czwartek, 20 września 2012

SELVHAT "Den Svarte Tid" Demo [NOR 2004]

Zarazem łatwo mi i niełatwo skreślić parę zdań o tym materiale. Ćwieka zabija mi fakt, iż, przesłuchawszy już na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat ładnych kilka black metalowych płyt, zdążyłem znudzić się wieloma niby to kubek w kubek podobnymi do "Den Svarte Tid" Selvhat, a jednak nie jestem w stanie jednoznacznie spuścić jej w kiblu. Selvhat gra podług norweskich pryncypiów ze wskaźnikiem surowości przekręconym grubo w czerwone pole, kojarząc się z zespołami pokroju Blasphemy i Beherit, który to fakt powinien, jak ma to zwykle miejsce, uszczuplić grono chętnych do zapoznania się z tą muzyką do wąskiego grona ekstremistów, którzy marszczą się i krzywią na bodaj jedną poprawnie zagraną nutę. Zdarza mi się zarzucać podobnej muzyce pomieszanie priorytetów, podczas bowiem gdy prymitywizm jawi mi się jako środek do osiągnięcia celu, nieobeznane zbyt dobrze z instrumentami szarpidruty stawiają go na pierwszym miejscu i próbują epatować nieudolną ekstremą, nie siląc się nawet na nagranie czegoś słuchalnego. Obstając przy tej opinii, pierwszą myślą, jaka zaświtała mi w głowie po odpaleniu niniejszego materiału Selvhat, było "kolejny bzyczący jak chmura komarów chłam, o którym zaraz zapomnę". Ku swojej wielkiej radości okazało się, że nawet mnie zdarza się czasem pomylić; pomimo na wskroś garażowo-demówkowego soundu i skrajnie prymitywnej formuły muzycznej, siarczysty lewy prosty, który leci nam raz po raz z głośników prosto w niespecjalne urodziwą papę, należy zaliczyć do tych nadzwyczaj przyjemnych. Wyziew Selvhat kojarzy mi się bardziej z Beastcraft i Archgoat aniżeli z takim Vlad Tepes czy Ildjarn. Twórcy tego zgrzebnego kawałka plastiku musieli najwidoczniej dojść do podobnych co ja wniosków odnośnie do środka i celu, zdołali bowiem przemienić hałdę węgla w może i drobny, ale jednak diament. Ten stuff jest po prostu dobry, surowy i norweski jak ciemna cholera, burzumowo ślamazarny i histeryczny, klimatyczny jak sabat czarownic, a do tego jeszcze opatrzony porządnym brzmieniem bębnów i gitar, które dobrze rokują na przyszłość i pozwalają z niejakim zaciekawieniem rozglądać się za następnym dziełkiem grupy i zastanawiać się, jak by to brzmiało z nieco pokaźniejszym budżetem i czy przypadkiem nie zdeklasowałoby ostatniego Darkthrone. "Den Svarte Tid" może nie skłonił mnie, bym zarżnął stadko dziewic ku chwale Rogatego, ale z pewnością posłał mi wzdłuż kręgosłupa zimny jak północne niebo dreszcz i przypomniał stare, dobre czasy. Solidny i rzeczowy riffing idzie tu w sukurs potężnej stopie, werblowi i tomom, a taki mariaż sprawia zwykle, że niedociągnięcia w sferze kompozycyjnej idzie jeszcze jakoś wybaczyć. Z miłą chęcią postawiłbym ten materiał na półce. Jeśli lubicie tradycyjny, oldschoolowy TNBM - polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz