sobota, 2 sierpnia 2014

RELACJA: Watain, Destroyer 666, Otargos; Progresja, Warszawa [18.10.2010]

Warunki pogodowe jak na taki koncert były wręcz idealne - o ile przed samą Warszawą świeciło słońce i między miarowym turkotaniem kół wlokącego się niemiłosiernie pociągu linii Gdynia-Warszawa dało się jeszcze słyszeć świergoczące ptaszęta, o tyle sama Warszawa przywitała nas mgłą i nieprzyzwoitą wręcz piździawą. Nabrawszy więc w płuca ożywczego smogu przepchaliśmy się, ja i mój kumpel Grzech, przez śmierdzące rozmaitymi fast foodami (jak również nieodłącznymi konsekwencjami tychże, deponowanymi w dworcowych zaułkach przez co mniej pruderyjnych podróżnych) dworcowe kazamaty prościutko na Aleje Jerozolimskie, gdzie, nie licząc kilku starć z żądnymi drobnych żulami, wpakowaliśmy dupska do autobusu 105 i pojechaliśmy raźno ku warszawskiej Progresji. Bezbłędnie odnajdując drogę przez usłane psimi kupami trawniki i znaczące martwymi gałęziami nocne niebo drzewami pomyślałem sobie, że oto w tajemnicy przed motłochem zbiera się pod osłoną nocy czarna brać, by w podziemiach oddawać cześć mrocznym bóstwom. Klimacik Warszawy po zmierzchu kojarzył mi się z czymś pomiędzy „Dead Evil” a „Pianistą”. Może przez te przeterminowane Specjale? Ale i mieliśmy przecież powody do radochy. Skład koncertu prezentował się przecież bardzo interesująco: szwedzkich piekielników z Watain i australijskich piwożłopów z Destroyer 666 wspierali ekstremiści z francuskiego Otargos. Z góry pragnę zaznaczyć, że przyjechaliśmy głównie na ten pierwszy zespół, więc dokładnych setlist dwóch pozostałych nie za bardzo jestem w stanie sobie przypomnieć a i wrażenia opisywane będą jedynie z punktu widzenia osoby z ich twórczością zapoznanej cokolwiek pobieżnie. Słyszałem o Destroyer 666 dość, by wiedzieć, że warto kopsnąć się do Warszawy, żeby ich zobaczyć, o Otargos wiedziałem mniej, ale skłonny byłem zdobyć się na kredyt zaufania w związku z niezmiernie mocną sceną, jaką reprezentują. Z Watain sprawa przedstawiała się dla nas inaczej i to ich występ był dla nas tego wieczoru tym najbardziej wyczekiwanym. Progresja jest klubem, który moim zdaniem świetnie nadaje się na metalowe koncerty. Nie jest to jeden z tych dżointów, gdzie przerażone panie szatniarki boją się wychodzić zza lady w obawie, że słuchająca takiego jazgotu długowłosa brać rozszarpie ich na sztuki na ołtarzu Belzebuba a powstrzymująca odruch wymiotny obsługa ściera rozlaną przez kapele sztuczną krew z wyrazem twarzy gwałconego psa. Duże, przestrzenne pomieszczenia od góry do dołu przystrojone są metalowymi (acz nie tylko) plakatami a na głównej sali są nawet dwie potężne flagi z okładkami „Altars of Madness” i „Life After Death”. Do tego duża, porządna scena i, co ratuje życie przy większych spędach, wentylacja, kurwa jej mać, wentylacja. Zaraz po wejściu rzuciliśmy okiem na stoisko z merchandisem, na którym skąpa ilość nadrobiona została jakością, zwłaszcza w przypadku dbającego o każdy szczegół Watain, bowiem o ile pozostałe zespoły miały do zaoferowania głównie t-shirty (choć Otargos pokusili się nawet o tak frymuśne rekwizyty jak np. stringi z logiem kapeli i bluźnierczymi napisami na pohybel demiurgowi), o tyle Watain miało do zaoferowania prawdziwe cacuszko. Poza wysokiej jakości t-shirtami (łącznie z bardzo fajnym akcentem w postaci przygotowanego przez organizatorów, prezentującego się bardzo okazale, specjalnego t-shirtu na Polskę) można było zaopatrzyć się w cudnej roboty klamrę do pasa. Jeśli dodać do tego ustawione na ladzie świeczniki z płonącymi świecami (od których w czasie gigu odpaliło fajki chyba z milion osób) i okalające stanowisko Watain wielkie flagi z trójzębami, to całość zacznie przypominać sklep z diabelskimi dewocjonaliami. Nie wątpię, że o taki efekt właśnie chodziło. No ale przejdźmy do meritum - wieść niosła, że panowie z któregoś zespołu zmitrężyli po drodze, więc nawet mimo spóźnienia nie straciliśmy z Grzechem ani jednej nuty. Na scenę właśnie weszło Otargos i z miejsca zaatakowało audytorium szybkim, urozmaiconym black metalem z dużą ilością blastów i wypuszczeń, a więc elementami charakterystycznymi dla francuskiego black metalu w klimatach Deathspell Omega czy Antaeus. Nie chcę silić się na porównania bo ze studyjnymi dokonaniami Otargos kontakt miałem raczej minimalny, ale mogę zaręczyć, że ich muzyka broni się na żywo. Strona wizualna występu również pomagała wczuć się w dźwięki. Żabojady zaprezentowały się w brudnych corpsepaintach i skórzanych uniformach. Fajną rzeczą w Progresji jest umieszczony z tyłu sceny podest na perkusję i co najmniej dwie maszyny do sztucznej mgły (pożyczone zapewne od ruskich, którzy, jak wiadomo, użyli ich do rozjebania w drobny mak polskiego Tupolewa wraz z prezydentem i resztą naszej „elyty”, przez których nie mogliśmy stawić się na koncercie Dark Funeral w Gdańsku, bo wzięli i odwołali), które podświetlają tę mgłę na czerwono. Wygląda to tak, jakby (całkiem przyzwoicie nagłośniona) perka łomotała dla nas zza ściany ognia, za która majaczą tylko wybijające opętańczy rytm kończyny fizycznego danego zespołu - jeśli zatem kapela gra death/black o tej nieco bardziej piekielnej proweniencji, to rezultat wizualny jest bardzo, bardzo fajny. Otargos ani nie rozpętali pod sceną piekła ani nie zanudzili, muzycznie zaprezentowali się co najmniej porządnie i nieruchawość publiki należy raczej złożyć na karb niewdzięcznej roli supportu. Zresztą w zasadzie publika tego wieczoru w ogóle dopisała jedynie ilościowo, metalowa brać przybrała raczej postawę „na Niemca”, czyli mniej ruchu a więcej groźnych min, i ruszała się właściwie tylko na Destroyerze i trochę na Watain. Szkoda, bo nic tak nie pobudza krążenia jak niespodziewane ciosy w nery i ocieranie się o zupełnie obcych ludzi. Otargos pod koniec występu zwolnili nieco w bardzo efektownym stylu po czym dojebali jeszcze jednym szybkim numerem i pożegnali się bluźnierczym "merci". Po nich na scenie zaczęła instalować się wyczekiwana przez wielu kolejna gwiazda, czyli Destroyer 666 (wykurwista nazwa, nawiasem mówiąc. Zawsze mi się podobała). Od pierwszych chwil widać było, że to zespół doświadczony i że z niejednej butelki piwo pił. Panowie wpełźli na scenę z zuchwałymi uśmieszkami i na pełnym luzaku zaczęli łoić swój death/thrash/speed metal obficie machając łbami (i brodami), podtrzymując kontakt z publiką, nie pozwalając się nikomu nudzić. Moja znajomość zespołu zaczyna się i kończy na zakupionym okazjonalnie lata temu krążku „Phoenix Rising”, stąd wiem, że na początku poleciał pierwszy numer z tego właśnie krążka, czyli „Rise of the Predator”, który miło było usłyszeć po latach. Później poleciało kilka bardziej klasycznych, 2-beatowych numerów, które świetnie nadają się na koncerty. Największy szał pod sceną rozpętał się tego wieczoru właśnie w tym momencie. Całość psuło tylko niedogadanie frontmana/gitarzysty/wokalisty K.K. Warsluta z reżyserką. Coś było nie tak z odsłuchami i widać było, że Australijczyk był z lekka podkurwiony z tego powodu. Zupełnie zrozumiałe, jak sądzę. Nie po to tłukli się z Australii do Europy, żeby brzmieć jak kicha. W pewnym momencie gitarmen po prawej stronie sceny zabrzmiał bardzo głośno po czym do końca numeru nie było go w ogóle słychać. Niesnaski nie zakłóciły jednak znacząco przebiegu koncertu i panowie dziarsko napierdalali, co im tam w duszach grało, sprezentowawszy mi nawet kolejny bardzo dobry numer z ww. albumu, czyli „I Am the War God”, z genialnym otwierającym riffem. Koncert zakończył się po kolejnych trzech czy czterech numerach po czym rozentuzjazmowany tłum począł skandować „de-stro-jer-de-stro-jer”, jakiś pajac z pierwszych rzędów próbował nawet wcisnąć między pauzy „siksiksiks!”. Dzięki temu zespół pokumał się, że to o nich chodzi i wyszedł z powrotem na scenę. Teraz rozegrała się scenka humorystyczna, bo publika ewidentnie domagała się „Satanic Speed Metal” a Warslut albo nie dosłyszał, albo nie wiem co, i pełnym werwy głosem oznajmił, że teraz zagrają „Lone Wolf Winter” po czym przybrał wyraz twarzy jakby oczekiwał gromkiego aplauzu. Aplauz nie nadszedł. Publice numer się podobał, nastąpiło krótkie pożegnanie i ronione ukradkiem łzy oraz rozlegające się zdania wykrzyknikowe w stylu „Zajebiście, kurwa!” i „Kurwa, zajebiście!”. Zespół zszedł ze sceny niepokonany po sprawnym, parafrazując krasomówców z Revenge, zniszczeniu wszystkich obiektów. W przerwie, która teraz nastąpiła, udałem się do kibla na kupę, nie wiem więc jaki był powód dramatu, który rozgrywał się gdy wróciłem na salę. Dwóch panów sączących piwo na lewo od reżyserki podzieliła najwyraźniej różnica poglądów na jakiś ważki temat, co skończyło się na krótkiej acz intensywnej wymianie ciosów i kilku inwektywach. Na szczęście sprawni ochroniarze, kolejny plus warszawskiej Progresji, w mgnieniu oka spacyfikowali i wyprowadzili agresora, a do ofiary ataku potruchtała niebawem jego koleżanka i otarła spocone czoło namiętnym pocałunkiem, więc masakry nie było. Masakra miała natomiast rozegrać się za parę chwil na scenie, gdzie czarno odziani panowie z napisem „Watain Crew” na plecach poczęli rozstawiać piekielną scenografie z której słynie szwedzkie komando. Black metal różni się od reszty metalu tym, że jak żaden inny gatunek jest grany i słuchany przez szaleńców. Kto choć raz był na koncercie Watain ten wie, o czym mowa. Erik Danielsson, frontman/wokalista/rzecznik zespołu ceni kapele, które prezentują „pełną artystyczną wizję”, z tego, co zdążyłem się pokumać, jest wielbicielem np. Iron Maiden czy Death SS. Ja, i myślę, że nie tylko ja, z tego samego powodu jestem wielbicielem Watain. Jest to jeden z tych synestetycznych zespołów, które pobudzają swoją sztuką wszystkie zmysły, nie tylko słuch. Wizualna oprawa płyt, merchu, koncertów, zapach krwi i żar bijący od rozszalałych płomieni - wszystko to wyróżnia ich z jednolitej, miałkiej papki łudząco podobnych do siebie zespołów powstałych pod koniec lat 90-tych. Niestrudzona Watain Crew (ekipa ma własne uniformy!) szybko i sprawnie rozstawiła na scenie potężne świeczniki przyozdobione kośćmi i świńskimi łbami, wielkie odwrócone krzyże, ołtarz i aparaty pirotechniczne. Nad sceną zaczął unosić się swąd piekielnego ognia i gnijącego mięsa. Wiszący za podestem z perkusją olbrzymi banner lśnił w świetle płomieni (reszta świateł była przytłumiona) a z głośników dobiegały odpowiednie dźwięki. Umiejętnie generowana aura mistycyzmu znakomicie zaostrza apetyt na meritum. Zebrany pod sceną wygłodniały tłum chłonął nieświętą atmosferę i potępieńczymi głosami skandował nazwę, kiedy nagle z ognia wyłonili się członkowie zespołu w ohydnych corpsepaintach, cali w krwi i szatańskich rekwizytach. Koniec pochodu zamykał człowiek, który świadomie i już za życia wybrał wieczne potępienie. Gitarzyści i pałker z chłodną rezerwą zajęli swoje miejsca na scenie, a na front wyszedł Erik Danielsson. Zawsze zdumiewa mnie ten człowiek, który nie przebierając w środkach nakręca koncerty swojego zespołu. W swoim charakterystycznym uniformie i paincie, w naszyjnikach, bransoletkach i pieszczochach, z obłędem w oczach, targany konwulsjami i wykonujący co chwila niekontrolowane gesty wyglądał jak maniak, który jest na ziemi tylko przejazdem. Uważnie obserwowałem cały gig i nie zauważyłem w tym nic sztucznego. Nie rozumiem ludzi, którzy, zgodnie z obowiązującą modą, jebią na Watain. We mnie już samo preludium ich koncertu budzi żywsze i prawdziwsze emocje niż 80% black metalowych gigów. A to tylko jeden z wielu powodów, dla których zasługują co najmniej na szacunek. Misterium rozpoczęło się kapitalnym „Malfeitorem” z najnowszego „Lawless Darkness”. Scena dosłownie eksplodowała, Erik wił się na scenie jak wąż i w ekstatycznym uniesieniu wywrzaskiwał kolejne wersy. O ile reszta zespołu zachowuje się podczas koncertu dość statycznie, o tyle Erik wkłada w śpiew całego siebie. Krzyczy dosłownie całym ciałem. Koncerty Watain pod względem (anty)estetycznym nawiązują bardzo mocno do rytuału okultystycznego. W czasie, gdy nie ma wokalu, Erik wykonuje rytualne gesty, stojąc bądź klęcząc przed wzniesionym na scenie ołtarzem, a podstawione maszyny do sztucznej mgły oplatają go białym wyziewem. Każdemu, kto nie widział jeszcze Watain na żywo, mogę zaręczyć, że ciary chodzą po plecach. Po pierwszym numerze kilka ostrych słów w stronę „owiec w wilczych skórach” po czym atak w postaci „Reaping Death” z genialnie kontrapunktowanymi przez buchające płomienie akcentami i pełen pasji śpiew Erika. Reszta kapeli, jak napisałem, trwa w czasie gigu we względnym bezruchu, ale z perspektywy słuchacza wygląda to bardziej na skupienie niż znudzone odpierdalanie swojego na czterech czy pięciu strunach. Co jakiś czas wykonują gesty w stronę publiki ale wentylem, przez który energia Watain dociera do publiki jest, poza muzyką, scenografia i opętany Erik. Nie pamiętam dokładnie kolejności utworów ale strzelałbym, że kolejny był „Sworn to the Dark”, stały punkt na setliście zespołu, jak zawsze dedykowany „tym, którzy kroczą ścieżką bez powrotu”, a później „Satan's Hunger” z tej samej płyty. I to był najsłabszy moment w całym występie. Nie dlatego, że utwory są słabe, ale dlatego, że nie są specjalnie koncertowe. Zespół gra je w innym celu niż dla uciechy publiki, jak sądzę, i bardzo to szanuję, ale wolałbym np. usłyszeć na żywo „From the Pulpits of Abomination” czy chociażby „Death's Cold Dark” lub „Hymn to Qayin” z ostatniego krążka. Skoro piszę już o mankamentach to chyba powinienem też w tym miejscu wspomnieć, że w tam gdzie stałem brzmienie było dość słabe i poszczególne instrumenty zlewały się w jednolitą ścianę dźwięku. Komuś, kto słyszał numery zespołu pierwszy raz, mogły się wydać dość przeciętne, a szkoda, bo wcale nie są. Potem panowie cofnęli się w czasie do „Casus Luciferi” i odjebali „The Devil's Blood”, jeden z moich osobistych faworytów na całej płycie. Publika jakby zafalowała i na krótki czas rozpętało się piekło, ale w połowie numeru para uleciała. Nie żeby zespół się przejął. Kiedy opadł kurz, dał się słyszeć wilczy skowyt z intra do kolejnego numeru z „Lawless Darkness”, czyli „Wolves' Curse” i zaraz później „Total Funeral”. Przedostatnim zagranym numerem był jeden z najsławniejszych utworów Watain, czyli wypełniony po brzegi elektryzującymi riffami „On Horns Impaled” z debiutu, dema i EP-ki. Finalnym elementem gigu a zarazem jego punktem kulminacyjnym był obłędny „Stellarvore” ze wzmacniającymi akcenty epickiego refrenu samplami. Kawałek mroczny jak bezgwiezdna noc, pod koniec którego Erik podszedł do ołtarza, uniósł wysoko baranią czaszkę i kilkoma tajemniczymi słowami zakończył ceremonię. Zespół zszedł ze sceny ale wytrwałe skandowanie nazwy skłoniło ich do powrotu i zagrania na pożegnanie „Sacrifice” Bathory. I to był koniec. Watain mają taki zwyczaj, że kiedy skończą koncert, ekipa czeka parę minut i dopiero wtedy zajmuje się składaniem scenografii. Dzięki temu można jeszcze przez parę chwil cieszyć oczy dogorywającymi płomieniami na ustawionych na scenie trójzębach, chłonąć dziwny ambient płynący z głośników i tym samym godnie zakończyć uczestnictwo w całym misterium. To jeden z tych niby małych detali, które czynią występ Watain czymś tak specjalnym. Ich koncerty to czysta magia, dużo więcej niż standardowe i mocno już oklepane w 2010 roku black metalowe bluźnierstwo. Jestem wielkim fanem norweskiego Mayhem ale wiem, że w ich wykonaniu świńskie łby itp. rzeczy nie są bramką gdzieś dalej, a tylko standardowym rekwizytem koncertowym. Nie chcę tu oczywiście porównywać obu zespołów, a tylko zaznaczyć, że wszystko co robi Watain wydaje się być wypełnione po brzegi pod względem semantycznym. Nic nie jest przypadkowe, wszystko ma uzasadnienie. Poszczególnych elementów składających się na show Watain członkowie zespołu nie kompilują w sposób przypadkowy. To dlatego ich gigi budzą takie emocje. Polecam ich występ każdemu, kto siedzi w metalu od lat i każdemu, kto nie miał z nim styczności w ogóle, polecam je niezależnie od preferencji muzycznych i wyznaniowych. Jest to coś niepowtarzalnego i niespotykanego nigdzie indziej. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że nawet z bogami takimi jak Morbid Angel, Hellhammer czy rzeczone Mayhem w tle, mamy przez ostatnie parę lat, i będziemy mieć jeszcze przez parę następnych, do czynienia z zespołem, jakiego jeszcze w metalu nie było. Ciężko mi było w drodze powrotnej do domu odessać się od słuchawek z „Lawless Darkness”. Słucha mi się teraz tej płyty nieco inaczej. Jakby pełniej.

RELACJA: -Oz-, ShiroRoom; Ucho, Gdynia [18.01.2011]

18 stycznia 2011 w gdyńskim Uchu miał miejsce koncert japońskiej grupy -Oz-. Każdego, komu nasunęło się w tej chwili skojarzenie z nieprzebranymi masami zespołów składających się z androgynicznych Azjatów, którzy powiewają na scenie czarnymi falbanami, we włosy mają wpięte kokardy, twarze skrywają pod gotyckim makijażem i są słuchani przez rzesze rozkochanych w Pokemonach dziewczynek, informuję, że mniej więcej trafił, ale i tak zachęcam do przeczytania reszty. J-rock to muzyka słuchana w Polsce przez wąskie grono odbiorców i odnoszę wrażenie, głównie do któregoś tam -nastego roku życia. Visual kei nie ma zresztą szans przyjąć się u nas szerzej z powodu sztywniejszych niż w Azji ram ograniczających europejską mentalność w kwestii płci i płciowości oraz większą skłonność Europejczyków do nazywania tego czy tamtego "pedalskim" i "gejowskim", łącznie z zespołami w stylu -Oz-, gdzie bardzo ciężko jest z całą pewnością stwierdzić, czy odziany w lateksową marynarkę basista to przypadkiem nie basistka, a okutana od stóp do głów w pajęczynopodobną koronkę wokalistka to przypadkiem nie wokalista. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, ale każdy, kto skreśli tę muzykę z powodu wymienionych wyżej kulturowych ram (twierdząc jednocześnie, że „sex, drugs & rock n' roll!”), bardzo wiele w moim mniemaniu traci, bo mnie koncert -Oz- zwyczajnie i po prostu rozwalił na łopatki. Zanim gwiazda wieczoru zainstalowała się na scenie, miał miejsce występ przedstawiciela mikroskopijnej, jak sądzę, sceny visual kei w Polsce. Kapela nazywa się ShiroRoom. Panowie zaprezentowali się nie najgorzej, ale i nie najlepiej. Charakterystyczne dla gatunku mieszanie growlingu z czystymi wokalami i falsetem potrafiło mile zaskoczyć, zwłaszcza całkiem przekonujący growl, natomiast wysokie tony momentami brzmiały śmiesznie. Muzycznie rockowo, szybkie i średnie tempa, przywodzące na myśl gigantów z X-Japan, ciężkie, nawet chwytliwe riffy plus, rzecz jasna, cały visualowy sztafaż, a więc rozczochrane grzywy, gotycki ubiór i charakterystyczne ruchy sceniczne (np. wykręcanie żarówek czy dojenie krowy, komuś się to może podoba, ja nie wiem, nie znam, nie chcę mieć w domu). O ile sama muzyka wymaga może kilku szlifów, o tyle trzeba chłopakom oddać, że wkładają w nią całe serce i latają po scenie, jak kamikaze nad Pearl Harbor. Wokalista skakał, biegał, gadał, jak mógł nawiązywał kontakt z publiką, którą udało się na dwa-trzy ostatnie numery całkiem-całkiem rozruszać. Gitarzyści ruszali się do muzyki na tyle, na ile pozwalały im kable, ale widać było, że jakby mogli, to rozwaliliby Ucho na kawałki. Bardzo fajnie ogląda się taki gig, niezależnie od preferencji muzycznych, bo każdy zespół, nawet najbardziej nieporadny, który gra z takim jajem, jak ShiroRoom, automatycznie zyskuje mój szacunek. Chłopaki zgrabnie odegrali swoje numery, po czym wśród owacji, pisków i wrzasków zeszli ze sceny jako zwycięzcy. Z polskich młodszych zespołów bardziej pod względem zachowania na scenie (jak również poza nią) zaskoczył mnie in plus bardziej tylko warszawski Checkpoint, choć muzycznie to zupełnie inna bajka. Po zwolnieniu sceny techniczni rozpoczęli przygotowania do koncertu gwiazdy wieczoru, a tym czasem na scenę wyszedł człowiek, który poprosił po angielsku o nierobienie zdjęć i niekręcenie filmików, ponieważ zespół sobie tego nie życzy. Nie do końca rozumiem ten dziwny zwyczaj, że nie wolno fotografować kapel z Japonii. Na mój chłopski taka forma promocji akurat kapeli nie szkodzi, choć może faktycznie jest jakiś sens w próbach zahamowania potoku gównianej jakości filmików z koncertów, które pojawiają się codziennie na YouTube. Nie spodziewałem się jednak, że strona japońska tak poważnie podejdzie do zakazu, bo zaraz na początku koncertu z pierwszych rzędów wychynęły do góry szczupłe rączki jakiejś fanki, które dzierżyły włączony aparat i już miały zrobić zdjęcie, gdy nagle z mroku wyskoczył okutany w arafatkę japoński ninja, który jednym zwiewnym ruchem pozbawił dziewczynę urządzenia i zniknął. Całość trwała dosłownie moment. Brawa za konsekwencję, sajonara. Koncert rozpoczął się przygaszeniem świateł i uroczystym wejściem kolejno na scenę członków zespołu. Trzeba przyznać, że -Oz- image mają dopracowany do perfekcji. Stroje nie budziły skojarzeń z ubogimi, nowojorskimi drag queens, odtańcowującymi swoje smęty za garść dolarów, a stanowiły raczej ciekawe dopełnienie ogólnego konceptu zespołu. Całość wyglądała całkiem mrocznie, gotycko, można by rzec, gdyby nie pewna intrygująca obcość -Oz- w porównaniu z klimatem na przykład Closterkellera czy innego Moonlight. Wśród owacji pojawił się na scenie charyzmatyczny wokalista Natsuki, i tak jak wszedł, tak publika uwielbiała go do samego końca. Za nim zblazowany pałker, który szybkim solo, brzmiącym jak soczyste „kurwa mać!”, zapowiedział nadchodzące szaleństwo. Potem na scenie zainstalowali się gitarzyści, a z głośników poleciało klimatyczne intro, kontrapunktowane przez członków zespołu i zebraną pod sceną publikę zapalaniem i gaszeniem wzniesionych w powietrze zapalniczek. Może i brzmi to trywialnie, jak się o tym czyta, ale na koncercie, w półmroku, wyglądało to zajebiście i momentalnie łączyło zespół z widownią w jedną społeczność, nawet jeśli tylko na czas koncertu. Nie dysponuję niestety setlistą, a tragiczny engrish Natsukiego nie pomógł laikowi w ustaleniu, co za kawałek teraz poleci, ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że cokolwiek leciało, było zajebiste i emanowało zwierzęcą wręcz, atawistyczną energią, którą musieli niegdyś czuć samuraje, gdy wrazili przeciwnikowi katanę prosto w przesączone sake trzewia. (Tak się złożyło, że od momentu koncertu słucham zespołu bez dłuższych przerw, znam dość dobrze całą, obfitującą w EP-ki i mini, dyskografię i zdołałem nawet sprowadzić sobie prościutko z Kraju Kwitnącej Wiśni ich pierwszy longplay "Versus", więc pamiętam - a piszę te słowa w roku 2014 - jeszcze co nieco z gigu i taki "Pressed Flower" i "Bitter/Sweet" poleciał na pewno. - dop. Tromm) Nie wiem, czy nie dałem się przypadkiem ponieść specyficznej atmosferze gigu, ale mogę przysiąc, że dosłownie każdy jeden numer wbijał w ziemię. Chłopaki zaprezentowali niby prosty i toporny j-rock, ale okrasili go tak fajowymi przejściami i nietypowym riffingiem, że muzyka po prostu omijała uszy i trafiała prosto do serca. Kapela ma stosunkowo młody staż, ale słychać było pełen profesjonalizm zarówno z muzyce, jak i wizerunku scenicznym. Numer po numerze wprawiali kilkudziesięcioosobową publikę w czysty rockowy berserk, riffy rżnęły powietrze jak żyletki, a skoordynowane pogowanie muzyków, charakterystyczne dla japońskich kapel plucie wodą i cała masa osobliwych ruchów i gestów powodowała, że scena dosłownie eksplodowała za każdym uderzeniem w talerz czy strunę. Ciekawym akcentem były dwie prześliczne japońskie dziewoje, które - uwaga! - przyleciały podobno aż z Japonii, żeby zobaczyć w Polsce koncert -Oz-, a które najwidoczniej wypracowały w trakcie niezliczonych gigów swoją własną choreografię, prezentując ją to w tej, to w innej części klubu. Kojarzyło się to trochę z psychodelicznymi klimatami "The Ring", "Dark Water" i innych azjatyckich horrorów i nie wiem, czy panny dogadały się z zespołem, czy to ich inwencja własna, ale dodało to całemu koncertowi pewnego specyficznego smaczku. Podejrzewam, że każdy prawdziwy macho, który dotąd jedynie machnąłby ręką na zespół pokroju OZ, musiałby zmienić zdanie po zobaczeniu i usłyszeniu tego, co działo się w Uchu. Zespół zabrzmiał bardzo ciężko, a metalowa publika mogłaby się sporo nauczyć od zebranych na sali szczeniar, które zgotowały swoim idolom bardzo gorące przyjęcie i nie przestawały szaleć nawet na moment, do samych bisów. Jeśli odpalicie sobie na YouTube kawałki „Zenith” i może „Detox”, których nie zabrakło tego wieczora, to zorientujecie się mniej więcej, jaka muzyka leciała na koncercie. OZ prezentowali kiedyś odmianę visual kei nazywaną Nagoya kei, która jest ciut mroczniejsza od reszty odłamów, po czym odpłynęli nieco w klimaty a'la X-Japan. Na koncercie dało się więc słyszeć eklektyczną mieszankę wściekłego rockowego grania jak i melodyjnych wstawek przywodzących na myśl gitarę nieodżałowanego Hide z wyżej wymienionego zespołu, który kładł w latach 80-tych podwaliny pod gatunek. Koncert trwał dosyć długo i obfitował w ciekawe wydarzenia typu słanianie się otumanionych głośnością i brakiem tlenu fanek, które odchodziły na moment na bok, żeby po chwili ponownie rzucić się w morze falbanek, koronek, pasków, kropek, nastroszonych włosów, pieszczoch, agrafek, rękawiczek i potu, czy na przykład efektowny stagediving Natsukiego i masa przeróżnych podjudzanek wykonywanych w stronę widowni przez gitarzystów, łącznie z celowaniem z gitary jak z pepeszy i tradycyjnym can't-hear-you. Ciekawym akcentem było specyficzne, powtarzane regularnie przez pałkera solo perkusyjne, które dzieliło cały występ na kilka części, a które z lekko zmienioną końcówką zwieńczyło cały koncert. Niby takie proste, a jakie efektowne. Podsumowując, fanki i (w mniejszej liczbie) fani, którzy podobno czekali pod Uchem od samego rana, żeby tylko zobaczyć gig, były i byli wniebowzięci. Ja, dwudziestoparoletni dziad, byłem może nieco mniej wniebowzięty, ale zajebiście mi się podobało. Muzyka absolutnie broni się na koncertach, może nawet wypada lepiej, niż na płytach. Obydwie kapele, zagrały z jajcem i z sercem i jeśli chodzi o mnie - tamtego wieczora niczego więcej nie trzeba mi już było. Kto nie był, niech żałuje, się działo.

RECENZJA: Death Orbit "Orbiting Death" [USA 2014]

Świeżość do kwadratu, po pierwsze dlatego, że Death Orbit to świeża krew - ich jeszcze ciepłe demo wyszło bowiem w czerwcu tego roku - a po drugie, muzyka na nim zawarta, inspirowany starą Norwegią black metal, brzmi świeżo jak cholera, mimo ewidentnych wzorców. Na dwudziestominutowej płytce znajdziemy pięć utworów, na przestrzeni których gęsto zacinają kostkowane riffy i dźga w błony bębęnkowe klasyczny black metalowy skrzek. Zespół kombinuje na tyle, by było na czym zawiesić ucho, ale nie przesadza z komplikowaniem prostej czarnej materii i nie popada w skrajności typu Nachtmystium czy Borknagar. Powiedziałbym, że gdyby ten materiał wyszedł nie w 2014, a w 1994, na koszulkach w rozmiarze S młodych fascynatów TNBM obok logówek Mayhem i Burzum mogłoby w nie mniejszej ilości znaleźć się logo Death Orbit. Taki black metal zawsze znajdzie u mnie poparcie i aprobatę - z jednej strony wściekły i punktowy, z drugiej przemyślany i pozbawiony dłużyzn. Jak na demo przystało, jest syfizna i bród, ale nie ma bzyczenia komarów i zniekształceń, które musimy znosić, gdy jakiś nowo powstały band ma się za Kolumbów nagrywania, bo ktoś przyniósł na próbę aparat cyfrowy. Gary łomocą korzennie, a od generowanego przez gitary chłodu wieszają się sople na parapecie i łupie w kościach reumatyczny spazm. Muzyka jest zbalansowana i różnorodna, zespół bez skrępowania macza kulasy w przynajmniej kilku nurtach rozlanej po świecie czarnej trucizny: zaczynając od umpaumpującego wykurwu w klimacie Venom, by za chwilę zasunąć triolową szarpaniną żywcem (martwcem?) wyjętą z "Transilvanian Hunger". Utwory trzymają się kupy i gwarantuję, że przynajmniej kilka razy przycisk "Play" przyciągnie jak magnes wasz palec wskazujący. Zespół rozprowadza demo przez swój profil na Bandcampie. Czasy się zmieniły, ale, nie ukrywajmy, plus jest taki, że muzyka jest łatwiej dostępna, zasilenie kiesy zespołu prostsze, a i tak do Death Orbit dotrą tylko ci, co mają dotrzeć. Zalecam wysupłanie kilku groszy, by zmotywować chłopaków do dalszego napieprzania, kto wie, czy przy słuchaniu kolejnego wydawnictwa nie wyskoczycie z bamboszy pod sam sufit? Btw, kozacka okładka. Parafrazując pewnego osiedlowego wieszcza: "nie wiem, czy cię za to ucałować, czy strzelić w pysk".

piątek, 1 sierpnia 2014

RECENZJA: Tørsö "Community Psychosis" [USA 2014]

Bez blagi powiadam, że nie ma lepszej podziemnej imprezy w Polsce, niż gdyński D.I.Y Festiwal! Co roku rozwala mnie dobór bandów, rozstrzał gatunkowy, ogólny klimat imprezy i zdjęcia genialnej pani fotograf z klubu Ucho, gdzie niezmiennie od lat festiwal ma swoje miejsce, stanowiąc przez te parę dni centrum i epicentrum muzycznej agresji, wyrwę w nijakiej materii tego smutnego jak pizda kraju. Tegoroczną edycję D.I.Y. należy zaliczyć do udanych z wielu powodów, ale być może najważniejszym z nich jest dla mnie ten, że było mi dane zapoznać się z zajebistym bandem ze Stanów, do którego inaczej zapewne nigdy bym się nie dokopał, a mowa o crust-punkowcach z Tørsö. Nawiasem mówiąc, już za sprowadzenie zespołu ze Stanów czy Australii powinienem bić pokłony w stronę organizatorów. Genialna inicjatywa i stuprocentowa skuteczność! ALE - miało być o muzyce, do muzyki zatem zaraz przejdziemy (chociaż pean na cześć D.I.Y. wyćwierkać trza było i basta). Tørsö rozpoczęli swoją listę wydawniczą od EP zatytułowanej "Community Psychosis". Mały kawałek winyla, niepozorny okrągły krążek z prostym jak konstrukcja cepa logiem, a jaki niemiłosierny rozpierdol! Cieszą mnie niezmiernie takie wydawnictwa, jak panią na polskim cieszyło, że nie podnosiłem ręki, a znałem odpowiedź na pytanie o Asnyka. Niereklamowane szeroko w mediach, nie recenzowane chyba nigdzie, a kapela ni z gruchy, ni z pietruchy instaluje się na scenie i rozpieprza klub w drobny mak. Tørsö to zespół, który znakomicie prezentuje się na żywo, głównie za sprawą uwijającego się jak homar w garze z wrzątkiem perkusisty i ortodoksyjnej, nie golącej się pod pachami wokalistce, której wściekłe wrzaski, piski, pocharkiwania i zawołania generują lwią część atmosfery tego świetnego bandu. Kobitka drobna, niepozorna, kompaktowa, rzec by się chciało, a drze się do tego Diabłu ducha winnego mikrofonu jak banshee przed okresem, przyprawiając urządzenie o trwałe uszkodzenie słuchu i syndrom sierocy. O crust-punkowej nawałnicy generowanej przez kalifornijski kolektyw pisać trzeba krótko i dosadnie, nie ma bowiem właściwie o czym pisać, ale trzeba posłuchać. Niby jest pełno kapel, które bez kombinowania łoją, co im struny na palce przyniosą, ale zdarzają się mimo to sytuacje, kiedy z głośnika ląduje nam na pysku tak punktowy cios, że człowiek automatycznie zrywa się do lodówki po plaster mięsa pierwszego gatunku. Takim właśnie materiałem jest "Community Psychosis". Wiadomo, że stuff z Kalifornii dostać niełatwo, jeśli więc kto ma ochotę, niechaj szuka w necie i przynajmniej da znać kapeli jednym z dostępnych kanałów informacyjnych, że się podoba komuś na drugim końcu świata. Tørsö, panie i panowie!

RECENZJA: Afgrund "The Age of Dumb" [SWE 2012]

Przeczytałem gdzieś w necie, że "The Age of Dumb" szwedzkiego Afgrund to płyta, która na nowo zdefiniowała grindcore. Zwykle staram się podchodzić z rezerwą do podobnych stwierdzeń i nie ufać nikomu, kto zwie albo siebie, albo kogoś głosem pokolenia, bo wiadomo, jaką kichą kończą się przeważnie podobne przechwałki. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by "Wiek kretynów" redefiniował grindcore bardziej, niż chociażby nasi rodacy z Antigamy, na ten przykład, ale cóż z tego, że nie redefiniuje, kiedy płyta i tak rozwala łeb? Jeśli przyjdzie mi kiedyś ochota na redefinicję grindu, dam głębokiego nura w net i prędzej czy później może coś znajdę (a najlepiej by było, gdybym znalazł po prostu jakiś dobry grind po drodze, wszak nie liczy się cel, liczy się podróż), ale póki co w temacie grindu ograniczam się tylko do Afgrund, recenzowany album okazał się bowiem na tyle ciekawy, że na jednym przesłuchaniu poprzestać nie sposób. Jest pełno dobrego grindu, jeszcze więcej słabego - prostackiego, bez polotu, nudnego jak wyprute z trzewi zardzewiałym tasakiem flaki z olejem - a tego genialnego jest już najmniej (ta proporcja odnosi się chyba do każdej muzyki). Gdybym miał umiejscowić Szwedów w którejś z tych kategorii, śmiało umiejscowiłbym pomiędzy dobrym a genialnym. Panowie nagrali płytę, gdzie nietrudno o blastbeatowe nawałnice, stanowiące trzon tej muzyki, z tym że pełno też tutaj frapujących łamańców i smacznej kombinatoryki, które współgrają z napierdalaniem, jak sos pomidorowy współgra z makaronem. Makaron na sucho - niedobry, sos na sucho - chujowy, ale jak się połączy w dobrych proporcjach jedno z drugim - palce lizać. Afgrund rżnie grindowe standardy na potęgę, ale okrasza je mnóstwem ciekawych patentów, dzięki którym płyta nie znudzi się szybko nawet wymagającym słuchaczom. Gdybym miał się przyczepiać, przyczepiłbym się do prędkości; wolałbym jednak, żeby panowie napieprzali w 2014 roku nieco szybciej, nie wiem czy dlatego, że rozpuścił mnie Rotten Sound, Origin (którego nie lubię za wszystko poza szybkością właśnie) czy bodaj jedna niezła płyta nudnego skądinąd Fleshgod Apocalypse, czy może taka już ze mnie po prostu kapryśna księżniczka, ale warto pamiętać też o tym, że spowolnienie tempa skutkuje czasem dosadniejszym wybrzmieniem riffów, więc nawet tego elementu muzyki Afgrund nie sposób w sumie poczytać im za mankament. "Czas idiotów" to niebywale interesujący materiał, zbalansowany, a przy tym dziki i bezwzględny jak oddział ukraińskich separatystów. Słuchać w ciemno, a najlepiej kupić. Z niewysłowioną radością zobaczyłbym Szwedów na następnym D.I.Y Festiwalu w gdyńskim Uchu. Szwecja w końcu zaraz za miedzą, Stena Line pływa... Kto wie, kto wie?