poniedziałek, 10 września 2012

MARDUK "Plague Angel" [SWE 2004]

Marduk jaki jest, każdy widzi, a jednak panowie Szwedzi potrafią zaskoczyć, nawet jeśli to zaskoczenie w postaci większej niż zwykle ilości blastów. "Plague Angel", album opatrzony bodaj najlepszą okładką ever, to zarazem zdecydowanie najszybsza płyta ekipy Morgana. Nie tylko dlatego, że pałker wypruwa z siebie żyły i wyciska siódme poty celem podkręcenia partii blastów do jak największej prędkości (bo zdarzają się też tempa a'la "Panzer Division Marduk"), ale również ze względu na niewielką ilość zwolnień i przerywników pomiędzy poszczególnymi, brutalnymi ponad wyobrażenie, pasażami. "Plague Angel" to taka mardukowa "Litany", która została przez Petera opisana jako "najbardziej grindowa płyta Vader". Wątpliwe, by gwiazdy pokroju Marduk goniły terminy czy nękały problemy finansowe, jak to miało drzewiej miejsce w przypadku naszych krajan z Vader, ale faktem jest, że mało tu rzeźbienia i klimacenia, a jeszcze więcej niż zwykle efektywnego wykurwu. Płyta jest dla mnie osobiście swoistym rarytasem, gdyż ekipę Morgana wspiera na wokalu demon Funeral Mist, czyli Arioch, przemianowany roboczo na Mortuusa, który wypluwa z siebie i wyrzyguje bluźnierstwa, korzystając z zakamarków ludzkiego gardła, których nie zwiedził był nawet Peter North w trakcie wieloletniej współpracy z pannami wiedzącymi, zdawać by się mogło, wszystko w tej materii. Przypuszczam, że przeważająca większość metalowych wokalistów nie wpadłaby nawet na połowę wszystkich trików, które wypracował sobie Mortuus; już na pierwszych płytach Triumphator zwracający uwagę wybitnie chorymi, nawet jak na black metalowe standardy, krzykami, warknięciami, jękami i zawołaniami. Na "Plague Angel" - poza wspomnianymi, dominującymi partiami blastów - mamy rzecz jasna całą watahę firmowych riffów Marduk, które rozszarpują słuchacza na strzępy niczym stado wściekłych wilków, mamy smaczne, budzące niepokój sample, które, trafnie umieszczone w wypuszczeniach, wzmacniają czające się gdzieś za węgłem bezlitosne pierdolnięcie ("Life's Emblem", jeden z najmocniejszych numerów na tym CD), mamy kawałek instrumentalny na bazie faszystowskiego marszu, namely "Deathmarch", a po drodze do finalnej minuty przewalcuje się obok kilka soczystych i monumentalnych zwolnień w klimacie "Seven Angels, Seven Trumpets". Właściwie jedyny zarzut wobec tej płyty jest taki, że momentami się nudzi, bo jednak na grających w berka blastach niedługo można zawiesić ucho. Możliwe, że Morgan doszedł do podobnego wniosku, skoro następczyni "Plague Angel", "Rom 5:12", jest albumem zdecydowanie wolniejszym i potężniejszym. Wspomniane urozmaicenia ratują więc "Plague Angel" przed niskimi ocenami, a to jednak troszkę za mało, by uznać album za wybitny. Może mógłbym też posmęcić o brzmieniu, ale po głębszym zastanowieniu doszedłbym do wniosku, że smęcę tylko dlatego, że nie zachowano soundu z najlepiej według mnie wyprodukowanej płyty Marduk, czyli "World Funeral", którą łoiłem w liceum podczas podróży z klasą do Auschwitz i na Pawiak. Niezapomniane wrażenia, powiadam; riffy "With Satan and Victorious Weapons" już zawsze będą stawiać mi przed oczami miliony zagazowywanych nieszczęśników i oraną bombami stolicę. Podsumowując: "Anioł zarazy" to najbardziej ekstremalna (jak dotąd płyta) jednego z najbardziej ekstremalnych zespołów na Ziemi. Czegóż można się po niej spodziewać, pomijając rzecz jasna nieubłaganą ekstremę? Na pewno tego, że warto mieć na półce i kasiory na nią wysupłanej z pewnością się nie pożałuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz