czwartek, 26 marca 2015

SPOIWO "Salute Solitude" [PL 2015]

Trójmiejski post-rockowy kolektyw Spoiwo niczym wytrawny kochanek, niczym boski żigolo biegły i wprawny w ars amandi, długo i umiejętnie kreował atmosferę oczekiwania, konsekwentnie podsycał żarzące się płomyki podniecenia, by nagle i nieoczekiwanie, bodaj po kilku ładnych latach od zebrania metodą crowdfundingu funduszy i ogłoszenia gromkich deklaracji, uderzyć ostatecznie z debiutancką EP-ką z ewidentną intencją spełnienia oczekiwań i nadziei doprowadzonych do wrzenia melomanów. Czy gra wstępna okazała się jedynie niespełnioną obietnicą, tak gorzką na językach porzuconych miłości, czy też jawić się będzie jako słodkie preludium do bombastycznego apogeum pośród przepoconych pościeli i migoczących świec? Sprawdźmy. Po wciśnięciu "Play" z głośników unosi się mgła, która niepostrzeżenie oplata słuchacza gęstniejącym z sekundy na sekundę całunem "Disembrace", przedostaje się uszami do mózgu, z niebiańską delikatnością ale i zdecydowaniem odrywa świadomość od ciała, wydobywa ducha z doczesnej skorupy, pozwalając mu opuścić świat ciała jak niesiona odpływem łódź opuszcza bezpieczną przystań. Zza chmur dobiegają nas po chwili potężne tony kołujących nad głową rozgwieżdżonych otchłani galaktyk i akurat w ułamku sekundy, gdy jest nam dane ogarnąć rozwartymi szeroko oczami cały ich majestat i splendor, przez rozrzedzające się cumulusy mgławic i jednostajny łomot kwazarów dociera do naszych uszu klawiszowy akord jak słodka obietnica najdalszych podróży i największych przygód, a następnie uderza z całą biblijną potęgą kanonada perkusji, katapultując nas prosto w paszczę przedwiecznej ciemność, gdzie na wznoszonym przez bębny, sięgającej nieba iglicy rozwija się i powiewa przepastny sztandar "Skin", sunąc po rozciągających się wokół przestworach jak mityczny zdobywca o orlich oczach i rozwianych na wietrze pożogi skrwawionych puklach. Wtem nieboskłon gaśnie, pożoga niknie, a z gruzów upadłego imperium unosi się urywany szloch "Yos", jak żałobny lament nad duszami poległych, kontrapunktowany zimną jak podbiegunowa noc pojedynczą, rozjęczaną, płaczliwą nutą. Wkrótce w sukurs przychodzi jej subtelny rytm, jak bezinteresowny pocieszyciel, który unosi żałobniczkę z kolan i rusza z nią pod rękę rozpostartą u swych stóp drogą, ponad którą okręcają się w gwieździstych przestworzach zastygłe w baletowych figurach potrzaskane gmachy. Pielgrzymi przyspieszają kroku i wkrótce, otarłszy łzy, biegną już na spotkanie temu, co rozbłyska w oddali, u kresu drogi, jak kolejna z miriad łyskających gwiazd, raptem jednak dźwięk kroków milknie, a oczom pielgrzymów ukazuje się płynąca poprzez sargassowe morze martwego imperium rycząca, monumentalna kometa. Zaparty w piersi dech wydobywa się w końcu z ich gardeł, a gargantuiczny meteor obmywają czerwone jęzory płomieni, gdy spala się w atmosferze i zasiewa niebiosa deszczem spadających gwiazd. A kiedy gaśnie ostatnia z nich, pierwszym promykiem wstającego dnia wita nas rozmarzony "No Kingdom", szumiący złocącymi się łanami zbóż, które widzimy w pierwszych scenach "Interstellar" Christophera Nolana i gdzieś w majakach "Gladiatora" Ridleya Scotta. Kolejne przestrzenne nuty rozlewają się ciepłem po zwróconej ciału duszy, ostatecznie żegnając noc i rozpraszając zaległe w kątach niczym kurz ostatki mroku, jak pokój po długiej wojnie, z której wracają do domu ci, którzy przetrwali, nucąc na polnych drogach melodię z „Call Me Home”. Rozentuzjazmowane klawisze i struny witają się na szlaku z narastającą perkusją, rozwierając przed nami charakterystyczną post-rockową ścianę dźwięku, przechodzącą następnie w subtelny, wyciszający puls, który kołysze nas czule do snu niczym stęskniona matka w niezdobytej twierdzy rodzinnego domostwa. We śnie błądzą do naszych uszu pierwsze klawiszowe muśnięcia "Flare", w tle zakreślają parabole zbłąkane komety i po raz kolejny opływa nas kojący chłód sierpniowej nocy. Rozproszone z początku strumyki dźwięku zlewają się powoli w jeden rwący potok, który łamie się rytmicznym wodospadem, a wyszumiawszy się i uspokoiwszy, przemienia w wieńczące płytę postludium "Years of Silence", ostatni wielki zryw, ostateczne uderzenie, katastrofalne crescendo i apokaliptyczne arpeggio splątanych, potężniejących tonów jak nadejście apokalipsy, gdzie w huku i szaleństwie kończy się przygięty do ziemi ciężarem lat eon i ginie, dając początek nowemu. Na który, mam nadzieję, nie przyjdzie nam długo czekać, ponieważ pomimo tego, iż "Salute Solitude" spełnił w całej rozciągłości pokładane w nim oczekiwania i pozostawia słuchacza bez tchu w skołtunionej pościeli, odczuwa się pewien niedosyt i łaknienie, noc jest wszak jeszcze młoda, a po każdej nocy wstaje dzień i jego słodkie obietnice.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz