piątek, 1 sierpnia 2014

RECENZJA: Tørsö "Community Psychosis" [USA 2014]

Bez blagi powiadam, że nie ma lepszej podziemnej imprezy w Polsce, niż gdyński D.I.Y Festiwal! Co roku rozwala mnie dobór bandów, rozstrzał gatunkowy, ogólny klimat imprezy i zdjęcia genialnej pani fotograf z klubu Ucho, gdzie niezmiennie od lat festiwal ma swoje miejsce, stanowiąc przez te parę dni centrum i epicentrum muzycznej agresji, wyrwę w nijakiej materii tego smutnego jak pizda kraju. Tegoroczną edycję D.I.Y. należy zaliczyć do udanych z wielu powodów, ale być może najważniejszym z nich jest dla mnie ten, że było mi dane zapoznać się z zajebistym bandem ze Stanów, do którego inaczej zapewne nigdy bym się nie dokopał, a mowa o crust-punkowcach z Tørsö. Nawiasem mówiąc, już za sprowadzenie zespołu ze Stanów czy Australii powinienem bić pokłony w stronę organizatorów. Genialna inicjatywa i stuprocentowa skuteczność! ALE - miało być o muzyce, do muzyki zatem zaraz przejdziemy (chociaż pean na cześć D.I.Y. wyćwierkać trza było i basta). Tørsö rozpoczęli swoją listę wydawniczą od EP zatytułowanej "Community Psychosis". Mały kawałek winyla, niepozorny okrągły krążek z prostym jak konstrukcja cepa logiem, a jaki niemiłosierny rozpierdol! Cieszą mnie niezmiernie takie wydawnictwa, jak panią na polskim cieszyło, że nie podnosiłem ręki, a znałem odpowiedź na pytanie o Asnyka. Niereklamowane szeroko w mediach, nie recenzowane chyba nigdzie, a kapela ni z gruchy, ni z pietruchy instaluje się na scenie i rozpieprza klub w drobny mak. Tørsö to zespół, który znakomicie prezentuje się na żywo, głównie za sprawą uwijającego się jak homar w garze z wrzątkiem perkusisty i ortodoksyjnej, nie golącej się pod pachami wokalistce, której wściekłe wrzaski, piski, pocharkiwania i zawołania generują lwią część atmosfery tego świetnego bandu. Kobitka drobna, niepozorna, kompaktowa, rzec by się chciało, a drze się do tego Diabłu ducha winnego mikrofonu jak banshee przed okresem, przyprawiając urządzenie o trwałe uszkodzenie słuchu i syndrom sierocy. O crust-punkowej nawałnicy generowanej przez kalifornijski kolektyw pisać trzeba krótko i dosadnie, nie ma bowiem właściwie o czym pisać, ale trzeba posłuchać. Niby jest pełno kapel, które bez kombinowania łoją, co im struny na palce przyniosą, ale zdarzają się mimo to sytuacje, kiedy z głośnika ląduje nam na pysku tak punktowy cios, że człowiek automatycznie zrywa się do lodówki po plaster mięsa pierwszego gatunku. Takim właśnie materiałem jest "Community Psychosis". Wiadomo, że stuff z Kalifornii dostać niełatwo, jeśli więc kto ma ochotę, niechaj szuka w necie i przynajmniej da znać kapeli jednym z dostępnych kanałów informacyjnych, że się podoba komuś na drugim końcu świata. Tørsö, panie i panowie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz