poniedziałek, 4 sierpnia 2014

RECENZJA: Vuyvr "Incinerated Gods" [SWI 2014]

Spodobał mi się ten materiał od pierwszej nuty. Solidne, tradycyjne riffy przywodzące na myśl Orcustus i Craft zagnieździły mi się w głowie jak grzyb między palcami brodatego tirowca z Przemyśla, który wiózł mnie kiedyś stopem ku Niemieckiej granicy. Jego szosowy rumak, ociekająca smarem Skania R620 Tamiya, generował podobny niski, basowy pomruk, co gitarzyści Vuyvr, przetykany częstokroć zgrzytem wyrobionego sprzęgła, który przypomina z kolei partie riffów zagrane na wyższych strunach, tak mile świdrujące uszy każdemu sympatykowi norweskich ekstremistów z lat dziewięćdziesiątych. Numery na "Incinerated Gods" - trzecim wydawnictwie Szwajcarów - miewają nawet po pięć minut długości, ale kompozycje są na tyle ciekawe i zróżnicowane, że nie ma mowy o dłużyznach, które rujnują muzykę na przykład takiego Nargaroth czy Hetroertzen. Materiał brzmi tak jak lubię: impresjonistyczne plamy w sektorze gitarowym i dudniąca perkusja w bębnowym. W dwóch numerach zbudowanych wokół wolniejszych, atmosferycznych partii - "Infected Water" i "Devoured" - przysiągłbym nawet, że słyszałem bas! Zespół zgrabnie poradził sobie zarówno z blastbeatowym zapierdalaniem jak i z burzumowskimi tempami, generującymi bardzo smaczny, hipnotyczny klimat. Bardzo udany album i oby tak dalej!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz