poniedziałek, 10 września 2012

HATE FOREST "Purity" [UKR 2003]

Hate Forest jest kapelą, do której mam duży sentyment. Był to jeden z zespołów, na które natrafiłem niedługo po tym, jak zacząłem rozglądać się za tymi mniej znanymi od skandynawskich tuzów. Płyta "Purity", podobnie chyba jak większość materiałów tego Ukraińskiego bandu, zbierała po polskiej prasie recenzje różne i różniste, z przewagą tych drugich - czyli generalnie negatywne. Pamiętam nawet, że wyczytałem swego czasu w 7 Gates albo Mega-Sinie, że "samą ideologią nie da się wszystkiego załatwić". Stwierdzenie samo w sobie prawdziwe, ale w moim skromnym mniemaniu nie znajduje ono zastosowania w przypadku rzeczonego albumu, gdyż dla mnie "Purity" to kawał dobrego grania. Zgoda, muza jest prymitywna, zgoda, że się ciągnie i zgoda, że jest zupełnie nieodkrywcza, ale jednocześnie jest to jeden z tych rozsianych po podziemiu brylantów, które nie ćmią, lecz błyszczą konserwatywnym fasetkowaniem. Dźwięki "Purity" to czysta, odhumanizowana muzyka, jaką mógłby tworzyć ktoś, kto spędził rok na wartowni przeciwpożarowej wśród norweskich lasów i nie widział żywej duszy od wielu księżyców. Słychać w tych dźwiękach inspirację dziką naturą: pobrzmiewają w niej echa wiatrów i burz, szumią drzewa nietkniętych ludzką stopą leśnych ostępów, przez które wiodą swe wody bystre i tak zimne, że aż szczypią w usta, górskie strumyki w postaci ambientowych interludiów ("Cromlech", końcówka "The Immortal Ones"). Jest tu miejsce i na mrok ("The Elder Race", "Domination"), i na światło (genialne, monumentalne zakończenie "The Gates") - jak to w życiu i w naturze. Odnośnie strony ideologicznej Hate Forest nie wiem za wiele poza tym, że deklarują się jako NSBM-owcy, ale przy odrobinie szczęścia nie są ułomami na miarę rodzimych kapel ze Śląska. Swoją drogą niemałą bolączką metalu jest to, że genialne płyty tworzą często ludzie, którzy są intelektualnie na poziomie planktonu. Nie wnikam, by się nie rozczarować, i miast tego skupię się na świetnej muzyce na "Purity" i nadziei, że w tym przypadku panowie mają przynajmniej matury i nie stawiają się tłumnie na jakichś zjebanych pochodach. Choć nie rokuje na to następczyni - album "Battlefields", niestety. "Purity" powinien przypaść do gustu zwolennikom czarnej klasyki. Mnie przypadł, ponieważ czuć na niej klimat wyobcowania i odhumanizowania; nie jest to jeden z tych bandów, który "bardzo się stara" nagrać muzykę na maksa złą i ohydną, przez co staje się ona odrażająco ludzka i zbydlęciała. Ukraińcy nagrali swój stuff, zdawałoby się, od ręki i spontanicznie. I to by chyba było to, o co w tym wszystkim chodzi. Kolejny genialny album do łażenia po lesie. Pełna rekomendacja Katrommoz BMR.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz