niedziela, 11 marca 2012

Nachtmystium "Demise" [USA 2004]

Pamiętam słowa, które rzekła mi niegdyś moja babcia. Powiedziała mi starowinka: "Pamiętaj, wnusiu, choćby nie wiedzieć jak się napinali i zwierali poślady, choćby się pocili nad konsoletami jak świnie i choćby nie wiem ile razy grzmocili na trzech strunach riffy Nocturno Culto, Amerykanie nigdy dobrego black metalu nie nagrają." Ściskając laskę w powykręcanej artretyzmem prawicy i memląc bezzębnymi dziąsłami mówiła mi babuleńka: "Black metal to muzyka ducha, przeżarte konsumpcjonizmem i popkulturą jebane jankesy nie umieją grać jak Norwegowie czy Szwedzi i słuchanie USBM to strata czasu." Lata temu szlag trafił kochaną staruszkę, pewnie siedzi teraz za siódmą bramą i opierdala Lucyfera w warcaby, ale myślę, że gdyby tu była, stara raszpla, to przyznałaby mi rację, że mimo iż amerykański, ten konkretny album Nachtmystium to kawał solidnego BM w starym, dobrym, norweskim stylu. Nie jest to szczyt oryginalności, ale przecież nikt nie oczekuje po takiej muzie wycinania na bałałajkach i hukania w djembe. Ona ma po prostu być, ma budzić emocje, kopać po ryju, stawiać monument starej szkole i metalowej tradycji. Jakakolwiek by ten BM nie był, ma po prostu mieć tego ducha, którego z reguły brakuje w USBM. "Demise" tego właśnie ducha ma, jest to album klimatyczny i klasyczny. Dwaj piewcy mroku z Nachtmystium świetnie się pokumali i zrobili porządny kawał czarnego metalu, bez pitolenia i zabawy w awangardę, po prostu - surowy, obskurny, konkretny i wart uwagi. Jakiś czas temu recenzowałem ten album na potrzeby Mega-sina, który gdzieś tam chyba jednak sczezł w mrokach undergroundu (a szkoda!), i pamiętam, że z jakichś względów nie wystawiłem tej płycie za wysokiej noty. Minęło ładnych kilka lat i w tej chwili ocena jest o kilka oczek wyższa. "Demise" to jeden z najbardziej wyobcowanych, samotnych, przepełnionych rozdzierającym serce smutkiem albumów, jakie słyszałem. Jest to muzyka zagrana z taką łatwością, tak naturalna i płynna, że zwyczajnie wdziera się szturmem w uszy i z miejsca zdobywa serce. Feeling albumu jest kosmiczny, muzyka jest mistyczna, w pełnym tego słowa znaczeniu, bije z niej tak skoncentrowany negatywizm, że żyletka sama przysysa się do nadgarstka. A już numer "Ashes to Ashes" to jeden z moich osobistych black metalowych majstersztyków, który mógłbym postawić w jednym rzędzie z numerami z "Hoffnungstod" recenzowanego gdzieś poniżej Wigrid. "Demise" to jeden z tych niedocenionych, nieodkrytych albumów, które ominęła należna im chwała. Znajdźmy, odkopmy, doceńmy, tym bardziej, że to co obecnie gra Nachtmystium nie nadaje się do słuchania.

Alverg "Elde" [NOR 2009]

Bolączką każdego gatunku muzycznego na przestrzeni wieków było taśmowe niemalże kopiowanie wybitnych zespołów. Kiedy pojawiali się na scenach świata ludzie z wizją, utalentowani i uparci, którzy nie bacząc na uwstecznionych ortodoksów pchali muzykę do przodu i tworzyli nowe gatunki i nowe brzmienia, zawsze prędzej czy później miała miejsce istna lawina naśladowców, która grzebała zdobycze swoich idoli pod warstwą kurzu i gruzu. Nie inaczej było z norweskim black metalem pod koniec lat 90-tych. Metal sam w sobie nie jest gatunkiem, który na pierwszy miejscu stawiałby nie wiadomo jaki progres, jest więc rzeczą oczywistą, że rzesza nieudolnych naśladowców jak nigdzie indziej przyczyniła się do jego stagnacji a potem upadku. Jestem zdania, że sytuacja właściwie nie zmieniła się do dzisiaj i znalezienie w roku 2012 interesującego norweskiego zespołu (poza starą gwardią, a i to nie zawsze) graniczy z cudem. Parę lat temu cud się jednak zdarzył za sprawą natknięcia się niżej podpisanego na recenzowany właśnie album. Panowie z Alverg prezentują ten „naturalistyczny” nurt w TNBM i robią to z pełnym przekonaniem. W którymś z numerów 7 Gates, z 2009 roku bodajże, znaleźć możecie wywiad z Loge, głównodowodzącym kapeli, który musi chyba wyglądać jak najprawdziwszy ent, cały obrosły mchem i z gałęziami zamiast kończyn. Nie inaczej przedstawia się też sama muzyka - mamy tu więc do czynienia z charakterystycznym zimnym brzmieniem i całą masą kostkowania. Numery utrzymane są w średnich i wolnych tempach ale muzycy oszczędzili nam całkowicie wyeksploatowanego, surowego soundu i dostosowali brzmienie do tematyki albumu oraz ogólnej koncepcji zespołu. Na „Elde” znajduje się muzyka bardzo leśna, kojarząca się z płynącą rzeką i szumiącymi drzewami. Dźwięki tworzą w umyśle słuchacza bardzo barwny i sugestywny obraz norweskiej przyrody, wyłaniających się z morskich głębi fjordów i majestatycznych gór. Kojarzy się to trochę z „Transilvanian Hunger”, z tym że o ile Darkthrone grali bardzo mrocznie, o tyle w Alverg jest dużo, nie bójmy się tego powiedzieć, słońca, zadumy, nostalgii, kojarzy się więc bardziej z rodakami z Kampfar niż tandemem Gylve/Ted. Swego rodzaju ewenementem jest ostatni numer na płycie, który kojarzyć się nawet może z gotyckimi brzmieniami, ale każdego, kto zadławił się w tej chwili żłopanym właśnie piwskiem pragnę uspokoić - wiochy nie ma. Jest natomiast całkiem ciekawy numer o charakterze outro (choć długaśny jest co niemiara), wyciszający i bardzo klimatyczny. Fanatycy gatunku powinni łyknąć płytę bez popitki, nie-fanatycy również, bo muzyka nie epatuje nie wiadomo jaką ekstremą a mimo to nie mamy wątpliwości, że jest to klasyczne, norweskie granie. Odradzam słuchania „Elde” ortodoksom, których nie jarają lasy i góry, ich sprawa, ale mi słucha się tej płyty znakomicie, choć nie jest to może jakiś kamień milowy ani wiekopomne arcydzieło. Cóż z tego? Mnie wystarczy, że mogę posłuchać przemyślanego i zgrabnie odegranego norweskiego BM, autentycznego, szczerego i z duszą. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wydawnictw zespołu a niedosyt dobrze chyba świadczy o płycie, nie mylę się?

Ravencult "Temples of Torment" [GRE 2007]

Przewrotny acz słowny ze mnie typ, toteż przypomniawszy sobie za sprawą bardzo mocnego "Morbid Blood" o jedynce jednej z lepszych obecnie kapel blackmetalowych, czyli greckiego Ravencult, wrzucam niniejszym recenzję "Temples of Torment". Z muzykami rezydującego w kraju filozofów Ravencult miałem swego czasu przyjemność przeprowadzić wywiad, który ukazał się był na łamach 7 Gates. Sprawiło mi to olbrzymią przyjemność, gdyż zawsze to miło zamienić kilka zdań z pasjonatem, który żyje swoją muzyką i nie porzuca jej nawet w dobie bijącego okrutnie po kieszeni kryzysu, by ze zdwojonymi wysiłkami zarabiać na chleb czy oliwki. Wiadomo, że im więcej się włoży energii w muzykę, tym bardziej przekonujący efekt i mając to na uwadze nie sposób nie sądzić, że "Temples of Torment" wyrósł pod samo niebo na drożdżach poświęcenia i autentycznej pasji. Tyle na tej płycie genialnych motywów, tyle świetnie brzmiących, w pełni wyartykułowanych riffów i nieokiełznanych skrzeków, że dosłownie nie mogę przestać rozpływać się w zachwytach. Jeśli dodamy do tego fakt, że zadbano o solidne, łojące, syfilityczne brzmienie z głębin ziemi, to lepszej reklamy ten materiał nie potrzebuje. Płyta składa się z ośmiu kompozycji, z których jedna, a mianowicie "The Nightsky Codex", zamieszczona została uprzednio na EP-ce "Armageddon Rising", pierwszego ever wydawnictwa Greków. Brzmi ten numer jednak nieco lepiej, niż na tejże EP-ce (na której znalazł się też zajebisty numer "Dethrone the Son of God", polecam, polecam, polecam). Album rozpoczyna się puszczonym od tyłu nagraniem prawosławnego chóru, który leci również i w outro, z tym że tam już jak Pan Bóg przykazał, to jest od przodu, że tak to ujmę. Skojarzenia z religijnym graniem do przewidzenia, ale nieuzasadnione w niniejszym przypadku, gdyż panowie hołdują tradycyjnemu, ateistycznemu podejściu do black metalowego diabelstwa. A więc po raz kolejny lata wczesne lata 90-te through and through. "Temples of Torment" to wysokiej jakości produkt, dopracowany i wypieszczony, bardzo zróżnicowany i przez to interesujący od pierwszego do ostatniego pierdolnięcia w bębny i struny. Niezmiernie raduje uszy wpleciony między nieco bardziej pokomplikowane numery krótki, prosty i dosadny "Blessed in Heresy", chyba mój ulubiony numer na płycie, za swoją bezkompromisowość i atawistyczny, zimny power, znany choćby z pierwszych trzech płyt nieodżałowanego Bathory. Poważnie czuć tu ten chłód i klimat zezwierzęcenia, po którym cofnąć się możemy jak po nici do samych początków człowieka - i dalej. Płyta emanuje złowrogą, nie-świętą atmosferą i autentycznym złem. Znany i lubiany efekt ściany dźwięku podrzeźbiony został tylko na tyle, by uwypuklić znakomite riffy, które nie powinny wcale zniknąć w natłoku agresji. Album jest bardzo zbalansowany i dzięki tym właśnie subtelnym zabiegom, o których piszę wyżej, wybija się mocno z tysięcy grających niby podobnie, a jednak o wiele gorzej kapel. Pisałem jeszcze później ze Stefanosem, głównodowodzacym Ravencult, o możliwości zakupienia ich płyt, i wiem, że mieszkając w Polsce nie ma na to szans, a więc najlepiej pisać prosto do niego. Kurwa, nich mi tylko wpłynie coś sensownego na konto, a nie pożałuję grosiwa. Łykam tę muzę bez popity. Brać w ciemno, a jak dorwiecie ten stuff na winylu, to bierzcie z bomby dwa i piszcie do mnie :) Cudo, no kurwa cudo.

Ravencult "Morbid Blood" [GRE 2011]

Recenzja debiutu greckiego Ravencult, wyśmienitej "Temples of Torment", pojawi się na łamach Katrommoz prędzej czy późnij, gdyż jest to z jedna z najlepszych w mojej opinii płyt black, które wyszły po 2000 roku. Zanim to jednak nastąpi poświęcimy nieco miejsca i czasu drugiemu długograjowi Greków - "Morbid Blood". A jest to płyta odmienna od genialnie w moim mniemaniu brzmiącej jedynki, różnice wynikają jednak nie tyle z brzmienia, co z samego grania. O ile na debiucie atakowało nasze uszy łojenie ewidentnie norweskopodobne, o tyle na dwójce nastąpił regres do czasów Celtic Frost, Bathory i Venom. Kto sączył słodki jad z muzyki powstałej w latach 90-tych i za dziadami współczesnej death/blackowej surowicy nie przepada, ten przyuczy się być może do lat 80-tych za sprawą tej płyty, brzmienie bowiem pozostało soczyste i mięsiste, zimne jak styczniowa noc, a muzyka zyskała nieco speed/thrashowej motoryki. Brzmi to jak o wiele, wiele lepsze Bewitched z soundem, powiedzmy, "A Blaze in the Northern Sky" i środkowych płyt Immortal, a więc połączenie tyleż nietypowe i ryzykowne, co frapujące. Muzyka utrzymana jest w średnio-szybkich i 2-beatowych tempach przetykanych z rzadka miażdżącymi walcami. Riffy są gęsto kostkowane, ale nie bzyczą jak chmara moskitów, tylko kąsają jak klucz jadowitych wywern. Ravencult potwierdził swoją klasę nagrywając album odmienny od poprzednika, a jednocześnie nie wpadając w pułapkę przekombinowanych dziwolągów, jakie przychodzą na myśl po dwóch czy trzech generycznych wydawnictwach. Sporo tu dobrej, energetycznej, nienawistnej muzy dla sympatyków czarciego metalu z przełomu dekad i nie tylko. Warto mieć na półce.