też wiele światła i zachwytu dziką naturą. Nie jestem zapewne obiektywny w swojej ocenie, ale te kilka elementów sprawia, że za Tyhjyys dam sobie teraz rękę uciąć. To band w stu procentach dla mnie, a głowę dam, że i nie jednemu czytelnikowi się spodoba. Żeby tylko więcej norweskich kapel grało tak bardzo norwesko...

czwartek, 13 września 2012

CARPATHIAN FOREST "Morbid Fascination of Death" [NOR 2001]

Genialna płyta. Nokaut, łopatki, odliczanie. Carpathian Forest zajmowałem się już na łamach Katrommoz BMR przy okazji zupełnie średniego wydawnictwa "Skjend Hans Lik". "Morbid Fascination of Death" ze średniactwem nie ma nic wspólnego, to pełnokrwista płyta-marzenie, na której równoważą się obydwa elementy, bez których nie ma dobrego TNBM, to jest smutek i nienawiść. Na domiar dobrego zamieszczono tutaj prawdziwy smakołyk w postaci przezajebistego coveru Mayhem z "Pure Fucking Armageddon", sławny "Ghoul". Płyta składa się z klasycznych black'n'rollowych kompozycji, do których przyzwyczaił nas Carpathian Forest na przestrzeni lat, poprzetykanych retardującymi impet muzyki numerami instrumentalnymi, których słuchanie po dragach grozić może samobójstwem. Płyta otwiera się niepokojącym intrem "Fever, Flames and Hell" ze skrzekami Hellcommandera Nattefrosta i mrożącym krew w żyłach samplem. Po nim przychodzi czas na klasyczny, perwersyjny black metalowy wykurw w postaci "Doomed to Walk the Earth as Slaves of the Living Dead", a zaraz po nim drugi cios okutaną w pieszczochy pięścią, czyli numer tytułowy. Następnie następuje chlast między oczy monumentalnym jak wieża Eiffela czarnym dildem w postaci szarpanego wstępu do "Through Self-Mutilation", który rozściela przed nami wszystkie sado-maso obrzydlistwa, które siedzą w głowie i główce pierwszego zboczucha Norwegii. Później przychodzi pora na jeden z lepszych numerów na płycie, czyli "Knokkelman", któremu idzie w sukurs krótki acz dosadny "Warlord of Misanthropy", gdzie znalazło się nawet miejsce na muśnięcie klawisza. Kolejny w trackliście jest bardzo klimatyczny "World of Bones", przejmująca wizja martwej Ziemi, a dalej klasyczny black metalowy manifest w postaci "Carpathian Forest", który, powiadam, dupę urywa. Widziałem gdzieś live'a, gdzie zespół gra ten właśnie numer, i muszę przyznać, że to harda jebanina i sprawdza się na żywo nie gorzej od najbardziej żywiołowych kawałków grupy. Potem Norwegowie raczą sponiewieranego nieco słuchacza zamyślonym interludium w postaci "Cold Comfort", niezły numer na deszczowy trip po lesie, podobnie jak utrzymany w podobnym klimacie "Speechless", po którym niczym wiozący kowadła TIR trafia nas świetny "Ghoul", który brzmi o wiele lepiej od oryginału. Płyta kończy i wyspokaja się kolejnym outro w postaci "Nostalgia", a słuchacz siedzi jeszcze chwilę w fotelu, nie mogąc się ruszyć. Na tej płycie Carpathians wzbili się na wyżyny swego kunsztu i basta, i żadne tam "Black Shining Leather". Miałem tego farta, że na dorzucanych lata temu do Mystic Art składankach znajdowały się czasem dobre numery (mowa o "Through Self-Mutilation"), toteż niniejszy album był pierwszym dziełem Carpathian Forest, z jakim miałem przyjemność się zapoznać. Smaczny balans pomiędzy nienawistną surowicą a tnącym po nadgarstkach smutkiem nie mógł nie uczynić tego albumu wybitnym; to nie tylko dobra płyta ale i podróż przez czarne jak noc otchłanie ludzkiej psychiki, które leżą na co dzień uśpione gdzieś na dnie. "Morbid Fascination of Death" to płyta, która zostaje w głowie i sercu na długo. Pełna rekomendacja.

środa, 12 września 2012

DIMMU BORGIR "For All Tid" [NOR 1994]/"Stormblåst" [NOR 1996]

Z pewną niechęcią zabieram się do recenzji dwóch pierwszych płyt Dimmu Borgir, a jednak faktem jest, że przesłuchałem je wczoraj jedna po drugiej. Nie dlatego, bo ubóstwiam ich muzykę i nic mnie tak nie smyra po ziarnach, jak klawisz na kostkowanych riffach, ale po to, by ostatecznie rozprawić się z tym zespołem raz na zawsze. Swoją przygodę z metalem zaczynałem byłem również i od Dimmu, z racji tego, iż nie mając jeszcze pojęcia o metalowej materii, szuka się i znajduje w pierwszej kolejności to, co popularne. Siłą rzeczy natknąłem się więc na Dimmu Borgir PRZED Darkthrone, Mayhem i Burzum, i mam jakąś tam historię z tym zespołem, a na pewno duży sentyment do kapitalnej, co nawet dziś mogę potwierdzić, "Puritanical Euphoric Misantrophia", nieco bardziej lajtowej "Enthrone Darkness Triumphant" czy innych albumów - łącznie z debiutem i jego następcą, o których niniejszym mowa. Z miejsca pragnę wyklarować, że Dimmu NIE gra w moim przekonaniu black metalu, a "muzykę black metalową", o różnicy między którymi pisałem przy okazji recki "Armady" Keep of Kalessin. Dimmu Borgir od wieków zbierają od prawdziwków harde cięgi, bo to gówno, bo komercja, bo profanacja, bo muza dla czternastolatek w mrocznych falbanach i tak dalej. Bo się skurwili. Błąd logiczny, mili państwo, o skurwieniu się ewentualnie mogłaby być mowa, gdyby kiedyś grali jak Darkthrone, a teraz grali jak, no cóż... teraz. Fakty natomiast są takie, że nie osiągnęli nigdy poziomu, z którego mogłaby nastąpić degrengolada w skurwienie, ponieważ od zawsze grali muzykę mocno klawiszową, od zawsze grali niespiesznie i miękko, od zawsze luźno podchodzili do gatunku, z którym robili co im się podobało, nigdy nie deklarowali się jako sataniści, nie rzygali nienawiścią w stronę religii. Ot, grali muzykę. To zadziwiające, że ci, którzy tak jebią na Dimmu Borgir, mają na półce ich dwie pierwsze płyty, które uznają za "kultowe", bo potem to już owo magiczne skurwienie, które jest jak Yeti czy Wielka Stopa - ktoś słyszał, ktoś coś tam widział na zdjęciu, ale czy to naprawdę w ogóle istnieje? Ktoś to wie? Najłatwiej popłynąć z prądem i jebać na to, na co jebie środowisko, bo przecież każdy chce być lubiany, mieć "prawdziwych" kolegów itd. Po pierwsze, ich dwie pierwsze płyty to jakiś smutny żart z black metalu i ktokolwiek uznaje je za kultowe albo jest bucem, który do tego stopnia uległ presji środowiska zjebów, w którym się obraca, że sam stał się bezmyślnym zjebem niezdolnym do formułowania własnych opinii, albo gust muzyczny ma taki, że nie ma prawa w ogóle wypowiadać się na temat black metalu. Na Dimmu Borgir jebie się na tej samej zasadzie, na której jebało się niegdyś na Harry'ego Pottera, Miley Cyrus, Hanny Montany itd. Bo motłoch lubi. Umyka co poniektórym ćwierćinteligentom, że jebiąc sami stają się motłochem, bo, jakby nie patrzeć, skoro ogół fanów metalu (czy muzyki okołometalowej) jest pod względem opinii o Dimmu Borgir podzielony mniej więcej po połowie, to nie ma znaczenia w którym tłumie, po której stronie barykady, się stoi. Wniosek z tego taki, że obydwie strony są siebie warte, a "gust muzyczny" nie ma tu już żadnego znaczenia, bo budowa ucha nie decyduje o tym, czy ktoś jest kretynem. Mentalność stadna natomiast owszem.
W moim przekonaniu, jeżeli Dimmu nazywają się zespołem black metalowym, a wiem, że im się zdarzało, to nie weszli nigdy na tyle głęboko w black metal, by wiedzieć, o czym mówią. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że można chyba obiektywnie stwierdzić, że próżno szukać w ich muzyce szczególnej głębi, bez której black metalu nie ma. Then again, ile jest zadeklarowanych, z uporem maniaka kreujących się na niedorozwinięte dzieci Burzum "prawdziwie" black metalowych zespołów, które grają i myślą tak płasko, że Lucyfer nie przyznałby się do nich, spotykając ich przypadkiem na zakupach w Tesco. Myślę sobie czasem, że skoro Dimmu Borgir wciąż i bez przeszkód wyczyniają z black metalową materią wszystkie te ohydne wygibasy, to albo robią to specjalnie, żeby wkurwić twardogłowych ortodoksów (mniej prawdopodobna wersja), albo w ogóle nie dociera do nich siarczysty flejm z forów internetowych, ani z wykazów sprzedaży płyt (wersja bardziej prawdopodobna). W końcu zdarza się, że i ci, którzy na nich jebią, kupują ich płyty...
Faktem jest, że istnieje takie zjawisko, jak Dimmu Borgir, które jest jednak dla black metalu zupełnie niegroźne, a co więcej, na większą niż podziemny black metal skalę realizuje jego dzieło! Bo jaką krzywdę wyrządzi religii kolejna płyta Craft? Ile młodych zwiedzie na złą drogę kolejna płyta Katharsis? Przecież trafią one wyłącznie do tych, którzy poglądy mają już ugruntowane i z reguły bardzo "lewackie" (ha-ha-ha). A Dimmu Borgir sprzedaje miliony płyt, gra koncerty dla wielotysięcznej publiki, i to od wielu lat. To Dimmu Borgir, a nie Craft czy Katharsis, odciąga młodzież od Kościoła, przyciąga do metalu i sprawia, że jakiś procent tej wymalowanej czarną pomadką i lakierem do paznokci szczeniarni sięgnie głębiej. I znajdzie na przykład Darkthrone. Tak jak to było w moim przypadku. Pomijając może czarną pomadkę i lakier. A swojego gustu i IQ wstydzić się nie muszę. Może więc winniśmy Dimmu Borgir wielkie dzięki? To taki metalowy ambasador w świecie popkultury.
Może winniśmy też szacunek Marilynowi Mansonowi? Kto wie w jakim stopniu postępująca laicyzacja świata nie dokonuje się dzięki tym "komercyjnym", "skurwiałym" kapelkom, które na szeroką skalę głoszą słowa Rogatego? W prostej wersji, ale wystarczy. Co więcej, co jeśli świadomie godzą się na odium w sferach, gdzie i tak trudno o partnera do dyskusji, aby realizować marzenia o życiu gwiazdy rocka, żyć z pasji, jaką jest muzyka? Tak, mili państwo. Czy komuś przyszło do głowy, że oni LUBIĄ to, co grają? Że grali by to i tak, nawet gdyby nie byli popularni? Przecież Galder, gitarzysta Dimmu Borgir, grał wcześniej (jeśli nie gra dalej) w Old Man's Child, zespole o profilu muzycznym niemal w całości pokrywającym się z Dimmu. Jak to wytłumaczyć? A czy ktoś kojarzy jeszcze Limbonic Art? Przecież na nich również wieszano psy, a przecież nie wpłynęło to w żaden sposób na ich muzykę czy postawę. Od napierdalania w klawikordy i samplery mają już pewnie palce powykręcane jak paragrafy. Czy naprawdę komuś wydaje się, że można grać całymi latami muzykę, której się nie lubi? Nawet za niezłą kasę? Przecież to katorga. Ktoś, kto posądza kapele o "granie dla kasy" musiał chyba nigdy samemu nie grać w zespole, bo inaczej wiedziałby, że nawet granie muzyki, którą się uwielbia, to ciężka praca, z której bez wyrzeczeń i samozaparcia ani rusz. Jakim czołem ten ktoś czepia się zespołów, które wydają płyty regularnie co dwa lata? Piter z Vader powiedział w wywiadzie u Wojewódzkiego (na którego też się jebie, choć jest po naszej stronie), że "u nas źle się rozumie pojęcie komercyjny". Ale nawet, gdyby rozumiało się dobrze, i tak mieszałoby się z błotem wszystkie "popularne" zespoły, nie biorąc pod uwagę możliwości, że może grają to, co lubią, ale gust mają taki, że tworząc muzykę szczerze i z serca osiągają sukces, ponieważ ich gust ma POTENCJAŁ komercyjny. A więc ich płyty nie są grane DLA kasy, ale dobrze się sprzedają, bo gust muzyków takiego Vadera, Behemotha, Metalliki, Children of Bodom i innych pokrywa się z gustem dużej części fanów. Oczywiście, statystycznie na pewno są gdzieś metalowe zespoły, które grają głównie z myślą o pieniądzach, sławie, groupies itd., ale tak mi się coś zdaje, że o szczerości kapeli nie świadczy muzyka, a to, ile kapela zrobi, nim się rozpadnie. Bo jak ktoś CHCE grać, to zadba o to, żeby kapela trwała. No, chyba, że skład się nie udał. Tylko że kto jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że ten a ten zespół rozpadł się w wyniku niepokumania się muzyków, a nie w wyniku kalkulacji? Tak mi się coś wydaje, że nikt poza nimi samymi i ewentualnie ich najbliższymi przyjaciółmi, którzy znają poszczególne tworzące ex-zespół indywidua. Tak, mili państwo, warto coś WIEDZIEĆ, nim się coś powie. Głowę dam, że jeśli ten tekst dotrze to jakiegoś, jak to błyskotliwie ujęła jedna kumpela, "truejaka", to podda się skonfudowany w połowie tekstu, bo za dużo na raz przeczytać nie poradzi, i skwituje całość wywodu gromkim "chuj ci w dupę". No i spoko, czegóż więcej miałbym się spodziewać? Skoro tak, to widocznie nie kieruję tego tekstu do niego. Jakbym się nie pocił i tak taki hardy black metalowiec bez matury pozostanie smutną, zasraną, otępiałą, wiecznie napierdoloną jednostką, której się wydaje, że jest inny i lepszy, bo słucha black metalu, tym czasem jakościowo nie różni się niczym od motłochu zgiętego w klęczkach na Jasnej Górze, czy rozjebanego przy telewizorze podczas rodzinnego spędu przy suchych jak pieprz dowcipach Strasburgera.
Co się zaś tyczy samej muzyki zawartej na "For All Tid" i "Stormblåst" - pomyślałem kiedyś, że nie jest to muzyka specjalnie black metalowa, ale za to bardzo, bardzo NORWESKA, to znaczy, że feeling tych dźwięków kojarzy się wybitnie z Norwegią. Opinię swą podtrzymuję i dzisiaj: z niejakim bólem i skurczem jąder przedzierałem się przez najeżoną parapetami, melodeklamacjami i czystymi wokalizami muzyczną materię obydwu płyt, a jednak muszę przyznać, że czysto muzycznie nie są tu albumy kompletnie bezwartościowe. Jak wyżej, nie jest to dobry metal, ale całkiem niezła, klimatyczna muzyka. Przy czym muszę dodać, że "For All Tid", debiut, wyszedł Shagrathowi i spółce lepiej, niż dwójka. Płyta jest konkretna, zadeklarowana, nieprzypadkowa, więcej na niej zgrabnie połączonych, pasujących do siebie elementów, na których z przyjemnością i niejakim zaskoczeniem zawiesiłem kilkukrotnie ucho. Pod względem dźwiękowym obydwa albumy są do siebie bardzo podobne, a jednak zabrakło "Stormblåst" komasacji debiutu, to znaczy za dużo jest smętnych, nudnawych pasaży, z których można było zrezygnować celem skrócenia albumu i pozostawienia tylko tych naprawdę dobrych elementów. Jestem pewien, że ze wszystkich płyt recenzowanych na Katrommoz BMR te dwa albumy zna najwięcej czytelników z racji popularności Dimmu Borgir. Jeśli ktoś ocenia je negatywnie po przesłuchaniu, nie czepiam się, ale jeśli ktoś nawet nie posłuchał i od razu jebie, to, no cóż, pisałem już wyżej, co myślę o takich intelektualnych bąkach. Ja starałem się podejść do tej muzyki z otwartą głową i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że choć to tylko "muzyka black metalowa", to nie pozbawiona specyficznego klimatu, atmosfery, którą udaje się Dimmu wykreować również i na późniejszych płytach, że tylko wspomnę "Enthroned...". Nie sądzę, bym zagłębił się jeszcze kiedyś w te dźwięki, ale zdolności kompozytorskich i umiejętności spowijania słuchacza mrocznym jak dupa Szatan klimatem odmówić Dimmu Borgir nie sposób.
A to, mili państwo, czy nam się to podoba czy nie, o CZYMŚ świadczy.

wtorek, 11 września 2012

FENRIZ' RED PLANET/NATTEFROST "Engangsgrill" Split [NOR 2009]

Materiał niniejszy jest black metalowy tylko w połowie, ale personalnie ma z black metalem, tym norweskim, bardzo dużo wspólnego. Mamy bowiem do czynienia z kultowym jak cholera splitem dwóch panów, Fenriza i Nattefrosta (Darkthrone i Carpathian Forest respectively), którzy w 2009 roku połączyli siły i wrzucili na jeden lepki od kultu dysk dema swoich solowych projektów. Fenriz, okazuje się, miał w latach 90. doom metalowy projekt o nieco pretensjonalnej nazwie Fenriz' Red Planet. O ile maniakom czerni solowego projektu frontmana najbardziej znienawidzonego zespołu w Norwegii nie trzeba przedstawiać, o tyle rzeczona Fenriza Planeta Czerwona może już jawić się jako peWna zagadka. Trzeba przyznać, że poczciwy, wyłupiastooki Gylve jest osobą niezmiernie kreatywną; wystarczy rzucić okiem na dyskografię Darkthrone i dodać do tego cały poboczny stuff z Isengard, Neptune Towers czy właśnie Red Planet. Jak, zapytacie, przedstawia się strona muzyczna tegoż enigmatycznego wydawnictwa? Muszę przyznać, że nieszczególnie, głównie za sprawą strony A. Fenriz' Red Planet to właściwie coś pomiędzy stoner/southern rockiem a doom metalem w klimacie Black Sabbath, mamy więc do czynienia z powolnymi numerami i niedbale przesterowaną gitarą i ślamazarną perkusją, za sprawą których wylewa się z głośników garażowa niemalże surowica, którą nie wiadomo jak ugryźć. Nie jestem specem w dziedzinie dwóch wymienionych powyżej gatunków, ale tak mi się coś widzi, że albo przyspieszyć nieco i grać rocka, albo zwolnić jeszcze troszkę i pójść w ciężki doom. Fenriz, jak wiadomo, nie jest zupełnie normalnym osobnikiem, a dodatkowo współczynnik pojebania podkreśla spowijający album marihuanowy opar. Jestem pewien, że Gylve wypalił niemało stuffu nagrywając coś takiego, zwłaszcza jodłująco-zawodzące wokale, które momentami nie powinny chyba nawet przejść kontroli jakości. Nawet gdybym nie wiedział, kto jest zaangażowany w ten zespół, i tak pomyślałbym, że to pewnie jednorazowy wybryk, skok w bok od głównej kapeli, ponieważ brak w tej muzyce zaangażowania, a klimacik jest raczej eksperymentalny. Z bólem stwierdzam, że nie ma się nad czym rozsłuchiwać i o wiele lepiej zarzucić jedynkę Isengard czy nawet słabsze płyty Darkthrone. Pozostała nam strona B, na której wyje o perwersjach i Diable "Satan's terrorist" (vide runy pod logiem) Hellcommander Nattefrost. Niezmiernie szanuję tego człowieka za odwagę i umiejętność bycia innym, niż wszyscy, czym sukcesywnie wkurwia zarówno poprawnych politycznie metalowców z kampusów uniwersyteckich, jak i hardych prawdziwków kręcących głowami na widok zatkniętego za pas z nabojami banana. Facet ma totalnie w dupie co kto o nim myśli, czy to "outsiderzy", czy tak zwana scena, co paradoksalnie czyni go black metalowcem z krwi i kości. Nattefrost (zespół) słynie z prymitywnego, venomowo-celtic frostowego podejścia do black metalowej materii i nic więcej nie usłyszymy na niniejszym splicie - siermiężne, d-beatowe galopady z ekskrementami i rogami w tle, proste, krótkie numery, fuck off & die i do przodu. Absolutnie żadnego zaskoczenia, ale nóżka aż sama chodzi. Split kończy się przetykanymi samplami melodeklamacjami lekarza sądowego, który udziela mini wykładu o zjawisku socjopatii, zapewne wziętego z jakiegoś filmu czy nawet horroru, żeby tradycji stało się zadość. Płyta wyszła panom zupełnie średnio i zgaduję, że miała w założeniu być raczej materiałem kolekcjonerskim, niż autentycznym wydawnictwem do słuchania na słuchawkach. Album może funkcjonować na zasadzie pewnej ciekawostki, ale złociszy bym na to nie wydawał.

poniedziałek, 10 września 2012

MARDUK "Plague Angel" [SWE 2004]

Marduk jaki jest, każdy widzi, a jednak panowie Szwedzi potrafią zaskoczyć, nawet jeśli to zaskoczenie w postaci większej niż zwykle ilości blastów. "Plague Angel", album opatrzony bodaj najlepszą okładką ever, to zarazem zdecydowanie najszybsza płyta ekipy Morgana. Nie tylko dlatego, że pałker wypruwa z siebie żyły i wyciska siódme poty celem podkręcenia partii blastów do jak największej prędkości (bo zdarzają się też tempa a'la "Panzer Division Marduk"), ale również ze względu na niewielką ilość zwolnień i przerywników pomiędzy poszczególnymi, brutalnymi ponad wyobrażenie, pasażami. "Plague Angel" to taka mardukowa "Litany", która została przez Petera opisana jako "najbardziej grindowa płyta Vader". Wątpliwe, by gwiazdy pokroju Marduk goniły terminy czy nękały problemy finansowe, jak to miało drzewiej miejsce w przypadku naszych krajan z Vader, ale faktem jest, że mało tu rzeźbienia i klimacenia, a jeszcze więcej niż zwykle efektywnego wykurwu. Płyta jest dla mnie osobiście swoistym rarytasem, gdyż ekipę Morgana wspiera na wokalu demon Funeral Mist, czyli Arioch, przemianowany roboczo na Mortuusa, który wypluwa z siebie i wyrzyguje bluźnierstwa, korzystając z zakamarków ludzkiego gardła, których nie zwiedził był nawet Peter North w trakcie wieloletniej współpracy z pannami wiedzącymi, zdawać by się mogło, wszystko w tej materii. Przypuszczam, że przeważająca większość metalowych wokalistów nie wpadłaby nawet na połowę wszystkich trików, które wypracował sobie Mortuus; już na pierwszych płytach Triumphator zwracający uwagę wybitnie chorymi, nawet jak na black metalowe standardy, krzykami, warknięciami, jękami i zawołaniami. Na "Plague Angel" - poza wspomnianymi, dominującymi partiami blastów - mamy rzecz jasna całą watahę firmowych riffów Marduk, które rozszarpują słuchacza na strzępy niczym stado wściekłych wilków, mamy smaczne, budzące niepokój sample, które, trafnie umieszczone w wypuszczeniach, wzmacniają czające się gdzieś za węgłem bezlitosne pierdolnięcie ("Life's Emblem", jeden z najmocniejszych numerów na tym CD), mamy kawałek instrumentalny na bazie faszystowskiego marszu, namely "Deathmarch", a po drodze do finalnej minuty przewalcuje się obok kilka soczystych i monumentalnych zwolnień w klimacie "Seven Angels, Seven Trumpets". Właściwie jedyny zarzut wobec tej płyty jest taki, że momentami się nudzi, bo jednak na grających w berka blastach niedługo można zawiesić ucho. Możliwe, że Morgan doszedł do podobnego wniosku, skoro następczyni "Plague Angel", "Rom 5:12", jest albumem zdecydowanie wolniejszym i potężniejszym. Wspomniane urozmaicenia ratują więc "Plague Angel" przed niskimi ocenami, a to jednak troszkę za mało, by uznać album za wybitny. Może mógłbym też posmęcić o brzmieniu, ale po głębszym zastanowieniu doszedłbym do wniosku, że smęcę tylko dlatego, że nie zachowano soundu z najlepiej według mnie wyprodukowanej płyty Marduk, czyli "World Funeral", którą łoiłem w liceum podczas podróży z klasą do Auschwitz i na Pawiak. Niezapomniane wrażenia, powiadam; riffy "With Satan and Victorious Weapons" już zawsze będą stawiać mi przed oczami miliony zagazowywanych nieszczęśników i oraną bombami stolicę. Podsumowując: "Anioł zarazy" to najbardziej ekstremalna (jak dotąd płyta) jednego z najbardziej ekstremalnych zespołów na Ziemi. Czegóż można się po niej spodziewać, pomijając rzecz jasna nieubłaganą ekstremę? Na pewno tego, że warto mieć na półce i kasiory na nią wysupłanej z pewnością się nie pożałuje.

HATE FOREST "Purity" [UKR 2003]

Hate Forest jest kapelą, do której mam duży sentyment. Był to jeden z zespołów, na które natrafiłem niedługo po tym, jak zacząłem rozglądać się za tymi mniej znanymi od skandynawskich tuzów. Płyta "Purity", podobnie chyba jak większość materiałów tego Ukraińskiego bandu, zbierała po polskiej prasie recenzje różne i różniste, z przewagą tych drugich - czyli generalnie negatywne. Pamiętam nawet, że wyczytałem swego czasu w 7 Gates albo Mega-Sinie, że "samą ideologią nie da się wszystkiego załatwić". Stwierdzenie samo w sobie prawdziwe, ale w moim skromnym mniemaniu nie znajduje ono zastosowania w przypadku rzeczonego albumu, gdyż dla mnie "Purity" to kawał dobrego grania. Zgoda, muza jest prymitywna, zgoda, że się ciągnie i zgoda, że jest zupełnie nieodkrywcza, ale jednocześnie jest to jeden z tych rozsianych po podziemiu brylantów, które nie ćmią, lecz błyszczą konserwatywnym fasetkowaniem. Dźwięki "Purity" to czysta, odhumanizowana muzyka, jaką mógłby tworzyć ktoś, kto spędził rok na wartowni przeciwpożarowej wśród norweskich lasów i nie widział żywej duszy od wielu księżyców. Słychać w tych dźwiękach inspirację dziką naturą: pobrzmiewają w niej echa wiatrów i burz, szumią drzewa nietkniętych ludzką stopą leśnych ostępów, przez które wiodą swe wody bystre i tak zimne, że aż szczypią w usta, górskie strumyki w postaci ambientowych interludiów ("Cromlech", końcówka "The Immortal Ones"). Jest tu miejsce i na mrok ("The Elder Race", "Domination"), i na światło (genialne, monumentalne zakończenie "The Gates") - jak to w życiu i w naturze. Odnośnie strony ideologicznej Hate Forest nie wiem za wiele poza tym, że deklarują się jako NSBM-owcy, ale przy odrobinie szczęścia nie są ułomami na miarę rodzimych kapel ze Śląska. Swoją drogą niemałą bolączką metalu jest to, że genialne płyty tworzą często ludzie, którzy są intelektualnie na poziomie planktonu. Nie wnikam, by się nie rozczarować, i miast tego skupię się na świetnej muzyce na "Purity" i nadziei, że w tym przypadku panowie mają przynajmniej matury i nie stawiają się tłumnie na jakichś zjebanych pochodach. Choć nie rokuje na to następczyni - album "Battlefields", niestety. "Purity" powinien przypaść do gustu zwolennikom czarnej klasyki. Mnie przypadł, ponieważ czuć na niej klimat wyobcowania i odhumanizowania; nie jest to jeden z tych bandów, który "bardzo się stara" nagrać muzykę na maksa złą i ohydną, przez co staje się ona odrażająco ludzka i zbydlęciała. Ukraińcy nagrali swój stuff, zdawałoby się, od ręki i spontanicznie. I to by chyba było to, o co w tym wszystkim chodzi. Kolejny genialny album do łażenia po lesie. Pełna rekomendacja Katrommoz BMR.

piątek, 20 lipca 2012

THUNDERBOLT "Black Clouds Over Dark Majesty"/KATAXU "Roots Thunder"Split [PL 2001]

Niedawno stuknęło tej płycie 11 lat, ale dlaczegóż by nie zająć się tym, jakby nie było, słynnym wydawnictwem w roku 2012. Może przypadkiem przeszedł próbę czasu? A więc: jest to jeden z tych materiałów, co do których ucho podpowiada mi, że są dobre, ale wszystko inne, że to miernota dla buców bez matur. Nawet pomijając fakt, że ciężko (mając iloraz inteligencji większy, niż numer buta) traktować poważnie bzdury lansowane przez wielbicieli Hitlera, których nazwisko kończy się na -ski albo -cki, a nie, dajmy na to, -er, w pełni cieszyć się muzyką Kataxu, to na dodatek demony NSBM wciąż czepiają się prezentującego się o wiele przyzwoiciej Thunderbolt, sprawiając, że snujące się zza membram speakerów gęste jak smoła dźwięki zatrzymują się na uszach i nie trafiają do serca. Tak to już jest, że jak się wejdzie w gówno, to ciężko się pozbyć zapachu. Chociażby z wymienionych wyżej powodów trudno mi dać się ponieść muzyce i odpłynąć gdzieś daleko. Zwyczajnie miałbym wrażenie, że dałem się nabrać i że daję coś z siebie muzyce, na którą jestem za inteligentny. Black metal w wykonaniu Thunderbolt, mimo że to jeden z lepszych zespołów w Polsce, nigdy nie trafiał do mnie na tyle, bym wymieniał tę nazwę jednym tchem obok np. Infernal War. Ci ostatni również przecież mieli (i mają, nie dajcie się zwieść) z NSBM wiele wspólnego, ale jednak grają na tyle genialnie, że z dumą nosiłbym na klacie ich logo. Do Thunderbolt jestem przekonany o wiele mniej i tak już chyba zostanie. Muzyka może się podobać, ale dla mnie, w dobie zespołów o wiele bardziej przekonujących, zarówno dźwiękowo jak i intelektualnie, płytę Thunderbolt zakupi albo maniak gatunku, albo niedoinwestowany intelektualnie dres w glanach i z nadwagą, której nie odejmie, a wręcz przyda śmieszności mroczna koszuleczka z pentagramem. Muzyka Kataxu zasługuje na uznanie sprawnie generowaną klawiszową atmosferą, która przywodzi mi na myśl dokonania Profanum, a jednak mając za sobą nieporównanie silniejsze doświadczenia z płytami Watain czy Funeral Mist, czy chociażby, nawiązując silniej do muzyki okołoklawiszowej, dark ambientowymi projektami takimi jak Atrium Carceri czy Desiderii Marginis, wiem, że więcej nie zadam sobie nawet trudu, żeby przeciągnąć z pliku ich mp3 do Winampa. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że płynące, mroczne uwiądy przetykane są melodyjkami z Casio. Czy to ja zrobiłem się wybredny i obrałem taktykę "100% albo 0%", czy może przypadkiem mam jednak trochę racji, nie mnie sądzić, ale jakoś tak mi się wydaje, że black metal i wydawnictwa w klimacie ww. kapel, czy to z roku 2001, czy wcześniejsze, czy trochę późniejsze, nie bronią się w 2012 roku ze względu chociażby na drogę, jaką przebył gatunek. I tyle.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Keep of Kalessin "Armada" [NOR 2006]

Nim rozlegną się głosy sprzeciwu, rzygi nienawiści i posądzenia o skrajne spedalenie w związku z tą recenzją, pragnąłbym wyklarować pewną kwestię. Ja sam, gdybym zobaczył recenzję Keep of Kalessin na jakimś znanym i uznanym webzinie parającym się czarną sztuką, miałbym na jej temat odczucia zgoła ambiwalentne. Z jednej strony bowiem zajebiście lubię "Armadę", za jej świetne brzmienie, za epicką, pełną ognia muzykę, za zróżnicowane wokale, za nakurwiającą perkusję Vyla, za smaczne sample, a z drugiej strony black metalem przecież tej muzyki nazwać nie sposób. Owszem, Norwegowie czerpią garściami z klasyki gatunku, świadczą o tym chociażby kostkujące riffy, wyskrzeczane wokale oraz względnie nieskomplikowana struktura utworów, ale dźwięki zawarte na "Armadzie" pozbawione są jednak tego stricte black metalowego sznytu, za mało tu diabła i ochydy. Słychać, słowem, motywy zaczerpnięte z Mayhem, Ungod czy Dark Funeral, a jednak całość brzmi za czysto i za klarownie, by zespół zyskał szacunek czy sympatię hardkorowych black metalowców. O ile zdarzają sie w gatunku zespoły na wskroś black metalowe, którym zwyczajnie nie wyszedł mastering, o tyle w przypadku Keep of Kalessin również w warstwie tekstowej, którą zawsze można się podeprzeć w takich sytuacjach, nie ma black metalu za grosz. A co jest? Fantasy, panie i panowie. Mamy black metalowego Hammerfalla. Porównanie rzecz jasna jedynie w połowie serio, gdyż Norwegowie prezentują jednak muzykę nieporównywalnie bardziej ekstremalną, szybszą, bez skurczu jąder i chórków. Tym nie mniej określenie "black metalowy Hammerfall" jest cokolwiek na miejscu, choć może bardziej na miejscu byłby "black metalowy Behemoth", gdzie też przecież już od dawna pierwsze skrzypce gra otwarta głowa Nergala i zamiłowanie do muzycznego eklektyzmu. Zarzuty o pozerstwo i skurwienie idei gatunku mogły by padać, gdyby nie fakt, że muzycy sami przyznają, że nie uważają swojej muzyki za black metal, określając ją na potrzeby wywiadów czy reklamy jako "epic extreme metal". Mamy tu więc do czynienia nie z black metalem per se, a z muzyką black metalową, muzycznie mniej lub bardziej nawiązującą do tradycji, ale na innych polach niezwiązaną z gatunkiem w żaden sposób. Prawdziwkom, którzy warczą teraz półgębkiem, że albo wóz, albo przewóz, chciałbym przypomnieć, że sami mają w szafach koszulki Immortal, i że wolność twórcza rzeczą świętą jest i basta. Vyl i ekipa nie pozerzą, nie udają kogoś kim nie są, mało tego, głowę daję, że rozumieją black metal, skoro z jakiegoś powodu wzięli tę parę lat temu gitary i pałki do rąk, by ćwiczyć blasty i kostkowanie. Jeśli dodamy do tego fakt, że Keep of Kalessin ma na koncie już ładnych kilka płyt, z czego kilka bodajże pierwszych wybitnie black metalowych, i że tłuką się już parę lat po scenie, to możemy z tego wywnioskować, że chodzi im jednak o coś więcej, niż tylko nabicie kabzy i wyrwanie groupies. Wyklarowawszy tę dość istotną kwestię, nawołuję zatem do opuszczenia wzniesionych pięści i przejścia do tak zwanego ad remu. A ad rem prezentuje się znakomicie, bo muzyka, jak mogliście wywnioskować z powyższego opisu, jest co najmniej smakowita. Keep of Kalessin generuje blastowo-walcowy wyziew przepełniony epickością, nowatorskimi rozwiązaniami i bombastycznymi riffami. Jest w tej muzie zajebisty power i zróżnicowanie. Słychać, że niejedną godzinę spędzono nad konsoletą, by przydać ognia gitarom, które jadąc na lokomotywie blastów pchają ten epicki walec do przodu, ku pełnej destrukcji wszystkiego w zasięgu słuchu. Frapuje mnie to połączenie okiełznanego black metalowego bestialstwa z klimatem jednak zgołą nie black metalowym. Powiedziałbym, że dokonanu tutaj pewnej konwersji obecnego w BM chaosu, wyjęto w czasie jakiejś spontanicznej sekcji zwłok kilka elementów, a kilka pozostawiono. To, co pozostawiono, to np. majestatyczna atmosfera rodem z "Paragon Belial" czy "Kathaarian Life Code" Darkthrone, albo opętane tempa "Buried by Time and Dust" Mayhem. Wyjęto diabelstwo, świece, łańcuchy i podziemia, w których kudłaci piekielnicy robią grzesznikom różne brzydkie rzeczy. Zrozumiałe, iż nie wszystkim takie zabiegi mogą odpowiadać, ale w moim mniemaniu nagrano na ich bazie genialną płytę, kawał świetnej muzyki, której można słuchać z i bez zaangażowania, a i tak przyjemnie skopie dupę. Numery noszą i koszą, zapalają w duszy ten lont, po którego drugiej stronie jest bomba, której imię METAL. Pomimo, iż do kultu Keep of Kalessin daleko, to muza i tak się broni, a numery są na tyle chwytliwe, że aż się chce wcisnąć Play zaraz po wybrzmieniu ostatnich nut wieńczącego album numeru tytułowego. Toczyłem parę dni temu z jedną znajomą rozmowę o tzw. "guilty pleasures", czyli tych takich muzycznych i pozamuzycznych przyjemnostkach, których się wstydzimy. Maniak gatunku, któremu przypadnie do ucha "Armada", odczułby może coś takiego, ale gwarantuję, że wystarczy po prostu minimalnie otworzyć głowę i słuchać KoK nie jak blacku, ale po prostu jak metalu, a satysfakcja i radość z obcowania z "Armadą" będą jak niczym nie zmącony lot na oklep na grzbiecie smoka. Parafrazując na koniec byłego perkusistę Nirvany, który jeździ teraz po świecie z "najgorzej nazwaną kapelą na świecie" (koleś chyba nie ma pojęcia o metalu :)), Dave'a Grohla: "I don't give a fuck for guilty pleasures, listen to whatever you fucking like", niniejszym kończę tę recenzję i gorąco polecam wszystkim metalowcom ten zajebisty kawał grania. "Get my armada off the ground...!".

niedziela, 11 marca 2012

Nachtmystium "Demise" [USA 2004]

Pamiętam słowa, które rzekła mi niegdyś moja babcia. Powiedziała mi starowinka: "Pamiętaj, wnusiu, choćby nie wiedzieć jak się napinali i zwierali poślady, choćby się pocili nad konsoletami jak świnie i choćby nie wiem ile razy grzmocili na trzech strunach riffy Nocturno Culto, Amerykanie nigdy dobrego black metalu nie nagrają." Ściskając laskę w powykręcanej artretyzmem prawicy i memląc bezzębnymi dziąsłami mówiła mi babuleńka: "Black metal to muzyka ducha, przeżarte konsumpcjonizmem i popkulturą jebane jankesy nie umieją grać jak Norwegowie czy Szwedzi i słuchanie USBM to strata czasu." Lata temu szlag trafił kochaną staruszkę, pewnie siedzi teraz za siódmą bramą i opierdala Lucyfera w warcaby, ale myślę, że gdyby tu była, stara raszpla, to przyznałaby mi rację, że mimo iż amerykański, ten konkretny album Nachtmystium to kawał solidnego BM w starym, dobrym, norweskim stylu. Nie jest to szczyt oryginalności, ale przecież nikt nie oczekuje po takiej muzie wycinania na bałałajkach i hukania w djembe. Ona ma po prostu być, ma budzić emocje, kopać po ryju, stawiać monument starej szkole i metalowej tradycji. Jakakolwiek by ten BM nie był, ma po prostu mieć tego ducha, którego z reguły brakuje w USBM. "Demise" tego właśnie ducha ma, jest to album klimatyczny i klasyczny. Dwaj piewcy mroku z Nachtmystium świetnie się pokumali i zrobili porządny kawał czarnego metalu, bez pitolenia i zabawy w awangardę, po prostu - surowy, obskurny, konkretny i wart uwagi. Jakiś czas temu recenzowałem ten album na potrzeby Mega-sina, który gdzieś tam chyba jednak sczezł w mrokach undergroundu (a szkoda!), i pamiętam, że z jakichś względów nie wystawiłem tej płycie za wysokiej noty. Minęło ładnych kilka lat i w tej chwili ocena jest o kilka oczek wyższa. "Demise" to jeden z najbardziej wyobcowanych, samotnych, przepełnionych rozdzierającym serce smutkiem albumów, jakie słyszałem. Jest to muzyka zagrana z taką łatwością, tak naturalna i płynna, że zwyczajnie wdziera się szturmem w uszy i z miejsca zdobywa serce. Feeling albumu jest kosmiczny, muzyka jest mistyczna, w pełnym tego słowa znaczeniu, bije z niej tak skoncentrowany negatywizm, że żyletka sama przysysa się do nadgarstka. A już numer "Ashes to Ashes" to jeden z moich osobistych black metalowych majstersztyków, który mógłbym postawić w jednym rzędzie z numerami z "Hoffnungstod" recenzowanego gdzieś poniżej Wigrid. "Demise" to jeden z tych niedocenionych, nieodkrytych albumów, które ominęła należna im chwała. Znajdźmy, odkopmy, doceńmy, tym bardziej, że to co obecnie gra Nachtmystium nie nadaje się do słuchania.

Alverg "Elde" [NOR 2009]

Bolączką każdego gatunku muzycznego na przestrzeni wieków było taśmowe niemalże kopiowanie wybitnych zespołów. Kiedy pojawiali się na scenach świata ludzie z wizją, utalentowani i uparci, którzy nie bacząc na uwstecznionych ortodoksów pchali muzykę do przodu i tworzyli nowe gatunki i nowe brzmienia, zawsze prędzej czy później miała miejsce istna lawina naśladowców, która grzebała zdobycze swoich idoli pod warstwą kurzu i gruzu. Nie inaczej było z norweskim black metalem pod koniec lat 90-tych. Metal sam w sobie nie jest gatunkiem, który na pierwszy miejscu stawiałby nie wiadomo jaki progres, jest więc rzeczą oczywistą, że rzesza nieudolnych naśladowców jak nigdzie indziej przyczyniła się do jego stagnacji a potem upadku. Jestem zdania, że sytuacja właściwie nie zmieniła się do dzisiaj i znalezienie w roku 2012 interesującego norweskiego zespołu (poza starą gwardią, a i to nie zawsze) graniczy z cudem. Parę lat temu cud się jednak zdarzył za sprawą natknięcia się niżej podpisanego na recenzowany właśnie album. Panowie z Alverg prezentują ten „naturalistyczny” nurt w TNBM i robią to z pełnym przekonaniem. W którymś z numerów 7 Gates, z 2009 roku bodajże, znaleźć możecie wywiad z Loge, głównodowodzącym kapeli, który musi chyba wyglądać jak najprawdziwszy ent, cały obrosły mchem i z gałęziami zamiast kończyn. Nie inaczej przedstawia się też sama muzyka - mamy tu więc do czynienia z charakterystycznym zimnym brzmieniem i całą masą kostkowania. Numery utrzymane są w średnich i wolnych tempach ale muzycy oszczędzili nam całkowicie wyeksploatowanego, surowego soundu i dostosowali brzmienie do tematyki albumu oraz ogólnej koncepcji zespołu. Na „Elde” znajduje się muzyka bardzo leśna, kojarząca się z płynącą rzeką i szumiącymi drzewami. Dźwięki tworzą w umyśle słuchacza bardzo barwny i sugestywny obraz norweskiej przyrody, wyłaniających się z morskich głębi fjordów i majestatycznych gór. Kojarzy się to trochę z „Transilvanian Hunger”, z tym że o ile Darkthrone grali bardzo mrocznie, o tyle w Alverg jest dużo, nie bójmy się tego powiedzieć, słońca, zadumy, nostalgii, kojarzy się więc bardziej z rodakami z Kampfar niż tandemem Gylve/Ted. Swego rodzaju ewenementem jest ostatni numer na płycie, który kojarzyć się nawet może z gotyckimi brzmieniami, ale każdego, kto zadławił się w tej chwili żłopanym właśnie piwskiem pragnę uspokoić - wiochy nie ma. Jest natomiast całkiem ciekawy numer o charakterze outro (choć długaśny jest co niemiara), wyciszający i bardzo klimatyczny. Fanatycy gatunku powinni łyknąć płytę bez popitki, nie-fanatycy również, bo muzyka nie epatuje nie wiadomo jaką ekstremą a mimo to nie mamy wątpliwości, że jest to klasyczne, norweskie granie. Odradzam słuchania „Elde” ortodoksom, których nie jarają lasy i góry, ich sprawa, ale mi słucha się tej płyty znakomicie, choć nie jest to może jakiś kamień milowy ani wiekopomne arcydzieło. Cóż z tego? Mnie wystarczy, że mogę posłuchać przemyślanego i zgrabnie odegranego norweskiego BM, autentycznego, szczerego i z duszą. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wydawnictw zespołu a niedosyt dobrze chyba świadczy o płycie, nie mylę się?

Ravencult "Temples of Torment" [GRE 2007]

Przewrotny acz słowny ze mnie typ, toteż przypomniawszy sobie za sprawą bardzo mocnego "Morbid Blood" o jedynce jednej z lepszych obecnie kapel blackmetalowych, czyli greckiego Ravencult, wrzucam niniejszym recenzję "Temples of Torment". Z muzykami rezydującego w kraju filozofów Ravencult miałem swego czasu przyjemność przeprowadzić wywiad, który ukazał się był na łamach 7 Gates. Sprawiło mi to olbrzymią przyjemność, gdyż zawsze to miło zamienić kilka zdań z pasjonatem, który żyje swoją muzyką i nie porzuca jej nawet w dobie bijącego okrutnie po kieszeni kryzysu, by ze zdwojonymi wysiłkami zarabiać na chleb czy oliwki. Wiadomo, że im więcej się włoży energii w muzykę, tym bardziej przekonujący efekt i mając to na uwadze nie sposób nie sądzić, że "Temples of Torment" wyrósł pod samo niebo na drożdżach poświęcenia i autentycznej pasji. Tyle na tej płycie genialnych motywów, tyle świetnie brzmiących, w pełni wyartykułowanych riffów i nieokiełznanych skrzeków, że dosłownie nie mogę przestać rozpływać się w zachwytach. Jeśli dodamy do tego fakt, że zadbano o solidne, łojące, syfilityczne brzmienie z głębin ziemi, to lepszej reklamy ten materiał nie potrzebuje. Płyta składa się z ośmiu kompozycji, z których jedna, a mianowicie "The Nightsky Codex", zamieszczona została uprzednio na EP-ce "Armageddon Rising", pierwszego ever wydawnictwa Greków. Brzmi ten numer jednak nieco lepiej, niż na tejże EP-ce (na której znalazł się też zajebisty numer "Dethrone the Son of God", polecam, polecam, polecam). Album rozpoczyna się puszczonym od tyłu nagraniem prawosławnego chóru, który leci również i w outro, z tym że tam już jak Pan Bóg przykazał, to jest od przodu, że tak to ujmę. Skojarzenia z religijnym graniem do przewidzenia, ale nieuzasadnione w niniejszym przypadku, gdyż panowie hołdują tradycyjnemu, ateistycznemu podejściu do black metalowego diabelstwa. A więc po raz kolejny lata wczesne lata 90-te through and through. "Temples of Torment" to wysokiej jakości produkt, dopracowany i wypieszczony, bardzo zróżnicowany i przez to interesujący od pierwszego do ostatniego pierdolnięcia w bębny i struny. Niezmiernie raduje uszy wpleciony między nieco bardziej pokomplikowane numery krótki, prosty i dosadny "Blessed in Heresy", chyba mój ulubiony numer na płycie, za swoją bezkompromisowość i atawistyczny, zimny power, znany choćby z pierwszych trzech płyt nieodżałowanego Bathory. Poważnie czuć tu ten chłód i klimat zezwierzęcenia, po którym cofnąć się możemy jak po nici do samych początków człowieka - i dalej. Płyta emanuje złowrogą, nie-świętą atmosferą i autentycznym złem. Znany i lubiany efekt ściany dźwięku podrzeźbiony został tylko na tyle, by uwypuklić znakomite riffy, które nie powinny wcale zniknąć w natłoku agresji. Album jest bardzo zbalansowany i dzięki tym właśnie subtelnym zabiegom, o których piszę wyżej, wybija się mocno z tysięcy grających niby podobnie, a jednak o wiele gorzej kapel. Pisałem jeszcze później ze Stefanosem, głównodowodzacym Ravencult, o możliwości zakupienia ich płyt, i wiem, że mieszkając w Polsce nie ma na to szans, a więc najlepiej pisać prosto do niego. Kurwa, nich mi tylko wpłynie coś sensownego na konto, a nie pożałuję grosiwa. Łykam tę muzę bez popity. Brać w ciemno, a jak dorwiecie ten stuff na winylu, to bierzcie z bomby dwa i piszcie do mnie :) Cudo, no kurwa cudo.

Ravencult "Morbid Blood" [GRE 2011]

Recenzja debiutu greckiego Ravencult, wyśmienitej "Temples of Torment", pojawi się na łamach Katrommoz prędzej czy późnij, gdyż jest to z jedna z najlepszych w mojej opinii płyt black, które wyszły po 2000 roku. Zanim to jednak nastąpi poświęcimy nieco miejsca i czasu drugiemu długograjowi Greków - "Morbid Blood". A jest to płyta odmienna od genialnie w moim mniemaniu brzmiącej jedynki, różnice wynikają jednak nie tyle z brzmienia, co z samego grania. O ile na debiucie atakowało nasze uszy łojenie ewidentnie norweskopodobne, o tyle na dwójce nastąpił regres do czasów Celtic Frost, Bathory i Venom. Kto sączył słodki jad z muzyki powstałej w latach 90-tych i za dziadami współczesnej death/blackowej surowicy nie przepada, ten przyuczy się być może do lat 80-tych za sprawą tej płyty, brzmienie bowiem pozostało soczyste i mięsiste, zimne jak styczniowa noc, a muzyka zyskała nieco speed/thrashowej motoryki. Brzmi to jak o wiele, wiele lepsze Bewitched z soundem, powiedzmy, "A Blaze in the Northern Sky" i środkowych płyt Immortal, a więc połączenie tyleż nietypowe i ryzykowne, co frapujące. Muzyka utrzymana jest w średnio-szybkich i 2-beatowych tempach przetykanych z rzadka miażdżącymi walcami. Riffy są gęsto kostkowane, ale nie bzyczą jak chmara moskitów, tylko kąsają jak klucz jadowitych wywern. Ravencult potwierdził swoją klasę nagrywając album odmienny od poprzednika, a jednocześnie nie wpadając w pułapkę przekombinowanych dziwolągów, jakie przychodzą na myśl po dwóch czy trzech generycznych wydawnictwach. Sporo tu dobrej, energetycznej, nienawistnej muzy dla sympatyków czarciego metalu z przełomu dekad i nie tylko. Warto mieć na półce.

sobota, 28 stycznia 2012

Ascension "Consolamentum" [GER 2010]

Niezmiernie cieszy mnie, kiedy po upajaniu się nieustannie od momentu wydania takimi płytami jak "Lawless Darkness" czy "Salvation", wiadomo kogo, dociera do mnie materiał wpisujący się, jak dwa powyższe, w najmłodszy jak dotąd black metalowy nurt, zwany religijnym/ortodoksyjnym. Swego czasu dostąpiłem nie lada zaszczytu i przeprowadziłem wywiad z greckim zespołem Ravencult, podczas którego lider, na pytanie, czy religijny black metal to tylko trend czy coś więcej, odpowiedział nie bez racji, że nowy nurt popisał się już kilkoma zabójczymi albumami, a więc wszystko wskazuje na to, że nie tylko moda i trend, ale i pasja i autentyczność. Zdaje się, że obok Orcivus i pewnie paru jeszcze innych zespołów, polskich Blaze of Perdition i Leichengott, żeby daleko nie szukać, do zaszczytnego miana jednego z filarów gatunku pretenduje młodszy band z Niemiec - Ascension. Niemcy popisali się bardzo przekonującym, niesztampowym i przemyślanym albumem, który stoi muzycznie gdzieś pomiędzy Deathspell Omega i Dissection. Pobrzmiewają echa Watain, plumka gdzieś w oddali Antaeus, ale tempa i dławiąca atmosfera, jak również charakterystyczne wypuszczenia, wskazywały by raczej na smaczne inspiracje autorami "Si Monumentum...". O religijnym graniu napisano już co nieco, więc może nie będę się silił na zgrabne metafory, a po prostu z całego serca polecę tę płytę tym, którym świat nie wydaje się taki prosty, jak przez lata przekonywał ateistyczny black metal. Ja osobiście jestem głęboko przekonany, że wraz z narodzinami tej nowej black metalowej ortodoksji czarny metal wkroczył na nowe, niezbadane dotąd pole, które powinien niespiesznie i z pełnym przekonaniem eksplorować. Z hałaśliwej muzyki, której względnie niedaleko było do hard rocka, zrobiła się na przestrzeni kilku lat, nie bójmy się tego powiedzieć, sztuka, która może z podniesionym czołem iść w szranki z najwyższej klasy muzyką poważną czy jazzem. W końcu i metal dorobił się gatunku, który można zgłębiać i którego nie trzeba zapijać alkoholem. Nie żebym stronił od zapijania, czy nie lubił hard rocka, ale faktem jest, że jedynym argumentem metalowców na rzecz metalu w wielu przypadkach było jedynie to, że "lubię i chuj". Takie płyty, jak recenzowane "Consolamentum" sprawiają, że black metalu można w tej chwili z powodzeniem bronić na gruncie intelektualnym. Ascension gra muzykę pełną, przestrzenną, agresywną ale nie prostacką czy prymitywną. Jest tu miejsce zarówno na black metalowy ogień jak i zadumę, a nawet na zaskakujące konstatacje zagrań zupełnie dotąd w black metalu, czy metalu w ogóle, nie eksploatowanych, które pasują jednak do całości. Wszystkie elementy tej płyty pracują na rzecz spójnej całości, za którą kryć się może artystyczna dojrzałość i, co bardzo ważne, a często zapomniane i niedoceniane, inteligencja i gust. Słuchajcie, czujcie, myślcie. Niech płonie świat.

Endstille "Endstilles Reich" [GER 2007]

Głównym problemem tej płyty nie jest brzmienie ani riffy, tylko tempo. Kojarzycie średnio-szybki blast beat z "Panzer Division Marduk" Marduka? Tutaj tempo jest identyczne, z tym że o ile na wymienionej wyżej płycie jakoś mnie to tempo nie raziło, więcej, okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ dzięki niemu słuchacz mógł w pełni rozkoszować się genialnymi riffami takiego "Christraping Black Metal" czy "Blooddawn". Nie wiem czemu to samo tempo drażni mnie i nudzi w muzyce Endstille. Brzmienie jest porządne, riffy ciekawe i przejmujące, zwłaszcza w numerze tytułowym, muza trzyma się kupy i solidnie wali po mordzie. Może to kwestia daty, którą krążek jest opatrzony? Marduk wydał swojego hiciora w latach 90-tych, obecnie mamy rok 2012 i czas takiego bicia dawno już przeminął. Nie mówię, że wszystkie kapele powinny nakurwiać jak The Berzerker, ale jednak ma się wrażenie, że ten porządny jakby nie było album był przestarzały już w momencie premiery. Gdyby panowie zdecydowali się jeszcze obniżyć bpm-y do tempa, powiedzmy, "Transilvanian Hunger" byłby z "Endstilles Reich" kawał solidnego norweskiego unholy black metalu; gdyby podbili beat do tempa, powiedzmy' "Attera Totus Sanctus", z głośników lałaby się wartkim potokiem szwedzka siara. Tymczasem słuchając tej, dobrej zupełnie przecież, płyty strasznie mi się nudzi i nie dałem rady dosłuchać jej do końca. Album uratowałoby wygenerowanie nieco większego mięcha na głośnikach, gdyby dźwiękowiec dostał do odsłuchania np. "Salvation" uwielbianego przeze mnie Funeral Mist, płyta pewnie by się broniła. W stanie obecnym album ten to porządne, godne polecenia black metalowe łojenie, zimne i obskurne, ale zwyczajnie nie na rok 2012. Mimo, że to godny album, to najprawdopodobniej wrzucę go na słuchawki góra dwa razy, z tego samego powodu, dla którego szerokim łukiem omijam "Demonic Possessions" norweskiego Tsjuder. Albo wte albo we wte!