wtorek, 11 września 2012

FENRIZ' RED PLANET/NATTEFROST "Engangsgrill" Split [NOR 2009]

Materiał niniejszy jest black metalowy tylko w połowie, ale personalnie ma z black metalem, tym norweskim, bardzo dużo wspólnego. Mamy bowiem do czynienia z kultowym jak cholera splitem dwóch panów, Fenriza i Nattefrosta (Darkthrone i Carpathian Forest respectively), którzy w 2009 roku połączyli siły i wrzucili na jeden lepki od kultu dysk dema swoich solowych projektów. Fenriz, okazuje się, miał w latach 90. doom metalowy projekt o nieco pretensjonalnej nazwie Fenriz' Red Planet. O ile maniakom czerni solowego projektu frontmana najbardziej znienawidzonego zespołu w Norwegii nie trzeba przedstawiać, o tyle rzeczona Fenriza Planeta Czerwona może już jawić się jako peWna zagadka. Trzeba przyznać, że poczciwy, wyłupiastooki Gylve jest osobą niezmiernie kreatywną; wystarczy rzucić okiem na dyskografię Darkthrone i dodać do tego cały poboczny stuff z Isengard, Neptune Towers czy właśnie Red Planet. Jak, zapytacie, przedstawia się strona muzyczna tegoż enigmatycznego wydawnictwa? Muszę przyznać, że nieszczególnie, głównie za sprawą strony A. Fenriz' Red Planet to właściwie coś pomiędzy stoner/southern rockiem a doom metalem w klimacie Black Sabbath, mamy więc do czynienia z powolnymi numerami i niedbale przesterowaną gitarą i ślamazarną perkusją, za sprawą których wylewa się z głośników garażowa niemalże surowica, którą nie wiadomo jak ugryźć. Nie jestem specem w dziedzinie dwóch wymienionych powyżej gatunków, ale tak mi się coś widzi, że albo przyspieszyć nieco i grać rocka, albo zwolnić jeszcze troszkę i pójść w ciężki doom. Fenriz, jak wiadomo, nie jest zupełnie normalnym osobnikiem, a dodatkowo współczynnik pojebania podkreśla spowijający album marihuanowy opar. Jestem pewien, że Gylve wypalił niemało stuffu nagrywając coś takiego, zwłaszcza jodłująco-zawodzące wokale, które momentami nie powinny chyba nawet przejść kontroli jakości. Nawet gdybym nie wiedział, kto jest zaangażowany w ten zespół, i tak pomyślałbym, że to pewnie jednorazowy wybryk, skok w bok od głównej kapeli, ponieważ brak w tej muzyce zaangażowania, a klimacik jest raczej eksperymentalny. Z bólem stwierdzam, że nie ma się nad czym rozsłuchiwać i o wiele lepiej zarzucić jedynkę Isengard czy nawet słabsze płyty Darkthrone. Pozostała nam strona B, na której wyje o perwersjach i Diable "Satan's terrorist" (vide runy pod logiem) Hellcommander Nattefrost. Niezmiernie szanuję tego człowieka za odwagę i umiejętność bycia innym, niż wszyscy, czym sukcesywnie wkurwia zarówno poprawnych politycznie metalowców z kampusów uniwersyteckich, jak i hardych prawdziwków kręcących głowami na widok zatkniętego za pas z nabojami banana. Facet ma totalnie w dupie co kto o nim myśli, czy to "outsiderzy", czy tak zwana scena, co paradoksalnie czyni go black metalowcem z krwi i kości. Nattefrost (zespół) słynie z prymitywnego, venomowo-celtic frostowego podejścia do black metalowej materii i nic więcej nie usłyszymy na niniejszym splicie - siermiężne, d-beatowe galopady z ekskrementami i rogami w tle, proste, krótkie numery, fuck off & die i do przodu. Absolutnie żadnego zaskoczenia, ale nóżka aż sama chodzi. Split kończy się przetykanymi samplami melodeklamacjami lekarza sądowego, który udziela mini wykładu o zjawisku socjopatii, zapewne wziętego z jakiegoś filmu czy nawet horroru, żeby tradycji stało się zadość. Płyta wyszła panom zupełnie średnio i zgaduję, że miała w założeniu być raczej materiałem kolekcjonerskim, niż autentycznym wydawnictwem do słuchania na słuchawkach. Album może funkcjonować na zasadzie pewnej ciekawostki, ale złociszy bym na to nie wydawał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz