środa, 12 września 2012

DIMMU BORGIR "For All Tid" [NOR 1994]/"Stormblåst" [NOR 1996]

Z pewną niechęcią zabieram się do recenzji dwóch pierwszych płyt Dimmu Borgir, a jednak faktem jest, że przesłuchałem je wczoraj jedna po drugiej. Nie dlatego, bo ubóstwiam ich muzykę i nic mnie tak nie smyra po ziarnach, jak klawisz na kostkowanych riffach, ale po to, by ostatecznie rozprawić się z tym zespołem raz na zawsze. Swoją przygodę z metalem zaczynałem byłem również i od Dimmu, z racji tego, iż nie mając jeszcze pojęcia o metalowej materii, szuka się i znajduje w pierwszej kolejności to, co popularne. Siłą rzeczy natknąłem się więc na Dimmu Borgir PRZED Darkthrone, Mayhem i Burzum, i mam jakąś tam historię z tym zespołem, a na pewno duży sentyment do kapitalnej, co nawet dziś mogę potwierdzić, "Puritanical Euphoric Misantrophia", nieco bardziej lajtowej "Enthrone Darkness Triumphant" czy innych albumów - łącznie z debiutem i jego następcą, o których niniejszym mowa. Z miejsca pragnę wyklarować, że Dimmu NIE gra w moim przekonaniu black metalu, a "muzykę black metalową", o różnicy między którymi pisałem przy okazji recki "Armady" Keep of Kalessin. Dimmu Borgir od wieków zbierają od prawdziwków harde cięgi, bo to gówno, bo komercja, bo profanacja, bo muza dla czternastolatek w mrocznych falbanach i tak dalej. Bo się skurwili. Błąd logiczny, mili państwo, o skurwieniu się ewentualnie mogłaby być mowa, gdyby kiedyś grali jak Darkthrone, a teraz grali jak, no cóż... teraz. Fakty natomiast są takie, że nie osiągnęli nigdy poziomu, z którego mogłaby nastąpić degrengolada w skurwienie, ponieważ od zawsze grali muzykę mocno klawiszową, od zawsze grali niespiesznie i miękko, od zawsze luźno podchodzili do gatunku, z którym robili co im się podobało, nigdy nie deklarowali się jako sataniści, nie rzygali nienawiścią w stronę religii. Ot, grali muzykę. To zadziwiające, że ci, którzy tak jebią na Dimmu Borgir, mają na półce ich dwie pierwsze płyty, które uznają za "kultowe", bo potem to już owo magiczne skurwienie, które jest jak Yeti czy Wielka Stopa - ktoś słyszał, ktoś coś tam widział na zdjęciu, ale czy to naprawdę w ogóle istnieje? Ktoś to wie? Najłatwiej popłynąć z prądem i jebać na to, na co jebie środowisko, bo przecież każdy chce być lubiany, mieć "prawdziwych" kolegów itd. Po pierwsze, ich dwie pierwsze płyty to jakiś smutny żart z black metalu i ktokolwiek uznaje je za kultowe albo jest bucem, który do tego stopnia uległ presji środowiska zjebów, w którym się obraca, że sam stał się bezmyślnym zjebem niezdolnym do formułowania własnych opinii, albo gust muzyczny ma taki, że nie ma prawa w ogóle wypowiadać się na temat black metalu. Na Dimmu Borgir jebie się na tej samej zasadzie, na której jebało się niegdyś na Harry'ego Pottera, Miley Cyrus, Hanny Montany itd. Bo motłoch lubi. Umyka co poniektórym ćwierćinteligentom, że jebiąc sami stają się motłochem, bo, jakby nie patrzeć, skoro ogół fanów metalu (czy muzyki okołometalowej) jest pod względem opinii o Dimmu Borgir podzielony mniej więcej po połowie, to nie ma znaczenia w którym tłumie, po której stronie barykady, się stoi. Wniosek z tego taki, że obydwie strony są siebie warte, a "gust muzyczny" nie ma tu już żadnego znaczenia, bo budowa ucha nie decyduje o tym, czy ktoś jest kretynem. Mentalność stadna natomiast owszem.
W moim przekonaniu, jeżeli Dimmu nazywają się zespołem black metalowym, a wiem, że im się zdarzało, to nie weszli nigdy na tyle głęboko w black metal, by wiedzieć, o czym mówią. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że można chyba obiektywnie stwierdzić, że próżno szukać w ich muzyce szczególnej głębi, bez której black metalu nie ma. Then again, ile jest zadeklarowanych, z uporem maniaka kreujących się na niedorozwinięte dzieci Burzum "prawdziwie" black metalowych zespołów, które grają i myślą tak płasko, że Lucyfer nie przyznałby się do nich, spotykając ich przypadkiem na zakupach w Tesco. Myślę sobie czasem, że skoro Dimmu Borgir wciąż i bez przeszkód wyczyniają z black metalową materią wszystkie te ohydne wygibasy, to albo robią to specjalnie, żeby wkurwić twardogłowych ortodoksów (mniej prawdopodobna wersja), albo w ogóle nie dociera do nich siarczysty flejm z forów internetowych, ani z wykazów sprzedaży płyt (wersja bardziej prawdopodobna). W końcu zdarza się, że i ci, którzy na nich jebią, kupują ich płyty...
Faktem jest, że istnieje takie zjawisko, jak Dimmu Borgir, które jest jednak dla black metalu zupełnie niegroźne, a co więcej, na większą niż podziemny black metal skalę realizuje jego dzieło! Bo jaką krzywdę wyrządzi religii kolejna płyta Craft? Ile młodych zwiedzie na złą drogę kolejna płyta Katharsis? Przecież trafią one wyłącznie do tych, którzy poglądy mają już ugruntowane i z reguły bardzo "lewackie" (ha-ha-ha). A Dimmu Borgir sprzedaje miliony płyt, gra koncerty dla wielotysięcznej publiki, i to od wielu lat. To Dimmu Borgir, a nie Craft czy Katharsis, odciąga młodzież od Kościoła, przyciąga do metalu i sprawia, że jakiś procent tej wymalowanej czarną pomadką i lakierem do paznokci szczeniarni sięgnie głębiej. I znajdzie na przykład Darkthrone. Tak jak to było w moim przypadku. Pomijając może czarną pomadkę i lakier. A swojego gustu i IQ wstydzić się nie muszę. Może więc winniśmy Dimmu Borgir wielkie dzięki? To taki metalowy ambasador w świecie popkultury.
Może winniśmy też szacunek Marilynowi Mansonowi? Kto wie w jakim stopniu postępująca laicyzacja świata nie dokonuje się dzięki tym "komercyjnym", "skurwiałym" kapelkom, które na szeroką skalę głoszą słowa Rogatego? W prostej wersji, ale wystarczy. Co więcej, co jeśli świadomie godzą się na odium w sferach, gdzie i tak trudno o partnera do dyskusji, aby realizować marzenia o życiu gwiazdy rocka, żyć z pasji, jaką jest muzyka? Tak, mili państwo. Czy komuś przyszło do głowy, że oni LUBIĄ to, co grają? Że grali by to i tak, nawet gdyby nie byli popularni? Przecież Galder, gitarzysta Dimmu Borgir, grał wcześniej (jeśli nie gra dalej) w Old Man's Child, zespole o profilu muzycznym niemal w całości pokrywającym się z Dimmu. Jak to wytłumaczyć? A czy ktoś kojarzy jeszcze Limbonic Art? Przecież na nich również wieszano psy, a przecież nie wpłynęło to w żaden sposób na ich muzykę czy postawę. Od napierdalania w klawikordy i samplery mają już pewnie palce powykręcane jak paragrafy. Czy naprawdę komuś wydaje się, że można grać całymi latami muzykę, której się nie lubi? Nawet za niezłą kasę? Przecież to katorga. Ktoś, kto posądza kapele o "granie dla kasy" musiał chyba nigdy samemu nie grać w zespole, bo inaczej wiedziałby, że nawet granie muzyki, którą się uwielbia, to ciężka praca, z której bez wyrzeczeń i samozaparcia ani rusz. Jakim czołem ten ktoś czepia się zespołów, które wydają płyty regularnie co dwa lata? Piter z Vader powiedział w wywiadzie u Wojewódzkiego (na którego też się jebie, choć jest po naszej stronie), że "u nas źle się rozumie pojęcie komercyjny". Ale nawet, gdyby rozumiało się dobrze, i tak mieszałoby się z błotem wszystkie "popularne" zespoły, nie biorąc pod uwagę możliwości, że może grają to, co lubią, ale gust mają taki, że tworząc muzykę szczerze i z serca osiągają sukces, ponieważ ich gust ma POTENCJAŁ komercyjny. A więc ich płyty nie są grane DLA kasy, ale dobrze się sprzedają, bo gust muzyków takiego Vadera, Behemotha, Metalliki, Children of Bodom i innych pokrywa się z gustem dużej części fanów. Oczywiście, statystycznie na pewno są gdzieś metalowe zespoły, które grają głównie z myślą o pieniądzach, sławie, groupies itd., ale tak mi się coś zdaje, że o szczerości kapeli nie świadczy muzyka, a to, ile kapela zrobi, nim się rozpadnie. Bo jak ktoś CHCE grać, to zadba o to, żeby kapela trwała. No, chyba, że skład się nie udał. Tylko że kto jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że ten a ten zespół rozpadł się w wyniku niepokumania się muzyków, a nie w wyniku kalkulacji? Tak mi się coś wydaje, że nikt poza nimi samymi i ewentualnie ich najbliższymi przyjaciółmi, którzy znają poszczególne tworzące ex-zespół indywidua. Tak, mili państwo, warto coś WIEDZIEĆ, nim się coś powie. Głowę dam, że jeśli ten tekst dotrze to jakiegoś, jak to błyskotliwie ujęła jedna kumpela, "truejaka", to podda się skonfudowany w połowie tekstu, bo za dużo na raz przeczytać nie poradzi, i skwituje całość wywodu gromkim "chuj ci w dupę". No i spoko, czegóż więcej miałbym się spodziewać? Skoro tak, to widocznie nie kieruję tego tekstu do niego. Jakbym się nie pocił i tak taki hardy black metalowiec bez matury pozostanie smutną, zasraną, otępiałą, wiecznie napierdoloną jednostką, której się wydaje, że jest inny i lepszy, bo słucha black metalu, tym czasem jakościowo nie różni się niczym od motłochu zgiętego w klęczkach na Jasnej Górze, czy rozjebanego przy telewizorze podczas rodzinnego spędu przy suchych jak pieprz dowcipach Strasburgera.
Co się zaś tyczy samej muzyki zawartej na "For All Tid" i "Stormblåst" - pomyślałem kiedyś, że nie jest to muzyka specjalnie black metalowa, ale za to bardzo, bardzo NORWESKA, to znaczy, że feeling tych dźwięków kojarzy się wybitnie z Norwegią. Opinię swą podtrzymuję i dzisiaj: z niejakim bólem i skurczem jąder przedzierałem się przez najeżoną parapetami, melodeklamacjami i czystymi wokalizami muzyczną materię obydwu płyt, a jednak muszę przyznać, że czysto muzycznie nie są tu albumy kompletnie bezwartościowe. Jak wyżej, nie jest to dobry metal, ale całkiem niezła, klimatyczna muzyka. Przy czym muszę dodać, że "For All Tid", debiut, wyszedł Shagrathowi i spółce lepiej, niż dwójka. Płyta jest konkretna, zadeklarowana, nieprzypadkowa, więcej na niej zgrabnie połączonych, pasujących do siebie elementów, na których z przyjemnością i niejakim zaskoczeniem zawiesiłem kilkukrotnie ucho. Pod względem dźwiękowym obydwa albumy są do siebie bardzo podobne, a jednak zabrakło "Stormblåst" komasacji debiutu, to znaczy za dużo jest smętnych, nudnawych pasaży, z których można było zrezygnować celem skrócenia albumu i pozostawienia tylko tych naprawdę dobrych elementów. Jestem pewien, że ze wszystkich płyt recenzowanych na Katrommoz BMR te dwa albumy zna najwięcej czytelników z racji popularności Dimmu Borgir. Jeśli ktoś ocenia je negatywnie po przesłuchaniu, nie czepiam się, ale jeśli ktoś nawet nie posłuchał i od razu jebie, to, no cóż, pisałem już wyżej, co myślę o takich intelektualnych bąkach. Ja starałem się podejść do tej muzyki z otwartą głową i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że choć to tylko "muzyka black metalowa", to nie pozbawiona specyficznego klimatu, atmosfery, którą udaje się Dimmu wykreować również i na późniejszych płytach, że tylko wspomnę "Enthroned...". Nie sądzę, bym zagłębił się jeszcze kiedyś w te dźwięki, ale zdolności kompozytorskich i umiejętności spowijania słuchacza mrocznym jak dupa Szatan klimatem odmówić Dimmu Borgir nie sposób.
A to, mili państwo, czy nam się to podoba czy nie, o CZYMŚ świadczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz