niedziela, 11 marca 2012

Alverg "Elde" [NOR 2009]

Bolączką każdego gatunku muzycznego na przestrzeni wieków było taśmowe niemalże kopiowanie wybitnych zespołów. Kiedy pojawiali się na scenach świata ludzie z wizją, utalentowani i uparci, którzy nie bacząc na uwstecznionych ortodoksów pchali muzykę do przodu i tworzyli nowe gatunki i nowe brzmienia, zawsze prędzej czy później miała miejsce istna lawina naśladowców, która grzebała zdobycze swoich idoli pod warstwą kurzu i gruzu. Nie inaczej było z norweskim black metalem pod koniec lat 90-tych. Metal sam w sobie nie jest gatunkiem, który na pierwszy miejscu stawiałby nie wiadomo jaki progres, jest więc rzeczą oczywistą, że rzesza nieudolnych naśladowców jak nigdzie indziej przyczyniła się do jego stagnacji a potem upadku. Jestem zdania, że sytuacja właściwie nie zmieniła się do dzisiaj i znalezienie w roku 2012 interesującego norweskiego zespołu (poza starą gwardią, a i to nie zawsze) graniczy z cudem. Parę lat temu cud się jednak zdarzył za sprawą natknięcia się niżej podpisanego na recenzowany właśnie album. Panowie z Alverg prezentują ten „naturalistyczny” nurt w TNBM i robią to z pełnym przekonaniem. W którymś z numerów 7 Gates, z 2009 roku bodajże, znaleźć możecie wywiad z Loge, głównodowodzącym kapeli, który musi chyba wyglądać jak najprawdziwszy ent, cały obrosły mchem i z gałęziami zamiast kończyn. Nie inaczej przedstawia się też sama muzyka - mamy tu więc do czynienia z charakterystycznym zimnym brzmieniem i całą masą kostkowania. Numery utrzymane są w średnich i wolnych tempach ale muzycy oszczędzili nam całkowicie wyeksploatowanego, surowego soundu i dostosowali brzmienie do tematyki albumu oraz ogólnej koncepcji zespołu. Na „Elde” znajduje się muzyka bardzo leśna, kojarząca się z płynącą rzeką i szumiącymi drzewami. Dźwięki tworzą w umyśle słuchacza bardzo barwny i sugestywny obraz norweskiej przyrody, wyłaniających się z morskich głębi fjordów i majestatycznych gór. Kojarzy się to trochę z „Transilvanian Hunger”, z tym że o ile Darkthrone grali bardzo mrocznie, o tyle w Alverg jest dużo, nie bójmy się tego powiedzieć, słońca, zadumy, nostalgii, kojarzy się więc bardziej z rodakami z Kampfar niż tandemem Gylve/Ted. Swego rodzaju ewenementem jest ostatni numer na płycie, który kojarzyć się nawet może z gotyckimi brzmieniami, ale każdego, kto zadławił się w tej chwili żłopanym właśnie piwskiem pragnę uspokoić - wiochy nie ma. Jest natomiast całkiem ciekawy numer o charakterze outro (choć długaśny jest co niemiara), wyciszający i bardzo klimatyczny. Fanatycy gatunku powinni łyknąć płytę bez popitki, nie-fanatycy również, bo muzyka nie epatuje nie wiadomo jaką ekstremą a mimo to nie mamy wątpliwości, że jest to klasyczne, norweskie granie. Odradzam słuchania „Elde” ortodoksom, których nie jarają lasy i góry, ich sprawa, ale mi słucha się tej płyty znakomicie, choć nie jest to może jakiś kamień milowy ani wiekopomne arcydzieło. Cóż z tego? Mnie wystarczy, że mogę posłuchać przemyślanego i zgrabnie odegranego norweskiego BM, autentycznego, szczerego i z duszą. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wydawnictw zespołu a niedosyt dobrze chyba świadczy o płycie, nie mylę się?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz