piątek, 8 stycznia 2016

PARAMNESIA "Paramnesia" [FRA 2014]

Gdzieś w okolicach debiutów Wolves In The Throne Room (2006), Altar Of Plagues (2009), Liturgy (2009) czy Deafheaven (2011) ukuł się w prasie muzycznej frapujący skądinąd termin "hipsterski black metal", którym sygnuje się odtamtąd wszelkie blackmetalopodobne zespoły, nie mające wiele wspólnego z tak czy inaczej rozumianą sceną, a których brzmienie jest wypadkową wielu muzycznych odcieni, pośród których dominuje jednak szwedzko-norweska czerń. Nie sposób nie dosłyszeć na HBM-owych płytach wpływów gatunków takich jak shoegaze, post-rock czy post-metal, a jednak, jeśli policzyć gatunkowi dwie nogi, jedna w całości wspiera się właśnie na skandynawskim black metalu. Odnoszę wrażenie, że wśród black metalowców jest w dobrym tonie lekce sobie ważyć wyżej wymienione zespoły i ich spadkobierców, którzy jakoby zawłaszczają gatunek, czynią go atrakcyjnym dla mas, "odświęcają" (un)holy black metal i odzierają go z aury elitarności, która dotychczas otaczała go nimbem rogatej aureoli. W moim osobistym mniemaniu jeśli po owym "trendzie" czy "modzie" pozostaną zespoły takie jak Paramnesia, to jakoś to zniosę, bo self-titled Francuzów to kawał dobrej muzyki. Obecnie tyle wody upływa w rzece pomiędzy jednym a drugim black metalowym znaleziskiem, które zagości w moim odtwarzaczu na dłużej, że zwyczajnie muszę cenić cokolwiek mnie poruszy. "Paramnesia" właśnie to czyni; od zawsze mam ucho do norweskich riffów i tutaj ucho zwija mi się i rumieni w ekstazie na dźwięk świdrujących wywijasów, które wychodzą spod palców żabojadów. Solidnie brzmiące perkusja łomocze po bębenkach aż miło; lubię słyszeć na garach przestrzeń, która kojarzy mi się raczej z drzemiącym w otchłaniach kotłów i rondli wyrazistym barszczem niż patelniowymi popłuczynami po obrzydłej do cna ogórkowej. Jeśli zespół komponuje kilkunastominutowe utwory, które nie nudzą się po kilku przesłuchaniach, to świadczy to o zespole jak najlepiej. Przy czym nie zapominajmy, że w tym podgatunku BM raczej niż o kompozycje chodzi o riffy, które muszą składnie się ze sobą zazębiać, i nastrój, który ma wyciszać słuchaczowi umysł i rozpalać duszę. Nie jest to wydawnictwo, które wstrząśnie światem ciężkiej muzyki, ale jest to jedna z tych cennych, solidnych płyt, do której będziecie wracać co jakiś czas w poszukiwaniu tej konkretnej palety jesienno-zimowych nastrojów. Myślę, że odkąd parę lat temu wróciło do łask takie oniryczne, impresjonistyczne, a przy tym szybkie granie, sporo kapel podchwyciło ten klimat i próbuje łomotać go na swoją modłę. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej, a Paramnesia z rękami w kieszeniach plasuje się w tej pierwszej kategorii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz