niedziela, 11 marca 2012

Ravencult "Morbid Blood" [GRE 2011]

Recenzja debiutu greckiego Ravencult, wyśmienitej "Temples of Torment", pojawi się na łamach Katrommoz prędzej czy późnij, gdyż jest to z jedna z najlepszych w mojej opinii płyt black, które wyszły po 2000 roku. Zanim to jednak nastąpi poświęcimy nieco miejsca i czasu drugiemu długograjowi Greków - "Morbid Blood". A jest to płyta odmienna od genialnie w moim mniemaniu brzmiącej jedynki, różnice wynikają jednak nie tyle z brzmienia, co z samego grania. O ile na debiucie atakowało nasze uszy łojenie ewidentnie norweskopodobne, o tyle na dwójce nastąpił regres do czasów Celtic Frost, Bathory i Venom. Kto sączył słodki jad z muzyki powstałej w latach 90-tych i za dziadami współczesnej death/blackowej surowicy nie przepada, ten przyuczy się być może do lat 80-tych za sprawą tej płyty, brzmienie bowiem pozostało soczyste i mięsiste, zimne jak styczniowa noc, a muzyka zyskała nieco speed/thrashowej motoryki. Brzmi to jak o wiele, wiele lepsze Bewitched z soundem, powiedzmy, "A Blaze in the Northern Sky" i środkowych płyt Immortal, a więc połączenie tyleż nietypowe i ryzykowne, co frapujące. Muzyka utrzymana jest w średnio-szybkich i 2-beatowych tempach przetykanych z rzadka miażdżącymi walcami. Riffy są gęsto kostkowane, ale nie bzyczą jak chmara moskitów, tylko kąsają jak klucz jadowitych wywern. Ravencult potwierdził swoją klasę nagrywając album odmienny od poprzednika, a jednocześnie nie wpadając w pułapkę przekombinowanych dziwolągów, jakie przychodzą na myśl po dwóch czy trzech generycznych wydawnictwach. Sporo tu dobrej, energetycznej, nienawistnej muzy dla sympatyków czarciego metalu z przełomu dekad i nie tylko. Warto mieć na półce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz