wtorek, 31 grudnia 2013

RECENZJA: Altar of Plagues "Mammal" [IRE 2011]

Szperając w necie natrafiłem na początkowo zbywane przeze mnie niedbałym parsknięciem, ale z czasem zwracające coraz silniej uwagę wzmianki o muzyce określanej jako "hipsterski black metal". W dobie popularności wełnianych czapek, Raybanów, bujnego zarostu i wszelkiej maści zdrowego i niemozliwego do kupienia pożywienia pomyślałem sobie, że ktoś po prostu robi sobie jaja, ale wkrótce okazało się, że nie do końca i że w ten nowy jakoby nurt wpisuje się niemało zespołów, które łączy niemało cech wspólnych. Znalazłem gdzieś zestawienie, w którym wyczytałem, że podobno ów hipsterski black metal gra na przykład Deathspell Omega, Burzum czy Ulver, co trudno traktować poważnie, ale obok charakterystycznej logówki Francuzów widniało kilka zagadkowych szyldów, które postanowiłem sprawdzić. Wśród odsłuchanych przeze mnie albumów znalazł się również i niniejszy, czyli "Mammal" Altar Of Plagues. Nie wiem, czy hipsterski, ale z pewnością nie jest to typowy black metalowy łomot; już na pierwszy rzut oka widać subtelną różnicę pomiędzy klasycznym black metalowym rekwizytorium, wizerunkiem, sznytem muzycznym, a tym wyznawanym przez rzeczone zespoły, a wśród nich między innymi AOP. Mniej tutaj diabłów i trupów, mniej klasycznych, czarno-białych, wzorowanych ma Moyenie czy pierwszych frontach Darkthrone obrzydlistwach, a więcej wyobcowania, pustkowi, jakichś subtelnie niepokojących landszaftów, zagadkowych, rozmazanych (chciałoby się rzec: "instagramowych") fotografii. Również sama muzyka takich zespołów jak Wolves In The Throne Room, Deafheaven, Liturgy, czy AOP właśnie, bywa zagadkowa, tajemnicza, rozmazuje się w uszach w trudny do podzielenia na ścieżki niejednolity szum podbity standardowym black metalowym tempem. Ta tajemniczość i niejednoznaczność mnie akurat całkiem kręci. Jest to pewien odchył od mojej black metalowej normy, ale nie oznacza to wcale, że nieciekawy, tym bardziej, że wszelkie udziwnienia, klawiszowe wstawki i sample, stanowią bodaj chwilowy odpoczynek od całkiem solidnego metalowego łojenia. Klasyczny czarny sound jest tu z rzadka przełamywany desperackim zawołaniem, jakimś sludge'owym jebnięciem czy ambientową plamą, jakimś złowróżbnym szelestem, który kojarzyć się może z opuszczonym domem w środku lasu, gdzie, choć tego nie wiemy, nie jesteśmy sami. Z pewnością wszystkie te niespotykane dotąd w gatunku udziwnienia nie są najgorszymi z muzycznych wyborów, jakich dokonali na przestrzeni lat black metalowi muzycy (piję tutaj do Ancient, Abigor czy Dodheimsgard). W moim przekonaniu "Mammal" to godny przedstawiciel ciekawej odmiany black metalu, która nie musi wcale okazać się ślepą uliczką. Pomimo wiader pomyj wylewanych na zlepianą w jedną masę bliżej nieokreśloną "hipsteriadę", sama idea poszukiwania nowych brzmień jest szczytna, tak długo, jak efekt finalny ma ręce i nogi. No i któż z nas nie zajarał się kiedyś wygrzebaną z głębokiego podziemia, zupełnie nieznaną kapelą? Niekoniecznie popijając wodą kokosową i zagryzając bezglutenowym makaronem, ale jednak. Wracając zaś do samego zespołu i płyty "Mammal" - z pewnością jest to porządny, rzetelnie skomponowany i odegrany stuff. Płyta co najmniej warta polecenia, a jeśli kogoś razi słówko na "h", niech albo zaklasyfikuje AOP do post-black metalu, albo niech zrobi to co ja - odpali płytę i po prostu słucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz