sobota, 15 września 2012

NEGURA BUNGET "From Transilvanian Forest" EP [ROM 2000]

Negura Bunget to chyba jeden z najbardziej mistycznych i tajemniczych black metalowych tworów na Ziemi. Ich muzyka kłębi się i snuje jak mgła, bez formy, bez kształtu, a jednak po brzegi wypełniona treścią. Miałem kiedyś możliwość podziwiania zespołu na żywo i pamiętam, że odebrałem ich dźwięki bardzo podobnie; sprawiały wrażenie, jakby omijały uszy i uderzały prosto do głowy, otumaniały jak wino i zsyłały na słuchacza śmiercionośny letarg. Kusi mnie, żeby rozebrać trochę EP-kę "From Transilvanian Forest" na części pierwsze, pogadać sobie o riffach, aranżacjach, bębnach, ale wyjątkowo ciężko mi się za to zabrać, bo poszczególne elementy tak znakomicie się uzupełniają i w tak zbitą całość się zlewają, że ciężko określić, czy ten huczący jak targane nocnym wichrem drzewa uwiąd to jeszcze gitara, czy już klawisz. To wrażenie zespolenia się instrumentów w jedną pojedynczą ścieżkę towarzyszy nam od samego onirycznego początku "Vallachorum Tyranorum" do ostatnich sekund "Sculptured Fog". Jeśli komuś obraz wampirów wypaczyły bestsellery Stephanie Meyer, niechaj czym prędzej zapozna się z tym wydawnictwem. Negura Bunget pochodzą bowiem z Rumunii i interesują się żywo wampiryzmem, tym prawdziwym, odhumanizowanym i złym, odkładającym się na duszy pierwotnym lękiem, nie zaś jego popkulturową, skrzącą się od cekinów wersją, która tak świetnie się sprzedaje, że w księgarniach i bibliotekach powstają osobne działy z "paranormal romance". Ogarnia mnie ból i żałość na myśl, że są i w black metalu zespoły, które tak płytko podchodzą do tego ciekawego przecież i enigmatycznego zagadnienia. Owy ból i żałość uśmierza znacznie chłodny jak śmierć balsam Negura Bunget, który gra muzykę tak odległą od wszelkiej popkultury, że nawet poszarpana i dynamiczna ścieżka perkusji na "From Transilvanian Forest" nie przyciągnęła zapewne by do brodatych Rumunów chętnych na figle po cmentarzach groupies. Negura Bunget odarli black metal z wszelkiej formy, razem z niektórymi przejawami trendziarstwa, które na stałe już weszły w gatunek (tak jest, nie przesłyszeliście się, bo czymże innym, jak nie ugruntowanym trendem są corpse paint i pieszczochy?), prezentując nam czystą formę, zalewającą słuchacza jak fala czerni i zapadającą nad nim jak noc. Negura Bunget brzmią, jakby nagrywali swoje płyty w nietkniętych ludzką stopą lasach i raz do roku schodzili z gór do miasta, by wysłać je pocztą wydawcy, zarośnięci, w skórach i rozsiewający wokół odór niemytego ciała i zleżałego mchu. Zaskakujące jest ponadto, że choć tyle jest tutaj o lasach i pogańskich gajach, Negura Bunget nie pozują na "prawdziwków" (badum-tss) i sprawiają wrażenie zupełnie normalnych gości. Co cieszy. "From Transilvanian Forest" to króciutki przedsmak tego, co czeka nas na dalszych płytach grupy, a zarazem zwarta całość sama w sobie, którą można cieszyć uszy z niekłamaną przyjemnością. Bardzo łatwo przy tych dźwiękach odpłynąć.

piątek, 14 września 2012

TYHJYYS "Tyhjyys" [FIN 2010]

Płyt takich jak ta jest pełno, a jednak każda jedna cieszy pod warunkiem, że jest dobra. Finowie z Tyhjyys nagrali taką właśnie klasyczną i konwencjonalną do bólu płytę, którą ratuje tylko to, że jest dobra. "Tylko", dobre sobie, przecież to w zupełności wystarczy, zwłaszcza, że żeby dorwać taką płytę, jak self-named Tyhjyys trzeba przedrzeć się przez chaszcze średniactwa bez polotu. Niniejszy album składa się z sześciu ponumerowanych po rzymsku numerów utrzymanych w konwencji "Transilvanian Hunger" Darkthrone, który kojarzyć się może z debiutem Ljå czy dokonaniami Vargsang. Z tym że o ile nie przepadam za nudnym jak flaki z olejem Vargsang, o tyle "Tyhjyys" bardzo, ale to bardzo przypadł mi do gustu. Wspomniałem o "transylwańskim głodzie" i może jest to porównanie nieco na wyrost, bo do poziomu Darkthrone jednak Finom nieco brakuje, ale rzekłbym, że lekcje z unholy black metalu odrobili co najmniej poprawnie i sprawnie poruszają się w hermetycznej stylistyce, gdzie tak łatwo o sztampę i usypiającą słuchacza wtórność. Zespół bije pokłony przed starą szkołą norweskiego BM w średnich tempach i z kostkowanymi riffami. Muzyka jest dobrze zagrana i dobrze nagrana, brzmienie bardzo ułatwia odbiór albumu miast go utrudniać nadmierną surowicą, zza której nie można dosłyszeć riffów, i pozbawionym wszelkiego impetu efektem bzyczenia chmary komarów. Sound jest prymitywny i brudny, ale rzekłbym, że w sam raz na tyle, by nie przeszkadzał, a pomagał. Muzyka jest zimna jak noc w tundrze i, wbrew pozorom, zróżnicowana licznymi zmianami tempa, bez popadania jednak w rozedrganie i niezdecydowanie takiego, dajmy na to, Abgott czy Deathspell Omega. Finowie grają prosto i do przodu, prymitywnie, ale nie prostacko, a to potężna różnica. W wolniejszych partiach muzyka Tyhjyys kojarzy się z uwielbianym przeze mnie Wigrid, co należy policzyć jak najbardziej na plus. Na szczególną uwagę zasługują końcówki numerów trzeciego i szóstego, które wywarły na mnie szczególne wrażenie. Płyta jest debiutem zespołu i jeśli utrzymają poziom, to wróżę im same dobre rzeczy. Album charakteryzuje wybitnie sprawnie wygenerowaną atmosferą wyobcowania, a poza mrokiem jest w niej też wiele światła i zachwytu dziką naturą. Nie jestem zapewne obiektywny w swojej ocenie, ale te kilka elementów sprawia, że za Tyhjyys dam sobie teraz rękę uciąć. To band w stu procentach dla mnie, a głowę dam, że i nie jednemu czytelnikowi się spodoba. Żeby tylko więcej norweskich kapel grało tak bardzo norwesko...

czwartek, 13 września 2012

CARPATHIAN FOREST "Morbid Fascination of Death" [NOR 2001]

Genialna płyta. Nokaut, łopatki, odliczanie. Carpathian Forest zajmowałem się już na łamach Katrommoz BMR przy okazji zupełnie średniego wydawnictwa "Skjend Hans Lik". "Morbid Fascination of Death" ze średniactwem nie ma nic wspólnego, to pełnokrwista płyta-marzenie, na której równoważą się obydwa elementy, bez których nie ma dobrego TNBM, to jest smutek i nienawiść. Na domiar dobrego zamieszczono tutaj prawdziwy smakołyk w postaci przezajebistego coveru Mayhem z "Pure Fucking Armageddon", sławny "Ghoul". Płyta składa się z klasycznych black'n'rollowych kompozycji, do których przyzwyczaił nas Carpathian Forest na przestrzeni lat, poprzetykanych retardującymi impet muzyki numerami instrumentalnymi, których słuchanie po dragach grozić może samobójstwem. Płyta otwiera się niepokojącym intrem "Fever, Flames and Hell" ze skrzekami Hellcommandera Nattefrosta i mrożącym krew w żyłach samplem. Po nim przychodzi czas na klasyczny, perwersyjny black metalowy wykurw w postaci "Doomed to Walk the Earth as Slaves of the Living Dead", a zaraz po nim drugi cios okutaną w pieszczochy pięścią, czyli numer tytułowy. Następnie następuje chlast między oczy monumentalnym jak wieża Eiffela czarnym dildem w postaci szarpanego wstępu do "Through Self-Mutilation", który rozściela przed nami wszystkie sado-maso obrzydlistwa, które siedzą w głowie i główce pierwszego zboczucha Norwegii. Później przychodzi pora na jeden z lepszych numerów na płycie, czyli "Knokkelman", któremu idzie w sukurs krótki acz dosadny "Warlord of Misanthropy", gdzie znalazło się nawet miejsce na muśnięcie klawisza. Kolejny w trackliście jest bardzo klimatyczny "World of Bones", przejmująca wizja martwej Ziemi, a dalej klasyczny black metalowy manifest w postaci "Carpathian Forest", który, powiadam, dupę urywa. Widziałem gdzieś live'a, gdzie zespół gra ten właśnie numer, i muszę przyznać, że to harda jebanina i sprawdza się na żywo nie gorzej od najbardziej żywiołowych kawałków grupy. Potem Norwegowie raczą sponiewieranego nieco słuchacza zamyślonym interludium w postaci "Cold Comfort", niezły numer na deszczowy trip po lesie, podobnie jak utrzymany w podobnym klimacie "Speechless", po którym niczym wiozący kowadła TIR trafia nas świetny "Ghoul", który brzmi o wiele lepiej od oryginału. Płyta kończy i wyspokaja się kolejnym outro w postaci "Nostalgia", a słuchacz siedzi jeszcze chwilę w fotelu, nie mogąc się ruszyć. Na tej płycie Carpathians wzbili się na wyżyny swego kunsztu i basta, i żadne tam "Black Shining Leather". Miałem tego farta, że na dorzucanych lata temu do Mystic Art składankach znajdowały się czasem dobre numery (mowa o "Through Self-Mutilation"), toteż niniejszy album był pierwszym dziełem Carpathian Forest, z jakim miałem przyjemność się zapoznać. Smaczny balans pomiędzy nienawistną surowicą a tnącym po nadgarstkach smutkiem nie mógł nie uczynić tego albumu wybitnym; to nie tylko dobra płyta ale i podróż przez czarne jak noc otchłanie ludzkiej psychiki, które leżą na co dzień uśpione gdzieś na dnie. "Morbid Fascination of Death" to płyta, która zostaje w głowie i sercu na długo. Pełna rekomendacja.

środa, 12 września 2012

DIMMU BORGIR "For All Tid" [NOR 1994]/"Stormblåst" [NOR 1996]

Z pewną niechęcią zabieram się do recenzji dwóch pierwszych płyt Dimmu Borgir, a jednak faktem jest, że przesłuchałem je wczoraj jedna po drugiej. Nie dlatego, bo ubóstwiam ich muzykę i nic mnie tak nie smyra po ziarnach, jak klawisz na kostkowanych riffach, ale po to, by ostatecznie rozprawić się z tym zespołem raz na zawsze. Swoją przygodę z metalem zaczynałem byłem również i od Dimmu, z racji tego, iż nie mając jeszcze pojęcia o metalowej materii, szuka się i znajduje w pierwszej kolejności to, co popularne. Siłą rzeczy natknąłem się więc na Dimmu Borgir PRZED Darkthrone, Mayhem i Burzum, i mam jakąś tam historię z tym zespołem, a na pewno duży sentyment do kapitalnej, co nawet dziś mogę potwierdzić, "Puritanical Euphoric Misantrophia", nieco bardziej lajtowej "Enthrone Darkness Triumphant" czy innych albumów - łącznie z debiutem i jego następcą, o których niniejszym mowa. Z miejsca pragnę wyklarować, że Dimmu NIE gra w moim przekonaniu black metalu, a "muzykę black metalową", o różnicy między którymi pisałem przy okazji recki "Armady" Keep of Kalessin. Dimmu Borgir od wieków zbierają od prawdziwków harde cięgi, bo to gówno, bo komercja, bo profanacja, bo muza dla czternastolatek w mrocznych falbanach i tak dalej. Bo się skurwili. Błąd logiczny, mili państwo, o skurwieniu się ewentualnie mogłaby być mowa, gdyby kiedyś grali jak Darkthrone, a teraz grali jak, no cóż... teraz. Fakty natomiast są takie, że nie osiągnęli nigdy poziomu, z którego mogłaby nastąpić degrengolada w skurwienie, ponieważ od zawsze grali muzykę mocno klawiszową, od zawsze grali niespiesznie i miękko, od zawsze luźno podchodzili do gatunku, z którym robili co im się podobało, nigdy nie deklarowali się jako sataniści, nie rzygali nienawiścią w stronę religii. Ot, grali muzykę. To zadziwiające, że ci, którzy tak jebią na Dimmu Borgir, mają na półce ich dwie pierwsze płyty, które uznają za "kultowe", bo potem to już owo magiczne skurwienie, które jest jak Yeti czy Wielka Stopa - ktoś słyszał, ktoś coś tam widział na zdjęciu, ale czy to naprawdę w ogóle istnieje? Ktoś to wie? Najłatwiej popłynąć z prądem i jebać na to, na co jebie środowisko, bo przecież każdy chce być lubiany, mieć "prawdziwych" kolegów itd. Po pierwsze, ich dwie pierwsze płyty to jakiś smutny żart z black metalu i ktokolwiek uznaje je za kultowe albo jest bucem, który do tego stopnia uległ presji środowiska zjebów, w którym się obraca, że sam stał się bezmyślnym zjebem niezdolnym do formułowania własnych opinii, albo gust muzyczny ma taki, że nie ma prawa w ogóle wypowiadać się na temat black metalu. Na Dimmu Borgir jebie się na tej samej zasadzie, na której jebało się niegdyś na Harry'ego Pottera, Miley Cyrus, Hanny Montany itd. Bo motłoch lubi. Umyka co poniektórym ćwierćinteligentom, że jebiąc sami stają się motłochem, bo, jakby nie patrzeć, skoro ogół fanów metalu (czy muzyki okołometalowej) jest pod względem opinii o Dimmu Borgir podzielony mniej więcej po połowie, to nie ma znaczenia w którym tłumie, po której stronie barykady, się stoi. Wniosek z tego taki, że obydwie strony są siebie warte, a "gust muzyczny" nie ma tu już żadnego znaczenia, bo budowa ucha nie decyduje o tym, czy ktoś jest kretynem. Mentalność stadna natomiast owszem.
W moim przekonaniu, jeżeli Dimmu nazywają się zespołem black metalowym, a wiem, że im się zdarzało, to nie weszli nigdy na tyle głęboko w black metal, by wiedzieć, o czym mówią. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że można chyba obiektywnie stwierdzić, że próżno szukać w ich muzyce szczególnej głębi, bez której black metalu nie ma. Then again, ile jest zadeklarowanych, z uporem maniaka kreujących się na niedorozwinięte dzieci Burzum "prawdziwie" black metalowych zespołów, które grają i myślą tak płasko, że Lucyfer nie przyznałby się do nich, spotykając ich przypadkiem na zakupach w Tesco. Myślę sobie czasem, że skoro Dimmu Borgir wciąż i bez przeszkód wyczyniają z black metalową materią wszystkie te ohydne wygibasy, to albo robią to specjalnie, żeby wkurwić twardogłowych ortodoksów (mniej prawdopodobna wersja), albo w ogóle nie dociera do nich siarczysty flejm z forów internetowych, ani z wykazów sprzedaży płyt (wersja bardziej prawdopodobna). W końcu zdarza się, że i ci, którzy na nich jebią, kupują ich płyty...
Faktem jest, że istnieje takie zjawisko, jak Dimmu Borgir, które jest jednak dla black metalu zupełnie niegroźne, a co więcej, na większą niż podziemny black metal skalę realizuje jego dzieło! Bo jaką krzywdę wyrządzi religii kolejna płyta Craft? Ile młodych zwiedzie na złą drogę kolejna płyta Katharsis? Przecież trafią one wyłącznie do tych, którzy poglądy mają już ugruntowane i z reguły bardzo "lewackie" (ha-ha-ha). A Dimmu Borgir sprzedaje miliony płyt, gra koncerty dla wielotysięcznej publiki, i to od wielu lat. To Dimmu Borgir, a nie Craft czy Katharsis, odciąga młodzież od Kościoła, przyciąga do metalu i sprawia, że jakiś procent tej wymalowanej czarną pomadką i lakierem do paznokci szczeniarni sięgnie głębiej. I znajdzie na przykład Darkthrone. Tak jak to było w moim przypadku. Pomijając może czarną pomadkę i lakier. A swojego gustu i IQ wstydzić się nie muszę. Może więc winniśmy Dimmu Borgir wielkie dzięki? To taki metalowy ambasador w świecie popkultury.
Może winniśmy też szacunek Marilynowi Mansonowi? Kto wie w jakim stopniu postępująca laicyzacja świata nie dokonuje się dzięki tym "komercyjnym", "skurwiałym" kapelkom, które na szeroką skalę głoszą słowa Rogatego? W prostej wersji, ale wystarczy. Co więcej, co jeśli świadomie godzą się na odium w sferach, gdzie i tak trudno o partnera do dyskusji, aby realizować marzenia o życiu gwiazdy rocka, żyć z pasji, jaką jest muzyka? Tak, mili państwo. Czy komuś przyszło do głowy, że oni LUBIĄ to, co grają? Że grali by to i tak, nawet gdyby nie byli popularni? Przecież Galder, gitarzysta Dimmu Borgir, grał wcześniej (jeśli nie gra dalej) w Old Man's Child, zespole o profilu muzycznym niemal w całości pokrywającym się z Dimmu. Jak to wytłumaczyć? A czy ktoś kojarzy jeszcze Limbonic Art? Przecież na nich również wieszano psy, a przecież nie wpłynęło to w żaden sposób na ich muzykę czy postawę. Od napierdalania w klawikordy i samplery mają już pewnie palce powykręcane jak paragrafy. Czy naprawdę komuś wydaje się, że można grać całymi latami muzykę, której się nie lubi? Nawet za niezłą kasę? Przecież to katorga. Ktoś, kto posądza kapele o "granie dla kasy" musiał chyba nigdy samemu nie grać w zespole, bo inaczej wiedziałby, że nawet granie muzyki, którą się uwielbia, to ciężka praca, z której bez wyrzeczeń i samozaparcia ani rusz. Jakim czołem ten ktoś czepia się zespołów, które wydają płyty regularnie co dwa lata? Piter z Vader powiedział w wywiadzie u Wojewódzkiego (na którego też się jebie, choć jest po naszej stronie), że "u nas źle się rozumie pojęcie komercyjny". Ale nawet, gdyby rozumiało się dobrze, i tak mieszałoby się z błotem wszystkie "popularne" zespoły, nie biorąc pod uwagę możliwości, że może grają to, co lubią, ale gust mają taki, że tworząc muzykę szczerze i z serca osiągają sukces, ponieważ ich gust ma POTENCJAŁ komercyjny. A więc ich płyty nie są grane DLA kasy, ale dobrze się sprzedają, bo gust muzyków takiego Vadera, Behemotha, Metalliki, Children of Bodom i innych pokrywa się z gustem dużej części fanów. Oczywiście, statystycznie na pewno są gdzieś metalowe zespoły, które grają głównie z myślą o pieniądzach, sławie, groupies itd., ale tak mi się coś zdaje, że o szczerości kapeli nie świadczy muzyka, a to, ile kapela zrobi, nim się rozpadnie. Bo jak ktoś CHCE grać, to zadba o to, żeby kapela trwała. No, chyba, że skład się nie udał. Tylko że kto jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że ten a ten zespół rozpadł się w wyniku niepokumania się muzyków, a nie w wyniku kalkulacji? Tak mi się coś wydaje, że nikt poza nimi samymi i ewentualnie ich najbliższymi przyjaciółmi, którzy znają poszczególne tworzące ex-zespół indywidua. Tak, mili państwo, warto coś WIEDZIEĆ, nim się coś powie. Głowę dam, że jeśli ten tekst dotrze to jakiegoś, jak to błyskotliwie ujęła jedna kumpela, "truejaka", to podda się skonfudowany w połowie tekstu, bo za dużo na raz przeczytać nie poradzi, i skwituje całość wywodu gromkim "chuj ci w dupę". No i spoko, czegóż więcej miałbym się spodziewać? Skoro tak, to widocznie nie kieruję tego tekstu do niego. Jakbym się nie pocił i tak taki hardy black metalowiec bez matury pozostanie smutną, zasraną, otępiałą, wiecznie napierdoloną jednostką, której się wydaje, że jest inny i lepszy, bo słucha black metalu, tym czasem jakościowo nie różni się niczym od motłochu zgiętego w klęczkach na Jasnej Górze, czy rozjebanego przy telewizorze podczas rodzinnego spędu przy suchych jak pieprz dowcipach Strasburgera.
Co się zaś tyczy samej muzyki zawartej na "For All Tid" i "Stormblåst" - pomyślałem kiedyś, że nie jest to muzyka specjalnie black metalowa, ale za to bardzo, bardzo NORWESKA, to znaczy, że feeling tych dźwięków kojarzy się wybitnie z Norwegią. Opinię swą podtrzymuję i dzisiaj: z niejakim bólem i skurczem jąder przedzierałem się przez najeżoną parapetami, melodeklamacjami i czystymi wokalizami muzyczną materię obydwu płyt, a jednak muszę przyznać, że czysto muzycznie nie są tu albumy kompletnie bezwartościowe. Jak wyżej, nie jest to dobry metal, ale całkiem niezła, klimatyczna muzyka. Przy czym muszę dodać, że "For All Tid", debiut, wyszedł Shagrathowi i spółce lepiej, niż dwójka. Płyta jest konkretna, zadeklarowana, nieprzypadkowa, więcej na niej zgrabnie połączonych, pasujących do siebie elementów, na których z przyjemnością i niejakim zaskoczeniem zawiesiłem kilkukrotnie ucho. Pod względem dźwiękowym obydwa albumy są do siebie bardzo podobne, a jednak zabrakło "Stormblåst" komasacji debiutu, to znaczy za dużo jest smętnych, nudnawych pasaży, z których można było zrezygnować celem skrócenia albumu i pozostawienia tylko tych naprawdę dobrych elementów. Jestem pewien, że ze wszystkich płyt recenzowanych na Katrommoz BMR te dwa albumy zna najwięcej czytelników z racji popularności Dimmu Borgir. Jeśli ktoś ocenia je negatywnie po przesłuchaniu, nie czepiam się, ale jeśli ktoś nawet nie posłuchał i od razu jebie, to, no cóż, pisałem już wyżej, co myślę o takich intelektualnych bąkach. Ja starałem się podejść do tej muzyki z otwartą głową i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że choć to tylko "muzyka black metalowa", to nie pozbawiona specyficznego klimatu, atmosfery, którą udaje się Dimmu wykreować również i na późniejszych płytach, że tylko wspomnę "Enthroned...". Nie sądzę, bym zagłębił się jeszcze kiedyś w te dźwięki, ale zdolności kompozytorskich i umiejętności spowijania słuchacza mrocznym jak dupa Szatan klimatem odmówić Dimmu Borgir nie sposób.
A to, mili państwo, czy nam się to podoba czy nie, o CZYMŚ świadczy.

wtorek, 11 września 2012

FENRIZ' RED PLANET/NATTEFROST "Engangsgrill" Split [NOR 2009]

Materiał niniejszy jest black metalowy tylko w połowie, ale personalnie ma z black metalem, tym norweskim, bardzo dużo wspólnego. Mamy bowiem do czynienia z kultowym jak cholera splitem dwóch panów, Fenriza i Nattefrosta (Darkthrone i Carpathian Forest respectively), którzy w 2009 roku połączyli siły i wrzucili na jeden lepki od kultu dysk dema swoich solowych projektów. Fenriz, okazuje się, miał w latach 90. doom metalowy projekt o nieco pretensjonalnej nazwie Fenriz' Red Planet. O ile maniakom czerni solowego projektu frontmana najbardziej znienawidzonego zespołu w Norwegii nie trzeba przedstawiać, o tyle rzeczona Fenriza Planeta Czerwona może już jawić się jako peWna zagadka. Trzeba przyznać, że poczciwy, wyłupiastooki Gylve jest osobą niezmiernie kreatywną; wystarczy rzucić okiem na dyskografię Darkthrone i dodać do tego cały poboczny stuff z Isengard, Neptune Towers czy właśnie Red Planet. Jak, zapytacie, przedstawia się strona muzyczna tegoż enigmatycznego wydawnictwa? Muszę przyznać, że nieszczególnie, głównie za sprawą strony A. Fenriz' Red Planet to właściwie coś pomiędzy stoner/southern rockiem a doom metalem w klimacie Black Sabbath, mamy więc do czynienia z powolnymi numerami i niedbale przesterowaną gitarą i ślamazarną perkusją, za sprawą których wylewa się z głośników garażowa niemalże surowica, którą nie wiadomo jak ugryźć. Nie jestem specem w dziedzinie dwóch wymienionych powyżej gatunków, ale tak mi się coś widzi, że albo przyspieszyć nieco i grać rocka, albo zwolnić jeszcze troszkę i pójść w ciężki doom. Fenriz, jak wiadomo, nie jest zupełnie normalnym osobnikiem, a dodatkowo współczynnik pojebania podkreśla spowijający album marihuanowy opar. Jestem pewien, że Gylve wypalił niemało stuffu nagrywając coś takiego, zwłaszcza jodłująco-zawodzące wokale, które momentami nie powinny chyba nawet przejść kontroli jakości. Nawet gdybym nie wiedział, kto jest zaangażowany w ten zespół, i tak pomyślałbym, że to pewnie jednorazowy wybryk, skok w bok od głównej kapeli, ponieważ brak w tej muzyce zaangażowania, a klimacik jest raczej eksperymentalny. Z bólem stwierdzam, że nie ma się nad czym rozsłuchiwać i o wiele lepiej zarzucić jedynkę Isengard czy nawet słabsze płyty Darkthrone. Pozostała nam strona B, na której wyje o perwersjach i Diable "Satan's terrorist" (vide runy pod logiem) Hellcommander Nattefrost. Niezmiernie szanuję tego człowieka za odwagę i umiejętność bycia innym, niż wszyscy, czym sukcesywnie wkurwia zarówno poprawnych politycznie metalowców z kampusów uniwersyteckich, jak i hardych prawdziwków kręcących głowami na widok zatkniętego za pas z nabojami banana. Facet ma totalnie w dupie co kto o nim myśli, czy to "outsiderzy", czy tak zwana scena, co paradoksalnie czyni go black metalowcem z krwi i kości. Nattefrost (zespół) słynie z prymitywnego, venomowo-celtic frostowego podejścia do black metalowej materii i nic więcej nie usłyszymy na niniejszym splicie - siermiężne, d-beatowe galopady z ekskrementami i rogami w tle, proste, krótkie numery, fuck off & die i do przodu. Absolutnie żadnego zaskoczenia, ale nóżka aż sama chodzi. Split kończy się przetykanymi samplami melodeklamacjami lekarza sądowego, który udziela mini wykładu o zjawisku socjopatii, zapewne wziętego z jakiegoś filmu czy nawet horroru, żeby tradycji stało się zadość. Płyta wyszła panom zupełnie średnio i zgaduję, że miała w założeniu być raczej materiałem kolekcjonerskim, niż autentycznym wydawnictwem do słuchania na słuchawkach. Album może funkcjonować na zasadzie pewnej ciekawostki, ale złociszy bym na to nie wydawał.

poniedziałek, 10 września 2012

MARDUK "Plague Angel" [SWE 2004]

Marduk jaki jest, każdy widzi, a jednak panowie Szwedzi potrafią zaskoczyć, nawet jeśli to zaskoczenie w postaci większej niż zwykle ilości blastów. "Plague Angel", album opatrzony bodaj najlepszą okładką ever, to zarazem zdecydowanie najszybsza płyta ekipy Morgana. Nie tylko dlatego, że pałker wypruwa z siebie żyły i wyciska siódme poty celem podkręcenia partii blastów do jak największej prędkości (bo zdarzają się też tempa a'la "Panzer Division Marduk"), ale również ze względu na niewielką ilość zwolnień i przerywników pomiędzy poszczególnymi, brutalnymi ponad wyobrażenie, pasażami. "Plague Angel" to taka mardukowa "Litany", która została przez Petera opisana jako "najbardziej grindowa płyta Vader". Wątpliwe, by gwiazdy pokroju Marduk goniły terminy czy nękały problemy finansowe, jak to miało drzewiej miejsce w przypadku naszych krajan z Vader, ale faktem jest, że mało tu rzeźbienia i klimacenia, a jeszcze więcej niż zwykle efektywnego wykurwu. Płyta jest dla mnie osobiście swoistym rarytasem, gdyż ekipę Morgana wspiera na wokalu demon Funeral Mist, czyli Arioch, przemianowany roboczo na Mortuusa, który wypluwa z siebie i wyrzyguje bluźnierstwa, korzystając z zakamarków ludzkiego gardła, których nie zwiedził był nawet Peter North w trakcie wieloletniej współpracy z pannami wiedzącymi, zdawać by się mogło, wszystko w tej materii. Przypuszczam, że przeważająca większość metalowych wokalistów nie wpadłaby nawet na połowę wszystkich trików, które wypracował sobie Mortuus; już na pierwszych płytach Triumphator zwracający uwagę wybitnie chorymi, nawet jak na black metalowe standardy, krzykami, warknięciami, jękami i zawołaniami. Na "Plague Angel" - poza wspomnianymi, dominującymi partiami blastów - mamy rzecz jasna całą watahę firmowych riffów Marduk, które rozszarpują słuchacza na strzępy niczym stado wściekłych wilków, mamy smaczne, budzące niepokój sample, które, trafnie umieszczone w wypuszczeniach, wzmacniają czające się gdzieś za węgłem bezlitosne pierdolnięcie ("Life's Emblem", jeden z najmocniejszych numerów na tym CD), mamy kawałek instrumentalny na bazie faszystowskiego marszu, namely "Deathmarch", a po drodze do finalnej minuty przewalcuje się obok kilka soczystych i monumentalnych zwolnień w klimacie "Seven Angels, Seven Trumpets". Właściwie jedyny zarzut wobec tej płyty jest taki, że momentami się nudzi, bo jednak na grających w berka blastach niedługo można zawiesić ucho. Możliwe, że Morgan doszedł do podobnego wniosku, skoro następczyni "Plague Angel", "Rom 5:12", jest albumem zdecydowanie wolniejszym i potężniejszym. Wspomniane urozmaicenia ratują więc "Plague Angel" przed niskimi ocenami, a to jednak troszkę za mało, by uznać album za wybitny. Może mógłbym też posmęcić o brzmieniu, ale po głębszym zastanowieniu doszedłbym do wniosku, że smęcę tylko dlatego, że nie zachowano soundu z najlepiej według mnie wyprodukowanej płyty Marduk, czyli "World Funeral", którą łoiłem w liceum podczas podróży z klasą do Auschwitz i na Pawiak. Niezapomniane wrażenia, powiadam; riffy "With Satan and Victorious Weapons" już zawsze będą stawiać mi przed oczami miliony zagazowywanych nieszczęśników i oraną bombami stolicę. Podsumowując: "Anioł zarazy" to najbardziej ekstremalna (jak dotąd płyta) jednego z najbardziej ekstremalnych zespołów na Ziemi. Czegóż można się po niej spodziewać, pomijając rzecz jasna nieubłaganą ekstremę? Na pewno tego, że warto mieć na półce i kasiory na nią wysupłanej z pewnością się nie pożałuje.

HATE FOREST "Purity" [UKR 2003]

Hate Forest jest kapelą, do której mam duży sentyment. Był to jeden z zespołów, na które natrafiłem niedługo po tym, jak zacząłem rozglądać się za tymi mniej znanymi od skandynawskich tuzów. Płyta "Purity", podobnie chyba jak większość materiałów tego Ukraińskiego bandu, zbierała po polskiej prasie recenzje różne i różniste, z przewagą tych drugich - czyli generalnie negatywne. Pamiętam nawet, że wyczytałem swego czasu w 7 Gates albo Mega-Sinie, że "samą ideologią nie da się wszystkiego załatwić". Stwierdzenie samo w sobie prawdziwe, ale w moim skromnym mniemaniu nie znajduje ono zastosowania w przypadku rzeczonego albumu, gdyż dla mnie "Purity" to kawał dobrego grania. Zgoda, muza jest prymitywna, zgoda, że się ciągnie i zgoda, że jest zupełnie nieodkrywcza, ale jednocześnie jest to jeden z tych rozsianych po podziemiu brylantów, które nie ćmią, lecz błyszczą konserwatywnym fasetkowaniem. Dźwięki "Purity" to czysta, odhumanizowana muzyka, jaką mógłby tworzyć ktoś, kto spędził rok na wartowni przeciwpożarowej wśród norweskich lasów i nie widział żywej duszy od wielu księżyców. Słychać w tych dźwiękach inspirację dziką naturą: pobrzmiewają w niej echa wiatrów i burz, szumią drzewa nietkniętych ludzką stopą leśnych ostępów, przez które wiodą swe wody bystre i tak zimne, że aż szczypią w usta, górskie strumyki w postaci ambientowych interludiów ("Cromlech", końcówka "The Immortal Ones"). Jest tu miejsce i na mrok ("The Elder Race", "Domination"), i na światło (genialne, monumentalne zakończenie "The Gates") - jak to w życiu i w naturze. Odnośnie strony ideologicznej Hate Forest nie wiem za wiele poza tym, że deklarują się jako NSBM-owcy, ale przy odrobinie szczęścia nie są ułomami na miarę rodzimych kapel ze Śląska. Swoją drogą niemałą bolączką metalu jest to, że genialne płyty tworzą często ludzie, którzy są intelektualnie na poziomie planktonu. Nie wnikam, by się nie rozczarować, i miast tego skupię się na świetnej muzyce na "Purity" i nadziei, że w tym przypadku panowie mają przynajmniej matury i nie stawiają się tłumnie na jakichś zjebanych pochodach. Choć nie rokuje na to następczyni - album "Battlefields", niestety. "Purity" powinien przypaść do gustu zwolennikom czarnej klasyki. Mnie przypadł, ponieważ czuć na niej klimat wyobcowania i odhumanizowania; nie jest to jeden z tych bandów, który "bardzo się stara" nagrać muzykę na maksa złą i ohydną, przez co staje się ona odrażająco ludzka i zbydlęciała. Ukraińcy nagrali swój stuff, zdawałoby się, od ręki i spontanicznie. I to by chyba było to, o co w tym wszystkim chodzi. Kolejny genialny album do łażenia po lesie. Pełna rekomendacja Katrommoz BMR.