niedziela, 1 kwietnia 2012

Keep of Kalessin "Armada" [NOR 2006]

Nim rozlegną się głosy sprzeciwu, rzygi nienawiści i posądzenia o skrajne spedalenie w związku z tą recenzją, pragnąłbym wyklarować pewną kwestię. Ja sam, gdybym zobaczył recenzję Keep of Kalessin na jakimś znanym i uznanym webzinie parającym się czarną sztuką, miałbym na jej temat odczucia zgoła ambiwalentne. Z jednej strony bowiem zajebiście lubię "Armadę", za jej świetne brzmienie, za epicką, pełną ognia muzykę, za zróżnicowane wokale, za nakurwiającą perkusję Vyla, za smaczne sample, a z drugiej strony black metalem przecież tej muzyki nazwać nie sposób. Owszem, Norwegowie czerpią garściami z klasyki gatunku, świadczą o tym chociażby kostkujące riffy, wyskrzeczane wokale oraz względnie nieskomplikowana struktura utworów, ale dźwięki zawarte na "Armadzie" pozbawione są jednak tego stricte black metalowego sznytu, za mało tu diabła i ochydy. Słychać, słowem, motywy zaczerpnięte z Mayhem, Ungod czy Dark Funeral, a jednak całość brzmi za czysto i za klarownie, by zespół zyskał szacunek czy sympatię hardkorowych black metalowców. O ile zdarzają sie w gatunku zespoły na wskroś black metalowe, którym zwyczajnie nie wyszedł mastering, o tyle w przypadku Keep of Kalessin również w warstwie tekstowej, którą zawsze można się podeprzeć w takich sytuacjach, nie ma black metalu za grosz. A co jest? Fantasy, panie i panowie. Mamy black metalowego Hammerfalla. Porównanie rzecz jasna jedynie w połowie serio, gdyż Norwegowie prezentują jednak muzykę nieporównywalnie bardziej ekstremalną, szybszą, bez skurczu jąder i chórków. Tym nie mniej określenie "black metalowy Hammerfall" jest cokolwiek na miejscu, choć może bardziej na miejscu byłby "black metalowy Behemoth", gdzie też przecież już od dawna pierwsze skrzypce gra otwarta głowa Nergala i zamiłowanie do muzycznego eklektyzmu. Zarzuty o pozerstwo i skurwienie idei gatunku mogły by padać, gdyby nie fakt, że muzycy sami przyznają, że nie uważają swojej muzyki za black metal, określając ją na potrzeby wywiadów czy reklamy jako "epic extreme metal". Mamy tu więc do czynienia nie z black metalem per se, a z muzyką black metalową, muzycznie mniej lub bardziej nawiązującą do tradycji, ale na innych polach niezwiązaną z gatunkiem w żaden sposób. Prawdziwkom, którzy warczą teraz półgębkiem, że albo wóz, albo przewóz, chciałbym przypomnieć, że sami mają w szafach koszulki Immortal, i że wolność twórcza rzeczą świętą jest i basta. Vyl i ekipa nie pozerzą, nie udają kogoś kim nie są, mało tego, głowę daję, że rozumieją black metal, skoro z jakiegoś powodu wzięli tę parę lat temu gitary i pałki do rąk, by ćwiczyć blasty i kostkowanie. Jeśli dodamy do tego fakt, że Keep of Kalessin ma na koncie już ładnych kilka płyt, z czego kilka bodajże pierwszych wybitnie black metalowych, i że tłuką się już parę lat po scenie, to możemy z tego wywnioskować, że chodzi im jednak o coś więcej, niż tylko nabicie kabzy i wyrwanie groupies. Wyklarowawszy tę dość istotną kwestię, nawołuję zatem do opuszczenia wzniesionych pięści i przejścia do tak zwanego ad remu. A ad rem prezentuje się znakomicie, bo muzyka, jak mogliście wywnioskować z powyższego opisu, jest co najmniej smakowita. Keep of Kalessin generuje blastowo-walcowy wyziew przepełniony epickością, nowatorskimi rozwiązaniami i bombastycznymi riffami. Jest w tej muzie zajebisty power i zróżnicowanie. Słychać, że niejedną godzinę spędzono nad konsoletą, by przydać ognia gitarom, które jadąc na lokomotywie blastów pchają ten epicki walec do przodu, ku pełnej destrukcji wszystkiego w zasięgu słuchu. Frapuje mnie to połączenie okiełznanego black metalowego bestialstwa z klimatem jednak zgołą nie black metalowym. Powiedziałbym, że dokonanu tutaj pewnej konwersji obecnego w BM chaosu, wyjęto w czasie jakiejś spontanicznej sekcji zwłok kilka elementów, a kilka pozostawiono. To, co pozostawiono, to np. majestatyczna atmosfera rodem z "Paragon Belial" czy "Kathaarian Life Code" Darkthrone, albo opętane tempa "Buried by Time and Dust" Mayhem. Wyjęto diabelstwo, świece, łańcuchy i podziemia, w których kudłaci piekielnicy robią grzesznikom różne brzydkie rzeczy. Zrozumiałe, iż nie wszystkim takie zabiegi mogą odpowiadać, ale w moim mniemaniu nagrano na ich bazie genialną płytę, kawał świetnej muzyki, której można słuchać z i bez zaangażowania, a i tak przyjemnie skopie dupę. Numery noszą i koszą, zapalają w duszy ten lont, po którego drugiej stronie jest bomba, której imię METAL. Pomimo, iż do kultu Keep of Kalessin daleko, to muza i tak się broni, a numery są na tyle chwytliwe, że aż się chce wcisnąć Play zaraz po wybrzmieniu ostatnich nut wieńczącego album numeru tytułowego. Toczyłem parę dni temu z jedną znajomą rozmowę o tzw. "guilty pleasures", czyli tych takich muzycznych i pozamuzycznych przyjemnostkach, których się wstydzimy. Maniak gatunku, któremu przypadnie do ucha "Armada", odczułby może coś takiego, ale gwarantuję, że wystarczy po prostu minimalnie otworzyć głowę i słuchać KoK nie jak blacku, ale po prostu jak metalu, a satysfakcja i radość z obcowania z "Armadą" będą jak niczym nie zmącony lot na oklep na grzbiecie smoka. Parafrazując na koniec byłego perkusistę Nirvany, który jeździ teraz po świecie z "najgorzej nazwaną kapelą na świecie" (koleś chyba nie ma pojęcia o metalu :)), Dave'a Grohla: "I don't give a fuck for guilty pleasures, listen to whatever you fucking like", niniejszym kończę tę recenzję i gorąco polecam wszystkim metalowcom ten zajebisty kawał grania. "Get my armada off the ground...!".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz