piątek, 1 sierpnia 2014

RECENZJA: Afgrund "The Age of Dumb" [SWE 2012]

Przeczytałem gdzieś w necie, że "The Age of Dumb" szwedzkiego Afgrund to płyta, która na nowo zdefiniowała grindcore. Zwykle staram się podchodzić z rezerwą do podobnych stwierdzeń i nie ufać nikomu, kto zwie albo siebie, albo kogoś głosem pokolenia, bo wiadomo, jaką kichą kończą się przeważnie podobne przechwałki. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by "Wiek kretynów" redefiniował grindcore bardziej, niż chociażby nasi rodacy z Antigamy, na ten przykład, ale cóż z tego, że nie redefiniuje, kiedy płyta i tak rozwala łeb? Jeśli przyjdzie mi kiedyś ochota na redefinicję grindu, dam głębokiego nura w net i prędzej czy później może coś znajdę (a najlepiej by było, gdybym znalazł po prostu jakiś dobry grind po drodze, wszak nie liczy się cel, liczy się podróż), ale póki co w temacie grindu ograniczam się tylko do Afgrund, recenzowany album okazał się bowiem na tyle ciekawy, że na jednym przesłuchaniu poprzestać nie sposób. Jest pełno dobrego grindu, jeszcze więcej słabego - prostackiego, bez polotu, nudnego jak wyprute z trzewi zardzewiałym tasakiem flaki z olejem - a tego genialnego jest już najmniej (ta proporcja odnosi się chyba do każdej muzyki). Gdybym miał umiejscowić Szwedów w którejś z tych kategorii, śmiało umiejscowiłbym pomiędzy dobrym a genialnym. Panowie nagrali płytę, gdzie nietrudno o blastbeatowe nawałnice, stanowiące trzon tej muzyki, z tym że pełno też tutaj frapujących łamańców i smacznej kombinatoryki, które współgrają z napierdalaniem, jak sos pomidorowy współgra z makaronem. Makaron na sucho - niedobry, sos na sucho - chujowy, ale jak się połączy w dobrych proporcjach jedno z drugim - palce lizać. Afgrund rżnie grindowe standardy na potęgę, ale okrasza je mnóstwem ciekawych patentów, dzięki którym płyta nie znudzi się szybko nawet wymagającym słuchaczom. Gdybym miał się przyczepiać, przyczepiłbym się do prędkości; wolałbym jednak, żeby panowie napieprzali w 2014 roku nieco szybciej, nie wiem czy dlatego, że rozpuścił mnie Rotten Sound, Origin (którego nie lubię za wszystko poza szybkością właśnie) czy bodaj jedna niezła płyta nudnego skądinąd Fleshgod Apocalypse, czy może taka już ze mnie po prostu kapryśna księżniczka, ale warto pamiętać też o tym, że spowolnienie tempa skutkuje czasem dosadniejszym wybrzmieniem riffów, więc nawet tego elementu muzyki Afgrund nie sposób w sumie poczytać im za mankament. "Czas idiotów" to niebywale interesujący materiał, zbalansowany, a przy tym dziki i bezwzględny jak oddział ukraińskich separatystów. Słuchać w ciemno, a najlepiej kupić. Z niewysłowioną radością zobaczyłbym Szwedów na następnym D.I.Y Festiwalu w gdyńskim Uchu. Szwecja w końcu zaraz za miedzą, Stena Line pływa... Kto wie, kto wie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz