sobota, 2 sierpnia 2014

RECENZJA: Death Orbit "Orbiting Death" [USA 2014]

Świeżość do kwadratu, po pierwsze dlatego, że Death Orbit to świeża krew - ich jeszcze ciepłe demo wyszło bowiem w czerwcu tego roku - a po drugie, muzyka na nim zawarta, inspirowany starą Norwegią black metal, brzmi świeżo jak cholera, mimo ewidentnych wzorców. Na dwudziestominutowej płytce znajdziemy pięć utworów, na przestrzeni których gęsto zacinają kostkowane riffy i dźga w błony bębęnkowe klasyczny black metalowy skrzek. Zespół kombinuje na tyle, by było na czym zawiesić ucho, ale nie przesadza z komplikowaniem prostej czarnej materii i nie popada w skrajności typu Nachtmystium czy Borknagar. Powiedziałbym, że gdyby ten materiał wyszedł nie w 2014, a w 1994, na koszulkach w rozmiarze S młodych fascynatów TNBM obok logówek Mayhem i Burzum mogłoby w nie mniejszej ilości znaleźć się logo Death Orbit. Taki black metal zawsze znajdzie u mnie poparcie i aprobatę - z jednej strony wściekły i punktowy, z drugiej przemyślany i pozbawiony dłużyzn. Jak na demo przystało, jest syfizna i bród, ale nie ma bzyczenia komarów i zniekształceń, które musimy znosić, gdy jakiś nowo powstały band ma się za Kolumbów nagrywania, bo ktoś przyniósł na próbę aparat cyfrowy. Gary łomocą korzennie, a od generowanego przez gitary chłodu wieszają się sople na parapecie i łupie w kościach reumatyczny spazm. Muzyka jest zbalansowana i różnorodna, zespół bez skrępowania macza kulasy w przynajmniej kilku nurtach rozlanej po świecie czarnej trucizny: zaczynając od umpaumpującego wykurwu w klimacie Venom, by za chwilę zasunąć triolową szarpaniną żywcem (martwcem?) wyjętą z "Transilvanian Hunger". Utwory trzymają się kupy i gwarantuję, że przynajmniej kilka razy przycisk "Play" przyciągnie jak magnes wasz palec wskazujący. Zespół rozprowadza demo przez swój profil na Bandcampie. Czasy się zmieniły, ale, nie ukrywajmy, plus jest taki, że muzyka jest łatwiej dostępna, zasilenie kiesy zespołu prostsze, a i tak do Death Orbit dotrą tylko ci, co mają dotrzeć. Zalecam wysupłanie kilku groszy, by zmotywować chłopaków do dalszego napieprzania, kto wie, czy przy słuchaniu kolejnego wydawnictwa nie wyskoczycie z bamboszy pod sam sufit? Btw, kozacka okładka. Parafrazując pewnego osiedlowego wieszcza: "nie wiem, czy cię za to ucałować, czy strzelić w pysk".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz