sobota, 28 stycznia 2012

Ascension "Consolamentum" [GER 2010]

Niezmiernie cieszy mnie, kiedy po upajaniu się nieustannie od momentu wydania takimi płytami jak "Lawless Darkness" czy "Salvation", wiadomo kogo, dociera do mnie materiał wpisujący się, jak dwa powyższe, w najmłodszy jak dotąd black metalowy nurt, zwany religijnym/ortodoksyjnym. Swego czasu dostąpiłem nie lada zaszczytu i przeprowadziłem wywiad z greckim zespołem Ravencult, podczas którego lider, na pytanie, czy religijny black metal to tylko trend czy coś więcej, odpowiedział nie bez racji, że nowy nurt popisał się już kilkoma zabójczymi albumami, a więc wszystko wskazuje na to, że nie tylko moda i trend, ale i pasja i autentyczność. Zdaje się, że obok Orcivus i pewnie paru jeszcze innych zespołów, polskich Blaze of Perdition i Leichengott, żeby daleko nie szukać, do zaszczytnego miana jednego z filarów gatunku pretenduje młodszy band z Niemiec - Ascension. Niemcy popisali się bardzo przekonującym, niesztampowym i przemyślanym albumem, który stoi muzycznie gdzieś pomiędzy Deathspell Omega i Dissection. Pobrzmiewają echa Watain, plumka gdzieś w oddali Antaeus, ale tempa i dławiąca atmosfera, jak również charakterystyczne wypuszczenia, wskazywały by raczej na smaczne inspiracje autorami "Si Monumentum...". O religijnym graniu napisano już co nieco, więc może nie będę się silił na zgrabne metafory, a po prostu z całego serca polecę tę płytę tym, którym świat nie wydaje się taki prosty, jak przez lata przekonywał ateistyczny black metal. Ja osobiście jestem głęboko przekonany, że wraz z narodzinami tej nowej black metalowej ortodoksji czarny metal wkroczył na nowe, niezbadane dotąd pole, które powinien niespiesznie i z pełnym przekonaniem eksplorować. Z hałaśliwej muzyki, której względnie niedaleko było do hard rocka, zrobiła się na przestrzeni kilku lat, nie bójmy się tego powiedzieć, sztuka, która może z podniesionym czołem iść w szranki z najwyższej klasy muzyką poważną czy jazzem. W końcu i metal dorobił się gatunku, który można zgłębiać i którego nie trzeba zapijać alkoholem. Nie żebym stronił od zapijania, czy nie lubił hard rocka, ale faktem jest, że jedynym argumentem metalowców na rzecz metalu w wielu przypadkach było jedynie to, że "lubię i chuj". Takie płyty, jak recenzowane "Consolamentum" sprawiają, że black metalu można w tej chwili z powodzeniem bronić na gruncie intelektualnym. Ascension gra muzykę pełną, przestrzenną, agresywną ale nie prostacką czy prymitywną. Jest tu miejsce zarówno na black metalowy ogień jak i zadumę, a nawet na zaskakujące konstatacje zagrań zupełnie dotąd w black metalu, czy metalu w ogóle, nie eksploatowanych, które pasują jednak do całości. Wszystkie elementy tej płyty pracują na rzecz spójnej całości, za którą kryć się może artystyczna dojrzałość i, co bardzo ważne, a często zapomniane i niedoceniane, inteligencja i gust. Słuchajcie, czujcie, myślcie. Niech płonie świat.

Endstille "Endstilles Reich" [GER 2007]

Głównym problemem tej płyty nie jest brzmienie ani riffy, tylko tempo. Kojarzycie średnio-szybki blast beat z "Panzer Division Marduk" Marduka? Tutaj tempo jest identyczne, z tym że o ile na wymienionej wyżej płycie jakoś mnie to tempo nie raziło, więcej, okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ dzięki niemu słuchacz mógł w pełni rozkoszować się genialnymi riffami takiego "Christraping Black Metal" czy "Blooddawn". Nie wiem czemu to samo tempo drażni mnie i nudzi w muzyce Endstille. Brzmienie jest porządne, riffy ciekawe i przejmujące, zwłaszcza w numerze tytułowym, muza trzyma się kupy i solidnie wali po mordzie. Może to kwestia daty, którą krążek jest opatrzony? Marduk wydał swojego hiciora w latach 90-tych, obecnie mamy rok 2012 i czas takiego bicia dawno już przeminął. Nie mówię, że wszystkie kapele powinny nakurwiać jak The Berzerker, ale jednak ma się wrażenie, że ten porządny jakby nie było album był przestarzały już w momencie premiery. Gdyby panowie zdecydowali się jeszcze obniżyć bpm-y do tempa, powiedzmy, "Transilvanian Hunger" byłby z "Endstilles Reich" kawał solidnego norweskiego unholy black metalu; gdyby podbili beat do tempa, powiedzmy' "Attera Totus Sanctus", z głośników lałaby się wartkim potokiem szwedzka siara. Tymczasem słuchając tej, dobrej zupełnie przecież, płyty strasznie mi się nudzi i nie dałem rady dosłuchać jej do końca. Album uratowałoby wygenerowanie nieco większego mięcha na głośnikach, gdyby dźwiękowiec dostał do odsłuchania np. "Salvation" uwielbianego przeze mnie Funeral Mist, płyta pewnie by się broniła. W stanie obecnym album ten to porządne, godne polecenia black metalowe łojenie, zimne i obskurne, ale zwyczajnie nie na rok 2012. Mimo, że to godny album, to najprawdopodobniej wrzucę go na słuchawki góra dwa razy, z tego samego powodu, dla którego szerokim łukiem omijam "Demonic Possessions" norweskiego Tsjuder. Albo wte albo we wte!