sobota, 20 września 2014

WYWIAD: WORSEN [20.09.2014]

Osiągnięć Burzum na black metalowej niwie przecenić nie sposób i kto się gatunku tyka, ten zaraz na Burzum natrafia, jest to bowiem jeden z filarów black metalu i czy się lubi, czy nie lubi – znać trzeba i basta. Ale, jakby tak pomyśleć, Vikernes swoją działalnością wyrządził też gatunkowi wiele krzywd. Tę najoczywistszą – zamienienie twarzy Euronymousa w gulasz – w tym miejscu pominę i rozwodzić się nad nią nie będę, przejdę natomiast do dwóch kolejnych: przekonanie co poniektórych tłuków, że nic nie wyniesie ich chujowych albumików na wyżyny szybciej, niż ambientowe intro i outro, oraz namnożenie się tak zwanych one-man-bandów, zespołów jednego muzyka, częstokroć nie przedstawiających sobą nic więcej, niż skrajną chujowiznę. Jak to jednak w życiu bywa, w każdej baryłce dziegciu znajdzie się i łyżka miodu – są bowiem projekty nie tworzone przez niedorozwojów, są kapele, gdzie ograniczona liczba muzyków nie przekłada się ujemnie na jakość. Kto nie wierzy, niech znajdzie i odsłucha „Blood” tajemniczego Amerykanina z Worsen, a potem zapozna się z tym, co wycedził w odpowiedzi na moją uniżoną prośbę.

Wymień, kurwa twoja mać, pięć najlepszych w twoim mniemaniu albumów metalowych wszech czasów.
Moja lista faworytów zmienia się z czasem i nie wszystkie pozycje są stałe. Jest jednak kilka albumów, do których zawsze – nie ma chuja we wsi - wrócę prędzej czy później: „Blood Fire Death” Bathory, „Ride the Lightning” Metalliki, „Pentastar: In the Style of Demons” Earth, „Hvis Lyset Tar Oss” Burzum i „Monotheist” Celtic Frost.

Z jakiego powodu Worsen jest one-man-bandem? Nie jesteś w stanie dogadać się z innymi muzykami czy po prostu chcesz robić wszystko od początku do końca wedle własnego widzimisię? Czy jeden jedyny muzyk to na pewno najlepsze rozwiązanie dla Worsen?
Worsen jest projektem jednoosobowym, bo chcę robić wszystko po swojemu. Gram też w kilku innych zespołach, z innymi ludźmi, ale jest to zamknięty i niespecjalnie liczny kolektyw, poza który w obrębie tychże zespołów nie wychodzimy. Granie z ludźmi jest w porządku, ale jeśli chodzi o Worsen, to komponowanie muzyki i pisanie tekstów, tworzenie riffów i spinanie ich ze sobą w aranżacjach, odbywa się zupełnie inaczej, niż kiedy pisze się numery wspólnymi siłami na próbach. Powiedziałbym, że Worsen to coś wyłącznie mojego, coś bardziej osobistego, niż po prostu zespół.

Kiedy i w jakich cyrkumstancjach rozpoczęła się twoja przygoda z metalem? Czego słuchasz poza hałasem i czy wpływa to na to, co słyszymy pod szyldem Worsen?
Pierwsze metalowe albumy pokazał mi jeden z moich starszych braci, gdy miałem osiem lat, a było to we wczesnych latach 90-tych. Rozwaliły mnie wówczas takie petardy jak „...And Justice for All” Metalliki i „Far Beyond Driven” Pantery. Wrażenie było tak wielkie, że jeszcze w tym samym roku wziąłem się za gitarę. Pewnie, że słucham też niemetalowej muzyki, ale stwierdzenie, że ma ona wpływ na to, co robię w Worsen, byłoby chyba przesadą. Katuję się mroczniejszą elektroniką w klimacie Love Is Colder Than Death, mam tu na myśli zwłaszcza płytę „Mental Traveller”. A w tej chwili najmilej smyra mnie po ziarnach amerykański band True Widow.

Infernus z Gorgoroth powiedział niegdyś, że w ogóle nie obchodzi go black metal i że praktycznie od dwudziestu lat nie słucha niczego poza Possessed. Podobny pogląd wyraził swego czasu Fenriz z Darkthrone, który – jak powszechnie wiadomo – skakał ładnych kilka lat po około pięćdziesięciu gatunkach muzycznych i również nie poświęcał black metalowi za wiele uwagi. Takie podejście do tematu kontruje Stormblast, perkusista polskiego Infernal War, który obstaje za tym, że nie da się grać black metalu nie słuchając black metalu, nie oddychając black metalową magią. A co ty o tym myślisz? Czy da się siedzieć w black metalu, nie słuchając niczego poza własną muzyką?
Można tak i tak, reguły, jak sądzę, nie ma i wszystko zależy od danej osoby. Po zastanowieniu stwierdzam, że cokolwiek ma na ciebie wpływ, odbije się w mniejszym bądź większym stopniu w tworzonej przez ciebie muzyce. Nie ma takich kozaków, którzy byliby oryginalni w stu procentach. Może to dlatego nastąpiło w ostatnich latach tak znaczne rozdrobnienie gatunków na podgatunki i podpodgatunki, które znajduje swoją kulminację na naszych oczach.

Natknąłem się na świetny zespół taki jak Worsen za sprawą wynalazku zwanego Bandcampem, bez którego możliwe, że nigdy bym o nim nie usłyszał. Moje pytanie do ciebie jako twórcy: czy Bandcamp nie jest aby „zdrowszą” alternatywą dla martwego od dawna MySpace'a i święcącego niezmiennie od lat tryumfy YouTube'a? Czy nie jest to w gruncie rzeczy „godny” sposób dla black metalowych zespołów na rozprzestrzenianie muzyki bez tytłania glanów w błotach mainstreamu? A może twoim zdaniem korzystanie z tego typu wynalazków jest w myśl black metalowego etosu nie mniej poniżające?
Te glany, o których mówisz, i tak siedzą po cholewy w błotach gatunku, którym się paramy. Lśniące feerią neonów internetowe bulwary mainstreamu są przestrzenią, po której i my poruszamy się ze swobodą, ciągnąc za sobą nasz smród i syf, błocąc je i plugawiąc z każdym czynionym w znoju krokiem. To my jesteśmy wykolejeńcami; kto wie, czy nasze plugastwo aż tak różni się od plugastwa mainstreamowców?

Jaki sposób wykorzystania internetu w celach promocyjnych jest twoim zdaniem nie do zaakceptowania w przypadku zespołu black metalowego? Nie uważasz, że sprzedaż zegarków na rękę z logiem kapeli (charrk-ekhu-Dark Funeral!-ekhu-pffft...) to lekkie przegięcie pały?
Nie wydaje mi się, by można było używać neta w celach promocyjnych w sposób „nie do zaakceptowania”. Wszystko, co pomaga sięgnąć muzyką dalej, niż można by to zrobić normalnymi kanałami, jest dobre, aczkolwiek faktem jest, że od kiedy promocja w internecie stała się szeroko dostępna i okazała prosta jak konstrukcja cepa, obserwuje się pewną degenerację tego gatunku. W zalewie gównianych kapelek coraz ciężej znaleźć to, czego naprawdę się szuka. Da się niestety zauważyć pewne rozwiązania stosowane przez niektórych w sferze merchandise'u – jak chociażby te zegarki, o których napomknąłeś – które wołają o pomstę do piekła.

Gdzie dokładnie w Stanach mieszkach i jak ci się tam żyje?
Mieszkam w Karolinie Północnej. A w życiu piękne są tylko chwile.

Ponieważ nie sposób dokopać się w sieci do liryków Worsen, opowiedz, o czym właściwie traktują.
Teksty do albumu „Blood” dotyczą moich obserwacji tego, co ma miejsce na planecie, na której wszyscy żyjemy.

Czy „Blood” wyszedł w formie fizycznej? Jeśli nie – czy kiedyś wyjdzie? Sądzisz, że kiełkujący jeszcze, acz szybko rozwijający się proceder kupowania muzyki w formie elektronicznej wyprze w końcu nośniki fizyczne i doprowadzi do upadku płyt CD i winylowych?
„Blood” wyjdzie na dwunastocalowym winylu w przeciągu kilku tygodni nakładem wytwórni Atrum Cultus. Nie ma takiej możliwości, by zakup muzyki w formatach elektronicznych wyparł płyty, a już zwłaszcza winylowe.

Grywasz koncerty? Jeśli tak – jak odbierana jest twoja muzyka ze sceny? Jeśli nie – czemu? Zgodzisz się ze mną, że koncerty czynią black metal czymś przyziemnym i zwyczajnym, odzierają muzykę z głębi i tamują napływ emocji, którego doświadcza słuchacz w warunkach sterylnych? A może da się łoić black metal na żywo tak, by wszystko grało i buczało?
Worsen nie gra koncertów. (Zniszczyć. Wszystkie. Obiekty. - dop. Tromm)

Gdybyś mógł zabić jedną konkretną osobę na Ziemi bez ponoszenia najmniejszych konsekwencji – kogo byś posłał do diabła i dlaczego?
Nancy Grace. Sądzę, że są tysiące ludzi, którzy by się ze mną zgodzili w tej kwestii... Ktoś powinien zamknąć ryj tej medialnej kurwie.

Nie sądzisz, że nic tak nie ośmiesza black metalu, jak pozowanie muzyków na prawdziwych i ponurych? Gdzież, ach, gdzież leży granica pomiędzy wizerunkiem a prawdą o black metalowcach?
„Pozowanie” na kogokolwiek jest destrukcyjne dla każdej formy sztuki.

Czym się zajmujesz prywatnie? Żony, dzieciaki, robota?
Sypiam, srywam i rucham pod tym samym słońcem, co wszyscy.

To tyle, jeśli o mnie chodzi. Rzygnij cuś na koniec.
Rzyg.