czwartek, 20 września 2012

ORCIVUS "Consummatum Est" [NOR 2008]

"Trzecia fala" black metalu nie przestaje płynąć, niosąc swym nurtem coraz to ciekawsze zespoły, które nie kopiują się jeszcze na wzajem dostatecznie długo, aby się znudzić. Nawet niechętni nowemu podgatunkowi przyznają częstokroć, że ów nowy trend udowodnił swoją wartość, wydawszy na świat przynajmniej kilka znakomitych albumów. Z zakorzenionego porządnie na muzycznej scenie pnia tego arcyciekawego podgatunku, zespołów takich jak Watain, Deathspell Omega, Ofermod czy Malign, wyrastają i gną się ku słońcu coraz to nowe konary - jak chociażby Orcivus - zespoły mające wiele do zaoferowania i skutecznie wietrzące black metalową stęchliznę, nie stępiając macierzystemu gatunkowi cierni. A często, wręcz przeciwnie, nielicho je zaostrzając. Taki stan rzeczy zdaje się sugerować, że pogłoski o trendzie należy włożyć między bajki i skonstatować miast tego, że mamy wiele szczęścia, mogąc na własne oczy obserwować narodziny nowego nurtu w muzyce i śledzić jego meandry. Orcivus jest jednym z tych zespołów, młodych gałęzi, które wzmocnią drzewo, zamiast bezmyślnie drenować je z życiodajnych soków. Muzyka zawarta na "Consummatum Est" jest w rozsądnym stopniu oryginalna i świeża; Szwedzi wypuścili spod utytłanych w świńskiej posoce palców cały wachlarz cieszących ucho riffów i zgrabnie poaranżowali je w zajmujące utwory. Męczą mnie i odbierają chęć do życia zespoły łączące kolejne ni w pięć ni w dziewięć riffy i przekonane, że wystarczy podeprzeć je blastem, żeby nagrać wiekopomne dzieło. Zdarzają się bandy, które robią w ten sposób porządną muzykę, ale większość zespołów po prostu niknie w zalewie im podobnych, ponieważ niczym się nie wyróżniają i wyważają raz po raz te same, otwarte szeroko drzwi. Orcivus prezentuje nieco bardziej skomplikowane i wysublimowane podejście do czarnej materii, zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej. Gitary eksploatowane są na różnorodne sposoby, tu szarpnięcie, tam jebnięcie, innym razem rozściela się smaczne wypuszczenie, gdzie indziej bębny przechodzą w rytualny puls, by za chwilę wrócić do tradycyjnego bicia w średnim czy szybszym tempie, a całość okraszają nie z mańki wzięte sample, udatnie budujące klimat i zdobiące wznoszącą się wysoko i szeroko ścianę dźwięku. Diabeł ma wiele twarzy i czas najwyższy, żeby pojawiły się zespoły, które głupawe historyjki o tym, że przyjdzie i nogi z dupy powyrywa, przemienią w dojrzałe filozoficzno-religijne manifesty godne muzyki, którą przecież określa się mianem ideologicznej. Nie mam nic przeciwko horrorom i znam rodowód gatunku, ale sądzę, że krok naprzód jest konieczny. Gatunek cierpi bowiem przez twardzieli, którzy ganią "black metalowe" zespoły z lirykami o Tolkienie i elfach, a samemu piszą o czarownicach i humanoidalnym koźle z wielkim przyrodzeniem. Nie bronię tych pierwszych zespołów, mnie samemu bliżej do tych drugich, ale jednak odczuwam potrzebę jakichś precyzujących się dopiero trzecich - takich jak choćby Orcivus. Podejdźcie do tej płyty ze spokojem i otwartą głową, starajcie się ją poczuć, a gwarantuję, że zagości w odtwarzaczu na dłużej. Nowe światło na północnym niebie jaśnieje coraz silniej i silniej. Bardzo udany debiut. Rogaty jest dumny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz