niedziela, 11 marca 2012

Ravencult "Temples of Torment" [GRE 2007]

Przewrotny acz słowny ze mnie typ, toteż przypomniawszy sobie za sprawą bardzo mocnego "Morbid Blood" o jedynce jednej z lepszych obecnie kapel blackmetalowych, czyli greckiego Ravencult, wrzucam niniejszym recenzję "Temples of Torment". Z muzykami rezydującego w kraju filozofów Ravencult miałem swego czasu przyjemność przeprowadzić wywiad, który ukazał się był na łamach 7 Gates. Sprawiło mi to olbrzymią przyjemność, gdyż zawsze to miło zamienić kilka zdań z pasjonatem, który żyje swoją muzyką i nie porzuca jej nawet w dobie bijącego okrutnie po kieszeni kryzysu, by ze zdwojonymi wysiłkami zarabiać na chleb czy oliwki. Wiadomo, że im więcej się włoży energii w muzykę, tym bardziej przekonujący efekt i mając to na uwadze nie sposób nie sądzić, że "Temples of Torment" wyrósł pod samo niebo na drożdżach poświęcenia i autentycznej pasji. Tyle na tej płycie genialnych motywów, tyle świetnie brzmiących, w pełni wyartykułowanych riffów i nieokiełznanych skrzeków, że dosłownie nie mogę przestać rozpływać się w zachwytach. Jeśli dodamy do tego fakt, że zadbano o solidne, łojące, syfilityczne brzmienie z głębin ziemi, to lepszej reklamy ten materiał nie potrzebuje. Płyta składa się z ośmiu kompozycji, z których jedna, a mianowicie "The Nightsky Codex", zamieszczona została uprzednio na EP-ce "Armageddon Rising", pierwszego ever wydawnictwa Greków. Brzmi ten numer jednak nieco lepiej, niż na tejże EP-ce (na której znalazł się też zajebisty numer "Dethrone the Son of God", polecam, polecam, polecam). Album rozpoczyna się puszczonym od tyłu nagraniem prawosławnego chóru, który leci również i w outro, z tym że tam już jak Pan Bóg przykazał, to jest od przodu, że tak to ujmę. Skojarzenia z religijnym graniem do przewidzenia, ale nieuzasadnione w niniejszym przypadku, gdyż panowie hołdują tradycyjnemu, ateistycznemu podejściu do black metalowego diabelstwa. A więc po raz kolejny lata wczesne lata 90-te through and through. "Temples of Torment" to wysokiej jakości produkt, dopracowany i wypieszczony, bardzo zróżnicowany i przez to interesujący od pierwszego do ostatniego pierdolnięcia w bębny i struny. Niezmiernie raduje uszy wpleciony między nieco bardziej pokomplikowane numery krótki, prosty i dosadny "Blessed in Heresy", chyba mój ulubiony numer na płycie, za swoją bezkompromisowość i atawistyczny, zimny power, znany choćby z pierwszych trzech płyt nieodżałowanego Bathory. Poważnie czuć tu ten chłód i klimat zezwierzęcenia, po którym cofnąć się możemy jak po nici do samych początków człowieka - i dalej. Płyta emanuje złowrogą, nie-świętą atmosferą i autentycznym złem. Znany i lubiany efekt ściany dźwięku podrzeźbiony został tylko na tyle, by uwypuklić znakomite riffy, które nie powinny wcale zniknąć w natłoku agresji. Album jest bardzo zbalansowany i dzięki tym właśnie subtelnym zabiegom, o których piszę wyżej, wybija się mocno z tysięcy grających niby podobnie, a jednak o wiele gorzej kapel. Pisałem jeszcze później ze Stefanosem, głównodowodzacym Ravencult, o możliwości zakupienia ich płyt, i wiem, że mieszkając w Polsce nie ma na to szans, a więc najlepiej pisać prosto do niego. Kurwa, nich mi tylko wpłynie coś sensownego na konto, a nie pożałuję grosiwa. Łykam tę muzę bez popity. Brać w ciemno, a jak dorwiecie ten stuff na winylu, to bierzcie z bomby dwa i piszcie do mnie :) Cudo, no kurwa cudo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz