czwartek, 20 września 2012

AZARATH "Blasphemers' Maledictions" [POL 2011]

Ta płyta jest AŻ TAK dobra, że postanowiliśmy zrobić wyjątek i zrecenzować ją na łamach Katrommoz BMR, pomimo że jest to death metal, a więc jeden z gatunków, którymi z założenia nie mieliśmy się zajmować. Nie myślałem, że taki zespół jak Azarath kiedykolwiek mnie zaskoczy, i to na dodatek pozytywnie. Pierwsze trzy albumy tczewskiego komanda ustawiły zespół wśród hord tych maniackich, szalonych, bezkompromisowych kapel metalowych, które nie grają metalu, tylko metal napierdalają. Każdy, kto miał z tym zespołen choćby powierzchowną styczność, wie o co chodzi - czarno-biały minimalizm, tradycyjne instrumentarium, gruntowny przester i przede wszystkim niemożebny wykurw. O ile pierwsze trzy Azarathy łyknąłem bez popitki, o tyle czwarty długograj mocno mnie rozczarował. Odniosłem wrażenie, że brzmienie straciło na mięsistości, a agresję, po trzech płytach na wskroś ekstremalnych, diabli wzięli. Mocno powątpiewałem, czy Azarath zdobędzie się jeszcze kiedyś na tak szatański i bezlitosny śmierćmetal, jaki prezentował na rzeczonych płytach. Przesłuchawszy najnowsze dzieło Inferna i spółki, "Blasphemers' Maledictions", zmuszony jestem stwierdzić, że o ile "Praise the Beast" nie jest dla mnie osobiście jakimś zajebistym albumem, o tyle jestem w stanie wybaczyć Azarath to potknięcie na prostej drodze, ponieważ kolejny w kolejce był właśnie najnowszy, który domyka linię ewolucyjną kapeli w sposób zaskakujący i przekonujący, jak ja pierdolę. "Blasphemers' Maledictions" to album diametralnie różny od podziemnej stęchlizny, jaką panowie prezentowali w latach poprzednich, ale zarazem i o wiele bardziej ekstremalny i intensywny. Tradycyjne bicie pozostało, blast i trup ściele się gęsto, ale sporo w tej muzyce połamania, kombinacji i progresu. Może pobrzmiewają tu jakieś echa Behemotha, który nie należy do najbardziej negatywnych zespołów na świecie i raczej ku światłu kieruje powleczoną kredą i pastą do butów twarz. Więcej w "Blasphemers' Maledictions" witalności, tej specyficznej młodzieńczej energii i entuzjazmu; muzyka jest bardziej zapalczywa i nieposkromiona niż na poprzednich albumach. Powala ekstremą ale jest również o wiele bardziej przestrzenna, niż taka np. "Infernal Blasting". Nowa płyta, jak się rzekło, brzmi w gruncie rzeczy podobnie do "Praise the Beast", ale tym razem to brzmienie całkowicie mnie przekonuje. Filarem zespołu jest, jak wiemy, Inferno, który pomimo faktu, że latka lecą, najwyraźniej ani myśli składać broń i co album oferuje słuchaczowi czyste, nomen omen, piekło. To jest coś zajebistego, że z każdą kolejną płytą tego bębniarza słuchacz myśli sobie "no kurwa, ewidentnie koniec, szczyt możliwości, apogeum agresji, już teraz to musi spuścić z tonu, bo pozrywa więzadła", a on z uporem maniaka udowadnia co płytę, że dotychczas zaledwie popierdywał i dopiero teraz roznapierdalał się na całego. Ktokolwiek myśli, że zna Inferno po przesłuchaniu jego dotychczasowych dokonań, zostanie zmuszony do zmiany opinii po kilku pierwszych taktach przezajekurwabistego "The Supreme Reign of Tiamat", który po prostu miażdży. Cały album jest zresztą trudniejszy w odbiorze, mniej dosłowny niż płyty poprzednie. Jak pisałem wyżej, Azarath miał to do siebie, że wchodził bez popity. Ta płyta natomiast jest o wiele bardziej wymagająca i potrzeba minimum kilku przesłuchań, żeby ją w pełni ogarnąć. Po pierwszym numerze ni z gruchy ni z pietruchy następuje nietypowy dla Azarath początek numeru kolejnego. Watain skorzystali z podobnej rytmiki w "Satan's Hunger", i choć porównywać tych dwóch zespołów nie mam zamiaru, bo to kapele zupełnie różne na wielu (choć nie wszystkich, o czym za chwilę) płaszczyznach, to wydaje mi się, że to może ten właśnie zespół zaszczepił zatwardziałym death metalowcom nieco bardziej otwarte, a nie pozbawione mocy podejście do ekstremalnego grania? Może pierdolę, ale sądzę, że to jednak możliwe. Po tym "skocznym" przerywniku wątpliwości zostają jednakowoż momentalnie rozwiane i różnorodny wykurw oraz walce wypełniają album szczelnie do samego końca. Album, jak można się spodziewać, utrzymany jest w tempach szybkich i średnich, ale te "szybkie" są szybsze, niż stosowany obecnie w metalu tradycyjny blast. Został on przez Inferno nieco podkręcony i w rezultacie płyta jest o wiele szybsza i bardziej dynamiczna, niż inne utrzymane w podobnej, blastowo-dwubitowej stylistyce. Często słuchać również na nowym Azaracie popisowy numer inferno, czyli blast z bijącą dwa razy szybciej w tle podwójną stopą. Efekt urywa łeb, jak się pewnie domyślacie. Bardzo nie chciałbym, aby ktoś odniósł wrażenie, że Azarath spuścił z tonu i gra jak death metalowy odpowiednik Meshuggah, więc powtórzę raz jeszcze jasno i klarownie - to jest maksymalnie ekstremalny death metalowy album, ale inny od wszystkiego, co dotąd słyszałem i co nagrał dotąd Azarath! Dla mnie "Blasphemers' Maledictions" to bardzo mocny pretendent do tytułu płyty roku, album kompletny, przemyślany, nieludzko ciężki, nadzwyczaj sprawnie odegrany, w pełni profesjonalny i mogący iść w szranki z każdym, powtarzam: KAŻDYM, nowym albumem największych światowych zespołów, które koncertują po 300 dni w roku. Album ten w pełni zasłużył na dopracowaną w każdym szczególe i bardzo oryginalną oprawę graficzną, którą może cieszyć oczy każdy, kto płytę zakupi. Za artwork odpowiada ten sam człowiek, nasz krajan, który zdobił layout "Lawless Darkness" Watain. Te dwa łączniki z zespołem Szwedów to bynajmniej nie jedyne, ponieważ wraz z zaproszeniem do kooperacji Necrosodoma z Anima Damnata pojawił się na merchu otwarty pentagram, nieobcy tym, którzy słuchają na co dzień Watain czy Dissection. Podsumowując, ta płyta jest jak Diabeł w nowych, lśniących złotem szatach, wspaniały i wielki, w pełnej krasie ślący nienawistne i wyniosłe spojrzenia ze swojego krwawego tronu w samych głębiach piekła. "Blasphemers' Maledictions" jest płytą, chciałoby się rzec, doskonałą, ale jako że nic nie jest doskonałe, to nie użyję tego słowa. Choć aż ciśnie się na usta. Słuchajcie, jeśli dacie radę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz