piątek, 14 września 2012

TYHJYYS "Tyhjyys" [FIN 2010]

Płyt takich jak ta jest pełno, a jednak każda jedna cieszy pod warunkiem, że jest dobra. Finowie z Tyhjyys nagrali taką właśnie klasyczną i konwencjonalną do bólu płytę, którą ratuje tylko to, że jest dobra. "Tylko", dobre sobie, przecież to w zupełności wystarczy, zwłaszcza, że żeby dorwać taką płytę, jak self-named Tyhjyys trzeba przedrzeć się przez chaszcze średniactwa bez polotu. Niniejszy album składa się z sześciu ponumerowanych po rzymsku numerów utrzymanych w konwencji "Transilvanian Hunger" Darkthrone, który kojarzyć się może z debiutem Ljå czy dokonaniami Vargsang. Z tym że o ile nie przepadam za nudnym jak flaki z olejem Vargsang, o tyle "Tyhjyys" bardzo, ale to bardzo przypadł mi do gustu. Wspomniałem o "transylwańskim głodzie" i może jest to porównanie nieco na wyrost, bo do poziomu Darkthrone jednak Finom nieco brakuje, ale rzekłbym, że lekcje z unholy black metalu odrobili co najmniej poprawnie i sprawnie poruszają się w hermetycznej stylistyce, gdzie tak łatwo o sztampę i usypiającą słuchacza wtórność. Zespół bije pokłony przed starą szkołą norweskiego BM w średnich tempach i z kostkowanymi riffami. Muzyka jest dobrze zagrana i dobrze nagrana, brzmienie bardzo ułatwia odbiór albumu miast go utrudniać nadmierną surowicą, zza której nie można dosłyszeć riffów, i pozbawionym wszelkiego impetu efektem bzyczenia chmary komarów. Sound jest prymitywny i brudny, ale rzekłbym, że w sam raz na tyle, by nie przeszkadzał, a pomagał. Muzyka jest zimna jak noc w tundrze i, wbrew pozorom, zróżnicowana licznymi zmianami tempa, bez popadania jednak w rozedrganie i niezdecydowanie takiego, dajmy na to, Abgott czy Deathspell Omega. Finowie grają prosto i do przodu, prymitywnie, ale nie prostacko, a to potężna różnica. W wolniejszych partiach muzyka Tyhjyys kojarzy się z uwielbianym przeze mnie Wigrid, co należy policzyć jak najbardziej na plus. Na szczególną uwagę zasługują końcówki numerów trzeciego i szóstego, które wywarły na mnie szczególne wrażenie. Płyta jest debiutem zespołu i jeśli utrzymają poziom, to wróżę im same dobre rzeczy. Album charakteryzuje wybitnie sprawnie wygenerowaną atmosferą wyobcowania, a poza mrokiem jest w niej też wiele światła i zachwytu dziką naturą. Nie jestem zapewne obiektywny w swojej ocenie, ale te kilka elementów sprawia, że za Tyhjyys dam sobie teraz rękę uciąć. To band w stu procentach dla mnie, a głowę dam, że i nie jednemu czytelnikowi się spodoba. Żeby tylko więcej norweskich kapel grało tak bardzo norwesko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz